Z pewnością trasa „Loop Tour” pobije kolejne rekordy, na razie jednak występy promujące album „Play” (według Bartka Chacińskiego: jeden z najsłabszych w dorobku artysty) dostarczyły Sheeranowi rekordowych problemów.
Stadionowe ultimatum
Po krótkim przystanku w Kanadzie artysta wrócił do Stanów na dwa koncerty w New Jersey, podczas których supportował go Macklemore. Znany z aktywistycznej działalności raper wykorzystał show do wygłoszenia słów poparcia dla Palestyny. „Ludzie w Gazie, aż po okupowany Zachodni Brzeg, wiedzą, iż o nich nie zapomnieliśmy. Mówię: wolna Palestyna! Mówię: wolny Liban, wolne Kongo, wolny Sudan, wolny Iran” – grzmiał ze sceny. Zaprezentował też zgromadzonym wstrząsające nagrania zniszczeń w Strefie Gazy.
W reakcji wpływowa organizacja Israeli-American Council uruchomiła petycję wzywającą Eda Sheerana do rezygnacji ze współpracy z kolegą po mikrofonie. Choć ten pierwotnie miał wystąpić podczas 10 koncertów, menedżment gwiazdy pop zerwał z nim umowę, o czym Macklemore poinformował w social mediach. Jak pisał: rozstanie to wynik „ultimatum” właścicieli stadionów, którzy mieli zagrozić, iż z raperem u boku Sheeran zwyczajnie nie wystąpi.
Wywołany do tablicy piosenkarz opublikował na swoich social mediach zachowawcze oświadczenie. Ogłosił, iż „jest wstrząśnięty konfliktem między Izraelem a Palestyną” oraz iż „cierpienie i ból, których doświadczają obie strony, to ludzka tragedia”. „Na całym świecie toczy się zbyt wiele wojen powodujących niewyobrażalne cierpienie – żadna z nich nie powinna być tolerowana” – dodał.
Obwieścił ponadto, iż jego zdanie na temat izraelsko-palestyńskiego konfliktu to prywatna sprawa, „publicznością są młodzi ludzie, często dzieci”, a audytorium nie oczekuje udziału w „politycznym forum”. Niezbyt elegancko przypomniał, iż to Macklemore poprosił go o dołączenie do trasy koncertowej, zapewnił jednak, iż „podobnie jak w przypadku wszystkich innych supportujących go artystów, zgadza się, by wykonywali wybrany przez siebie repertuar”. Tu trzeba mu oddać słuszność: niezgodę wyraził kto inny, Sheeran potwierdził bowiem, iż do rozwiązania umowy zmusił go sprzeciw wielkiego biznesu.
Macklemore „karykaturą Żyda”?
Z postów Macklemore'a i Sheerana wynika, iż spiritus movens „ultimatum” był Robert Kraft, amerykański miliarder żydowskiego pochodzenia, do którego należy Gillette Stadium. To on miał nakłonić innych właścicieli obiektów do „blokady” propalestyńskiego wykonawcy.
Kiedy media zaczęły rozpisywać się o zawiązanej przeciwko raperowi koalicji, Kraft oświadczył, iż jego nieruchomość „nigdy nie będzie platformą dla mowy nienawiści”, a występ Macklemore’a „przekroczyłby pewną granicę”. Zwłaszcza że, uzupełnił enigmatycznie, ten „ma dłuższą historię posługiwania się antysemicką retoryką oraz symboliką, którą uznajemy za głęboko obraźliwą i krzywdzącą dla społeczności żydowskiej”.
Prawdopodobnie przedsiębiorca odwołał się do 2014 r., kiedy Macklemore wystąpił w scenicznym kostiumie z doczepionym nosem. Artysta natychmiast wówczas przeprosił, zapewniając, iż dopiero po występie dotarło do niego, iż taki strój „mógłby być uznany za karykaturę Żyda”, co jednak nie było jego intencją. Nie da się natomiast ukryć, iż żydowska diaspora w USA od dawna ma z artystą na pieńku – zapamiętano mu m.in. udział w propalestyńskim wiecu w Waszyngtonie (gdzie wezwał Izrael do zawieszenia broni i dopuszczenia pomocy humanitarnej do głodujących) oraz protest song „Hind’s Hall”. Tym ostatnim muzyk wsparł zarówno Palestynę, jak i amerykańskich studentów protestujących przeciwko działaniom Izraela w Gazie, które określają mianem ludobójstwa. Ci zaś wzięli piosenkę na sztandary.
Artyści: „Nie wolno nas uciszać!”
„Usunięcie Macklemore'a było decyzją promotora, nie moją. Umowę z Macklemore'em zawarł promotor, nie ja” – umył ręce Ed Sheeran. Wiele wskazuje zresztą na to, iż przed wspomnianym „promotorem” (Messina Touring Group) stoi spore wyzwanie – z supportowania artysty zrezygnowali bowiem wszyscy (!) muzycy, którzy mieli rozgrzewać publiczność przed Anglikiem.
O zerwaniu współpracy jako pierwszy poinformował Aaron Rowe, młodziutki artysta folkowy rodem z Irlandii, dla którego występ u boku Sheerana byłby przełomem w karierze. Pisze, iż gdyby jednak wyszedł na scenę, „straciłby cały szacunek do siebie samego” (zapewnił, iż jako Irlandczyk aż nazbyt dobrze wie, czym jest ludobójstwo, wymuszony głód i brutalna okupacja). W oświadczeniu duńskiego soul-popowego zespołu Lukas Graham czytamy, iż pieniądze nie powinny decydować o tym, co wolno artyście. Z kolei Finneas (brat Billie Eilish) umotywował rezygnację słowami: „Nie wolno uciszać artystów, którzy występują w obronie uciśnionych”.
Ale chyba najbardziej bolesny cios zadała Sheeranowi irlandzka grupa folkowa Beoga – jej członkowie przyjaźnią się z piosenkarzem, u którego boku występowali niemal od dekady, niejednokrotnie wchodzili z nim również do studia nagraniowego (efektem jest m.in. megahit „Galway Girl”). Nie mogło być jednak inaczej, wszak muzycy są jednymi z założycieli ruchu Irish Artists For Palestine (Irlandzcy Artyści dla Palestyny).
Decyzję Sheerana krytykują także artyści niezaangażowani w „Loop Tour”, jak Roger Waters, który nazwał młodszego kolegę „gnojkiem, który zrobił niewłaściwą rzecz”.
Apolityczny muzyk? Nierealne!
Presja właścicieli obiektów na artystów jest oczywiście stara jak świat – doświadczył jej zresztą sam Waters, którego niedoszły występ w Krakowie odwołano, gdy głos Pink Floyd zaczął usprawiedliwiać rosyjską agresję na Ukrainę. Z kolei odwołanie koncertu Kanye′ego Westa na Stadionie Śląskim motywowano względami formalnymi, choć powszechnie wiadomo, iż przyczynkiem były antysemickie wypowiedzi rapera.
W spolaryzowanej Ameryce coraz trudniej iść środkiem drogi – również tej muzycznej. W mediach Bruce Springsteen toczy otwartą wojnę z Donaldem Trumpem, z kolei goszcząca w Białym Domu Nicki Minaj tytułuje się (ku rozpaczy fandomu!) „największą fanką” prezydenta, a grupa The Village People z dumą występuje na jego wiecach. To niezły sposób na powrót z muzycznego niebytu: Kid Rock przypomniał o sobie „republikańską alternatywą dla Super Bowl” (w przerwie którego występował Portorykańczyk Bad Bunny, zdaniem Trumpa „niereprezentujący” współczesnej Ameryki).
Dla artysty u szczytu popularności ryzyko jest większe, zresztą Sheeran wytrwale pracował na wizerunek apolitycznego piosenkarza, by nie rzec: światopoglądowej mamałygi. Choć popkultura odnotowuje oczywiście jego obecność, trudno powiedzieć, by zbudował sobie wyrazisty wizerunek. W „Simpsonach” Anglik zagrał absztyfikanta Lisy, o którym można powiedzieć tyle, iż ładnie śpiewa i jest przemądrzały. Jego gościnny występ w „Grze o Tron” dziennik „Guardian” podsumował złośliwym: „przybył, zaśpiewał, zjadł królika”.
W historii publicznych wypowiedzi Sheerana znajdziemy dość nieśmiałe wyrazy poparcia dla Partii Pracy i symboliczny sprzeciw wobec brexitu (jak przyznał w wywiadzie: „urodził się Europejczykiem i, k***a, kocha bycie Europejczykiem”), ale twardego stanowiska nie zajął. Medialna burza, z jaką się dziś mierzy, przypomina, iż choćby idąc środkiem drogi, można nadepnąć na minę. I iż muzyk powinien mieć nie tylko zdrowe płuca i zręczne palce, ale także sprawny kręgosłup.










