Zasadniczo można podejść do tego heroicznego wyzwania na dwa sposoby: wartościująco i wybiórczo lub analitycznie i kompleksowo. Czyli próbować pokazać to, co najciekawsze, lub wybrać z wszystkiego po trochu. Zbudować ołtarz lub pstryknąć portret, na którym znajdzie się wszystko: i cudowne oczy, i brodawki na nosie. Kurator wystawy Łukasz Ronduda wybrał tę pierwszą drogę, do czego ma prawo, choć we mnie pozostawia uczucie niedosytu.
Czytaj też: Edward Dwurnik – artysta chory na codzienność
Wymyślać się na nowo
Dwurnika śmiało można pomieścić w uniwersum artystów, które przed nim tworzyli m.in. Salvador Dali, Pablo Picasso i Andy Warhol, a po nim choćby Jeff Koons czy Damien Hirst. Czyli takich, którzy stawiali na wyrazistość nie tylko swojej sztuki, ale i swojej obecności w świecie, nieunikających artystycznych kontrowersji, a choćby prowokacji, tworzących z pełnym dezynwoltury wdziękiem, wsłuchujących się nie tyle w opinie środowiskowych wyroczni, ile w potrzeby odbiorców sztuki.


