
O tym, jak beznadziejne jest zakończenie serialu „Stranger Things” najlepiej świadczy teoria spiskowa „Conformity Gate”, która eksplodowała po jego premierze. Zgodnie z nią, ten finał to tylko zmyłka przygotowana przez siły zła, a prawdziwy miałby mieć premierę 7 stycznia. No cóż, rozczarowali się jak wyborcy Trumpa kwestią „Epstein Files”.
Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to porady Dziadka Wojtka są takie. Po pierwsze, cieszyć się Wygranym Życiem. Ale jeżeli komuś bardzo zależy, ograniczyć się do pierwszego, maks. pierwszych trzech sezonów. Już czwarty robi się irytujący, a piąty to taka masakra, iż dobrnąłem tylko żeby z czystym sumieniem móc zmiażdżyć na blogu.
Pierwszym sezonem byłem zachwycony. Jestem rówieśnikiem głównych bohaterów, w ich wieku też zwiedzałem na rowerku okoliczne lasy, odkrywając tam dziwne rzeczy, o których dużo później dowiedziałem się, iż to np. ruiny Transatlantyckiej Stacji Radiowej. Mieliśmy choćby nasze Hawkins Lab w postaci ukrytego w tych lasach Instytutu Fizyki Plazmy i Mikrosyntezy Laserowej.
Moja wyobraźnia była więc pełna historii takich jak w pierwszym sezonie. Ożyły, gdy usłyszałem te analogowe syntezatory, robiące BZZŹŹŹZIUUÓÓU w czołówce. A bohaterowie jeszcze grali na takich samych automatach w te same gry, słuchali tych samych zespołów z tych samych kaset…
Nostalgia braci Duffer, twórców serialu, była jednak oszukana. Nie pamiętali tych czasów, przyszli wtedy na świat. O ile pierwszy sezon doskonale wpisywał się więc w coś w rodzaju „najpiękniejszego filmu Spielberga który nigdy nie powstał”, gwałtownie to poszło w kierunku „najnudniejsze CGI ever”.
Ówczesne kino dla nastolatków (zwane przez polskich krytyków „kinem nowej przygody”) owszem, epatowało efektami specjalnymi, ale te efekty były skromne i w większości pokazywane dopiero w finale – w trzecim akcie, gdy ożywa rycerz z witraża a gremliny demolują miasto.
Przez pierwsze dwa akty pozornie nic się nie działo, poza tym, iż poznawaliśmy protagonistów i budowaliśmy sympatię do nich, a potem przejmowaliśmy się, iż wkręcili się w jakąś Straszną Aferę, o której nie mogą powiedzieć dorosłym, bo i tak Nikt By Im Nie Uwierzył. Trochę „The Goonies”, trochę „ET”, trochę „Christine”.
Fabułę „Stranger Things” nakićkano tak, iż efekty specjalne w czwartym i piątym sezonie są serwowane w nadmiarze od początku. Przeważnie są komputerowe, więc nie mają takiej mięsistości, jak w „The Thing” czy Indiana Jonesie. Czasem są analogowe i wtedy pozostało gorzej – na przykład na bohaterów z góry leje się coś przypominającego stygnący budyń waniliowy, a oni krzyczą iż od tego umierają. Niestety wychodzą ze starcia z budyniem tak jak się wychodzi ze starcia z budyniem, trochę się tylko upaprali.
Bohaterowie zachowują sie generalnie jak NPC. Żołnierze jak w grach snują jakieś dziwne twardzielskie dialogi radośnie nie dostrzegając, iż cały pluton już nie żyje. I jak w grze, nikt ich nie żałuje, gdy do tego plutonu dołączają. Ja już tu kibicowałem tylko Siłom Zła.
Bracia Duffer tak się skupili na animowanych chujach-mujach dzikich wężach, iż zaniedbali kwestię „budowania sympatii do protagonistów”. Motywacje większości pozytywnych bohaterów są egocentryczno-dupkowate. Niby ratują świat przed zagładą, ale Szeryf na przykład chce odkupić poczucie winy za śmierć dziecka (zwiduje mu się jak jakiś Jason Voorhees, niemalże wołając „pomścij mnie tatusiu!”), ktoś inny chce pomścić kogoś innego, ktoś kogoś poderwać, ktoś się na kimś odegrać. Szczególnie wkurzający jest Dustin, ale przecież także Mike, Lucas, Jonathan, Steve, Nancy, Max…
Will niby nie jest dupkiem, podobnie jak jego mama, ale oni w kółko robią tę samą minę. To dotyczy też innych aktorów i skoro dotyka Winony Ryder czy Lindy Hamilton, nie chodzi o brak talentu aktorskiego.
W piątym sezonie bracia Duffer przez cały czas trzymają się schematu „nastolatki nie mogą powiedzieć dorosłym”. Aktorzy grający „nastolatków” są już tymczasem mocno po dwudziestce (w serialu minęły 3 lata, w realu prawie 10), a dorośli widzieli już liczne zjawiska paranormalne, oraz mieszkają pod brutalną wojskową okupacją.
A mimo to w odciętym od świata miasteczku lekcje w szkole, rodzinne obiadki, wydarzenia sportowe realizowane są po staremu. Dorośli zdają się ledwo zauważać, iż coś się zmieniło. Stephen King wymyślił by coś w stylu „bo ich zahipnotyzowały Siły Zła”. Bracia Duffer po prostu nie widzą problemu – no i dlatego właśnie fanowskie pomysły na „prawdziwy finał” będą i tak lepsze od całego piątego sezonu razem wziętego.
I tylko lata 80. wydają mi się zasługiwać na lepsze potraktowanie. Może ktoś kiedyś…









