Echo w nocnej ciszy – Opowieść o samotności, nadziei i nowym początku Aleksandry w polskim centrum rehabilitacji podczas świąt Bożego Narodzenia

newskey24.com 6 godzin temu

Echo w nocy

Do sanatorium rehabilitacyjnego trafiłam dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Wcześniej się nie dało brakowało miejsc.

Zdrowie to poważna sprawa, więc kiedy tylko lekarz wypisał skierowanie, byłam naprawdę zadowolona. Ośrodek, do którego miałam pojechać, cieszył się w Poznaniu świetną opinią.

A mimo tego gdzieś w środku poczułam ukłucie żalu: przecież zaraz święta, tradycje, makowiec, opłatek, dekorowanie mieszkania

Od zawsze kochałam Boże Narodzenie. Uwielbiałam stroić choinkę, rozwieszać światełka. Świąteczna krzątanina sprawiała mi radość. A w tym roku musiałam z tego zrezygnować.

Już od pierwszego dnia próbowałam przekonać samą siebie, iż nic złego się nie dzieje. Przecież to nie ostatnia wigilia w moim życiu, a na Nowy Rok pewnie będę już w domu.

Chyba trochę się przekonałam.

***

Przydzielili mnie do dwuosobowej, przytulnej sali z telewizorem. Miałam już współlokatorkę kobietę młodszą ode mnie o połowę. Przepisywano mi różne zabiegi, ćwiczenia, rehabilitację.

Robiłam wszystko z zaangażowaniem, nie opuszczałam żadnych zajęć. choćby zapisałam się na gimnastykę. Bardzo spodobała mi się instruktorka od rehabilitacji ruchowej.

Lekarze chwalili mnie mówili, iż jestem dzielna i robię szybkie postępy.

Uśmiechałam się i przytakiwałam, ale w sercu było mi smutno.

Po raz pierwszy w życiu nie szykowałam świąt. Nie wybierałam prezentów, nie myślałam o sałatce jarzynowej i nie przymierzałam sukienki.

Boże Narodzenie mijało gdzieś obok, jakby mnie nie dotyczyło.

„Zdrowie najważniejsze” powtarzałam sobie wciąż. „Przecież miło spędzę świąteczny czas z sąsiadką z sali.”

30 grudnia moją współlokatorkę wypisali. Gdy zamknęły się za nią drzwi, została cisza. Prawdziwa samotność.

***

31 grudnia rano zadzwoniły dzieci złożyły życzenia, dopytały, jak się czuję, obiecały odwiedzić mnie po świętach.

Naturalne mają swoje rodziny i obowiązki. Kilku kolegów przysłało sms-y z życzeniami…

A potem nadeszła noc.

***

Słyszałam, jak na korytarzu, tuż po przemówieniu prezydenta, inni pacjenci wychodzili z pokoi.

Krzyczeli radośnie: „Szczęśliwego Nowego Roku!”

Ja nie ruszałam się z miejsca.

Czułam jakby niewidzialny mur oddzielał mnie od tych wszystkich, którzy się cieszyli.

I jakbym nie była nikomu potrzebna…

***

Chwyciłam telefon. Tak strasznie zatęskniłam za czyimś głosem.

Ale do kogo zadzwonić?

Tyle kontaktów

„Małgosia” koleżanka z liceum, nie widziałyśmy się od lat, choć lajkujemy się na Facebooku.

Ot, wygodne. Ale zupełnie puste.

„Andrzej” były mąż. choćby nie ma sensu.

Przeleciałam dalej.

„Paweł” syn. Oczywiście odebrałby, rozmawiałby ze mną długo Gdyby było trzeba, zaraz by przyjechał.

Ale przecież nie chciałam, żeby widział mnie słabą. Zawsze widział we mnie silną matkę

Reszta numerów bez odpowiedzi. I tak nie znalazłam nikogo, komu mogłabym teraz zadzwonić, choćby z najprostszych świątecznych życzeń. Czułam, iż mój telefon byłby nie na miejscu. Tak przynajmniej mi się wydawało. A tym bardziej tym ludziom.

Komu mogłabym zadzwonić, chociaż komuś wyszeptałam w sterylnym ciszy sali.

I rozpłakałam się

Wychodziło na to, iż mam wszystko: dom, pracę, doświadczenie, mnóstwo znajomych.

A jednocześnie nic I nikogo.

***

Kiedy to sobie uświadomiłam, postanowiłam uciec.

Założyłam płaszcz i wyszłam na zewnątrz. Mroźne powietrze wchlastało się w płuca.

Tuż przy sanatorium był mały, zaśnieżony park. Bez celu ruszyłam w jego stronę. Musiałam po prostu gdzieś pójść.

Na ławce siedział mężczyzna mniej więcej w moim wieku, może nieco starszy.

Nie patrzył na światła miasta, raczej w pustkę.

Ścisnęło mi się serce. Nabrałam ochoty powiedzieć mu choćby jedno słowo.

Dobry wieczór powiedziałam cicho.

Podniósł wzrok. Uśmiechnął się. Tak prawdziwie, z tymi drobnymi promykami zmarszczek przy oczach.

Dobry wieczór. I szczęśliwego Nowego Roku.

Odruchowo uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Takie proste, zwykłe słowa. A we mnie coś poruszyło się w środku.

A pan dlaczego tu siedzi?

Nie mam z kim porozmawiać w domu odpowiedział spokojnie. Żona zmarła trzy lata temu. Córka jest w Niemczech, dzwoniła rano z życzeniami. Powiedziała, iż ma dużo pracy. No to przyszedłem tutaj. A pani z sanatorium?

Kiwnęłam głową:

Tak. Dochodzę do siebie po chorobie. I wie pan dziś poczułam, iż nie mam do kogo zadzwonić w sylwestrową noc. W telefonie setki numerów, a nie mam komu powiedzieć choćby paru słów.

Nie był zaskoczony.

Tak Samotność przychodzi po cichu. Nagle człowiek dociera do tego, iż gdyby coś się stało, nikt się nie dowie. Nikt nie usłyszy. I nikt nie przyjdzie popatrzył na mnie bardzo uważnie. I żeby nie zniknąć, trzeba się przemóc. Zacząć rozmawiać. Jak pani dzisiaj zdobyła się pani. To znaczy, iż jest pani silna.

Nie czuję się silna… odparłam cicho.

To nie ma znaczenia powiedział łagodnie. Silnym się nie rodzi. Silnym się zostaje wtedy, gdy decydujemy się pójść naprzeciw życiu. Nawet, gdy ono się od nas odwraca. I wie pani jeżeli jutro pani nie przyjdzie, i tak będę czekał. Bo wiem, iż pani jest.

Te słowa były tak szczere, iż nagle zrozumiałam: całe życie szukałam kogoś, kto wybawi mnie z samotności… a nie wiedziałam, iż sama mogę być ratunkiem dla drugiego człowieka

***

Gdy wracałam do sali, w kieszeni miałam skrawek kartki, na którym nowy znajomy starannie, drżącą ręką zapisał swój numer telefonu.

Pustka we mnie nie zniknęła całkiem. Ale pojawiło się coś ciepłego echo czyjegoś głosu:

Będę czekał…

Po raz pierwszy od dawna naprawdę myślałam nie o tym, co straciłam, a o tym, co będzie jutro. Nie w skali nowego życia, po prostu: jutro rano.

Może zadzwonić? rozmyślałam, zasypiając żeby tylko powiedzieć: Dzień dobry, panie Stefanie…Rano, zanim jeszcze słońce na dobre rozjaśniło salę, sięgnęłam po telefon. Palce drżały mi trochę z emocji, ale nie ze strachu. Czułam, iż to dobry początek cichy, prosty, zwyczajny. Kiedy po drugiej stronie odezwał się ciepły głos pana Stefana, poczułam nieśmiały dreszcz radości.

Dzień dobry, panie Stefanie wyszeptałam z uśmiechem. Może dziś razem napijemy się herbaty?

Po krótkiej ciszy odpowiedział:

Dzień dobry, pani Krysiu. Właśnie na to czekałem.

***

Tak zaczęła się moja nowa codzienność. Niewielkie gesty nabierały znaczenia: wspólne spacery w zaśnieżonym parku, rozmowy o dawnych świętach i chwilach, które miały nas omijać, a jednak znalazły drogę do naszych serc. I już wiedziałam, iż samotność nie odchodzi nagle, nie znika jak sen ale można jej przyglądać się razem, oswajać ją, rozmawiać z nią, aż milknie.

Z każdym kolejnym rankiem święta wydawały się coraz mniej odległe i smutne. Makowiec, opłatek, światełka… wrócą, ale już bez tęsknoty za tym, co minęło, i bez lęku przed tym, co nieznane. Bo czasem wystarczy tylko odezwać się choćby szeptem by echo w nocy stało się początkiem nowej opowieści.

Idź do oryginalnego materiału