Dziwna partyjka nie wiadomo czego. Rozmowa z Karoliną Szwed

magazynszum.pl 4 dni temu

Karolina Plinta: Od czego zaczynasz, gdy malujesz?

Karolina Szwed: Kiedy zaczynam, zwykle nie mam pomysłu na obraz; wymyślam go w procesie. Początkiem bywa proste rozwiązanie kompozycyjne, kilka plam, które wydają mi się ciekawe, plus historyjka, która na przykład wydarzyła się wczoraj. W trakcie procesu może się sporo zmienić, dużo ścieram i przemalowuję. Zdarzyło mi się teraz parę razy przemalować już skończone prace, kiedy to, co na nich oddałam, na końcu wydało mi się niefortunne czy banalne. Przemalowuję takie prace jednym kolorem, ale trochę ten kolor też wycieram i pozwalam, by rzeczy ze starego obrazu przeszły na nowy, stając się jednak już czymś innym. choćby nie chcę wiedzieć, czym. Według mnie najlepiej zrobiony obraz to taki, który zaskakuje mnie samą – iż jakby nie zdążę się zorientować, co na nim jest, a on już jest skończony i wtedy właśnie mi się bardzo podoba.

Co malujesz? Masz jakiś swój temat, przewodni motyw?

Moje malarstwo to impresje, subiektywne odczytania rzeczywistości, rodzaj zapisu wrażliwości. Historie, które zawieram w obrazach, często mi samej się przydarzyły, ale równocześnie są uniwersalne; można je zrozumieć bez mojego komentarza. W tym sensie nie tworzę pamiętnika na płótnie. Istotny jest dla mnie język malarski, a ten w tłumaczeniu na słowo pisane często się gubi. Opis językowy zubaża taką pracę lub przeinacza jej sens.

W sztuce szukam rzeczy, które są bardzo nierealistyczne i też trochę niepraktyczne. Wydaje mi się, iż to też jest nam potrzebne; jakbyśmy robili sztukę, która jest tylko polityczna, to zgubiłby się retroartyzm, który lubię.

Twoje prace są dosyć enigmatyczne, nie mają klarownej politycznej stawki. Jak byś zdefiniowała w takim razie swój cel?

Nie lubię przegadanych obrazów, które stają się po prostu ilustracją. Bardzo mnie to irytuje. W sztuce szukam rzeczy, które są bardzo nierealistyczne i też trochę niepraktyczne. Wydaje mi się, iż to też jest nam potrzebne; jakbyśmy robili sztukę, która jest tylko polityczna, to zgubiłby się retroartyzm, który lubię. Chodzi mi o bardzo wyidealizowane pojęcie tego, czym może być sztuka – iż jest w niej coś magicznego, czego się trzymam, bo po coś to jest.

Pojęcie retroartyzmu kojarzy mi się z powrotem estetyk retro, bardzo teraz modnych. Dla przykładu, byłam w styczniu na wystawie studenckiej w warszawskiej kawiarni Retrospekcja. Młodzież była przebrana w stroje z dwudziestolecia międzywojennego, a na płótnach martwe natury i kobiety w pędzących automobilach. Zastanawiam się, czy to nie jest rodzaj eskapizmu, odreagowania trudnej codzienności definiowanej przez technologię. Utożsamiasz się z takim retro?

Rozumiem sięganie po starsze estetyki, w sztuce to się często dzieje. W malarstwie nie wydarza się w ogóle zbyt dużo nowych rzeczy. Trudno jest zrobić coś nowego, co jest odklejone od historii medium. Mnie jednak najbardziej zależy na swojej własnej perspektywie i doświadczeniach. Fascynują mnie rzeczy, które wydarzają się teraz, ale w miniskali, mojej skali. Nie cofam się do bardzo dalekiej przeszłości, najwyżej o kilka dni.

Karolina Szwed, “Small talk with Yuki on the horse…”, 120x150cm, fot. Adam Gut
Karolina Szwed, “Small talk with Yuki on the horse…”, 120x150cm, detal, fot. Adam Gut

Ile czasu zajmuje ci namalowanie jednego obrazu?

Mogę siedzieć w pracowni cały dzień i namalować coś, co mi się podoba w dwadzieścia minut. Maluję cały czas, jeżeli mogę, ale ostatnio zaczęłam sobie robić takie dni, iż nie idę do pracowni. Idę na przygodę, wycieczkę autobusem do jakiegoś miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Potrzebuję przerwy, ale też inspiracji, bo ile i po co można zrobić prac o bardzo podobnym charakterze? Taka nadprodukcja wydaje mi się bezsensowna i to jest też bardzo niezdrowe, bo później zaczynam za bardzo kwestionować swoje rzeczy. Lubię też malować kilka obrazów na raz, szczególnie jak biorę się za większy format, wymagający większej ilości czasu. Równolegle maluję też małe formaty, żeby na gwałtownie wyrzucać z siebie rzeczy i mieć zastrzyk dopaminy. Lubię, żeby proces malowania wiązał się z niespodzianką, a nie tylko z zaplanowaną pracą rzemieślniczą. Można powiedzieć, iż maluję intuicyjnie.

Masz przepis na obraz? W stylu „plama tu, plama tam” i dzieło gotowe?

Jeśli wiem, jak coś jest zrobione, przestaję się tym interesować. Jak mówiłam wcześniej, w malarstwie staram się sama siebie zaskoczyć. Zaczęłam na przykład robić tak, iż nie zaczynam obrazu od czystej podmalówki, tylko maluję coś, co jest bardzo cieniutką warstwą farby i już jakoś tam mi określa kompozycję, ale na przykład jest to trochę brzydkie. Ostatnio próbuję także zakwestionować etykietki, które przyległy do moich obrazów.

Nie maluję obrazów o tym, iż jestem kobietą, i to, iż pojawiają się tam wątki prywatne, nie oznacza, iż jest to malarstwo feministyczne.

Jakie to etykietki?

Że moje obrazy są o samotności i alienacji. Albo, ponieważ na moich obrazach nie ma ostrych kontrastów, niektórzy piszą o „zamglonych pejzażach kobiecej wrażliwości”, co mnie maksymalnie wkurza. Nie maluję obrazów o tym, iż jestem kobietą, i to, iż pojawiają się tam wątki prywatne, nie oznacza, iż jest to malarstwo feministyczne. To taki wytrych myślowy: jak nie wiadomo, co napisać o malarstwie, to się pisze, iż autorka jest kobietą.

No dobrze, ale twoje obrazy faktycznie są jakby zamglone, dominuje w nich raczej stonowana kolorystka, beżyki i tak dalej. Czemu?

Ostre kontrasty kojarzą mi się ze sztuką instagramową, chwytliwą i łatwą do połknięcia. Od takiego stylu chcę uciekać. Wybrałam estetykę, jaką lubię, nie kryje się za tym jakaś tajemnica, iż tutaj jestem ślepa na jedno oko i tak mi się rozmazuje. Może to wynika z moich różnych skłonności, bo lubię romantyzować życie malarki i tak mi się kojarzy, iż powinno ono wyglądać. Zamglone, romantyczne.

Twoje obrazy są romantyczne?

Pewnie tak, ale dla mnie wszystko jest romantyczne. Jestem podekscytowana światem i opowiadam o tym poprzez malarstwo.

1
Do zobaczenia 18.07.2025

„Floor Level” Lulù Nuti i Karoliny Szwed w bliss gallery

Redakcja

I wyrażasz ten entuzjazm w beżach.

Ja słyszałam, iż w szarościach; albo iż wszystkie moje obrazy są zielone.

Na Bielskiej Jesieni byłaś w kąciku beżowych obrazów.

Nie jestem przywiązana do konkretnego koloru, ale estetyka moich obrazów może wynikać z procesu ścierania i przemalowywania. Mam dużo kolorów na tapecie, ale one stają się błotnistą szarością właśnie przez to, iż cały czas ścieram to, co namalowałam, i one się mieszają jakby samoistnie. Ale przyznaję, iż nie lubię czystego koloru z tuby, on mnie razi do tego stopnia, iż choćby pędzlem maluję brudnym.

Karolina Szwed, „Dzieci grają w bule i jedzą pomarańcze”, 2026, 60×100 cm, fot. Bartosz Zalewski
Karolina Szwed, “Value Practise”, 2026, 60×70 cm, fot. Bartosz Zalewski

Masz jeszcze jakieś preferencje jeżeli chodzi o narzędzia? Jakie wybierasz płótna, czym malujesz?

Lubię, kiedy płótno nie przeszkadza w odbiorze obrazu. Najlepiej bez pozakręcanych brzegów, bez gruntu na tych brzegach, lubię prostotę surowego materiału. Także najprostsze płótna, jakie tylko są możliwe, ale dobrze zrobione – to jest to. Mogę malować różnymi narzędziami, używam nie tylko pędzli, ale też na przykład papieru. Lubię naśladować ruch piszącej ręki i używam do tego ostrych przedmiotów, wykałaczek albo długich drutów.

Nie kusi cię, żeby eksperymentować z formatami? Coś wygiąć albo ustawić na ziemi?

Takie zabiegi utrudniają odbiór obrazu jako obrazu, od razu czyta się go obiektowo. Ja robię obrazy.

Czyli tradycyjne, obraz jako okno, przez które patrzymy na świat.

Bardziej stół bilardowy albo tablica szkolna. Na moich płótnach rozgrywa się dziwna partyjka nie wiadomo czego. Brzmi śmieszne, wręcz głupawo, ale mnie to bawi, takie rzeczy są dla mnie wartościowe.

Fascynują mnie podpisy, obserwacja ruchu ręki, czasem pewnego, w które wkrada się zachwianie.

Kogo byś wskazała jako swojego mistrza lub mistrzynię? Lub przynajmniej – czyje malarstwo lubisz?

Staram się nie szafować nazwiskami, z fascynacjami różnie bywa… Czekam, aż coś, czego nie znałam, naprawdę mnie zaskoczy – kiedyś to zdarzało się częściej, pewnie dlatego, iż widziałam mniej rzeczy.

Może być choćby sztuka dawna.

Lubię klasyków, wiadomo. Jan van Eyck, jakiś Rembrandt i tak dalej. Ale jak idę do muzeum, to zawsze najbardziej ciekawią mnie szkice pod obraz albo prywatne rysunki, które powstały bez myśli o ich prezentacji. W tych szkicach i notatkach rysunkowych jest miejsce na błąd i to lubię. Fascynują mnie również podpisy, obserwacja ruchu ręki, czasem pewnego, w które wkrada się zachwianie. Sama kiedyś chciałam studiować konserwację i kopiowanie mistrzów jest choćby fajne, przypomina układanie puzzli, ale dzisiaj w sztuce chodzi jednak o coś innego, od malarstwa nie oczekujemy takiego warsztatu i mistrzostwa. Stąd moje zainteresowanie praktykami, które wymakają się tej kategorii.

Co w ogóle sprawiło, iż zająłeś się sztuką?

W zasadzie od zawsze miałam potrzebę wypowiedzi artystycznej, to pewnie były naleciałości z domu. Moja mama była śpiewaczką operową, ja jako nastolatka miałam zespół muzyczny, w którym byłam ja, mój nauczyciel WF i nauczyciel języka angielskiego. Miałam jednak poczucie, iż nie mam szans w branży muzycznej, więc postanowiłam zdawać na ASP. I dostałam się, ku mojemu zdumieniu, na akademię w Katowicach, choćby byłam wysoko na liście.

Jak wspominasz czas studiów?

Szczerze, mam pustkę w głowie, gdy myślę o tym okresie. Studia szły mi na początku dobrze. Zajęcia były łatwe, ale wpadłam w problemy natury psychicznej. Siedziałam w mieszkaniu i piłam. Skończyłam akademię z poczuciem wielkiego wstydu, iż zmarnowałam bardzo dużo czasu w jednoosobowej, bardzo nieprzyjemnej imprezie. Chciałam sobie wtedy udowodnić, iż malarstwo to był jednak dobry wybór i zaczęłam bardzo dużo malować. No i okazało się, iż jednak jest to dla mnie na tyle ciekawe, iż jestem w stanie się temu poświęcić. Miałam wtedy też dosyć radykalne podejście, iż albo będę malować, albo koniec, przegrana.

Karolina Szwed, “no title (fountain)”, 2026, 40×50 cm, fot Bartosz Zalewski
Karolina Szwed, “The Tombow Airpress did the best”, 2026, 50×70 cm, fot. Bartosz Zalewski
Karolina Szwed, “How to behave and how to amuse”, 2026, 50×40 cm, detal, fot. Bartosz Zalewski
Karolina Szwed, “Cue sports”, 2026 170×150 cm, detal, fot. Bartosz Zalewski

Na razie walczysz – wiem, iż przygotowujesz indywidualną wystawę.

Pochwalę się i powiem, iż przygotowuję różne wystawy w Europie i poza Europą. W Warszawie pojawię się w Turnusie podczas Constellations, w Pekinie będę brała udział w wystawie grupowej, poświęconej choreografii tworzenia wystaw. Szykują mi się również wystawy w Paryżu i Antwerpii. Ale na tym nie koniec, kalendarz przygód kończy mi się na 2027 roku.

Zaczęłaś też współpracę z galerią Turnus.

Tak, kocham Turnus! Choć współpracę z nimi zaczęłam wcześniej, zrobiłam z dziewczynami wystawę w galerii Podgląd, należącej do Fundacji Sztuki Polskiej ING. Ta wystawa zainaugurowała także moje warszawskie życie, wtedy przeprowadziłam się tutaj.

Jak oceniasz warszawskie środowisko?

Jest tu dużo napięcia, które owocuje u niektórych frustracją i zgorzknieniem. Ludzie się mnie czasem pytają, jak daję radę, nie pijąc alkoholu. Mam na to prostą odpowiedź: warto skupić się na własnej robocie.

Utrzymujesz się z malarstwa?

Od jakiegoś czasu. To jest przyjemne, ale straszne równocześnie.

Mam wrażenie, iż bardzo dużo osób, które teraz jakoś tam zaczynają swoją przygodę z galeriami warszawskimi, bardzo gwałtownie się wyczerpie. Głównie dlatego, iż galerie kierują się trendami.

Czemu?

Sprzyja odrealnieniu, życiu w kreskówkowej, bajkowej rzeczywistości. Mam nadzieję, iż ja jeszcze za bardzo się nie odkleiłam…

Jak oceniasz warszawskie galerie – co one dają artystom, warto z nimi współpracować?

Współpraca z galerią prywatną jest szansą na start, ale warto też uważać, żeby nie dać się namówić na jakieś koniunkturalne zmiany estetyczne, żeby twoja sztuka mieściła się w rynkowych trendach. Mam wrażenie, iż bardzo dużo osób, które teraz jakoś tam zaczynają swoją przygodę z galeriami warszawskimi, bardzo gwałtownie się wyczerpie. Głównie dlatego, iż galerie kierują się trendami. W sumie sporo wystaw grupowych, które widziałam przez ostatnie dwa lata, było podobnych – od razu było mniej więcej wiadomo, jakie rzeczy się na nich pojawią.

A ty jaki widzisz siebie za, powiedzmy, pięć lat?

Mam nadzieję, iż przez cały czas będę cieszyć się swobodą jak teraz, dysponować czasem jak chcę i przeżywać niesamowite przygody. Chciałabym być tak samo podekscytowana życiem, jak jestem teraz i mam nadzieję, iż to mi się uda. Ale nie w Polsce, myślę o wyjeździe za granicę.

1
Krytyka 17.03.2023

Strefa komfortu. Rozkwit i upadek nowego malarstwa 2013—2023

Piotr Policht

Masz poczucie, iż twój styl się zmienia?

Zdecydowanie. Wiem, iż wizualnie to, co robię jest do siebie podobne, ale proces zmiany ciągle się dzieje, choćby teraz. Trochę mi też zajęło, żeby dojść do tego momentu, po studiach dużo eksperymentowałam. Na pewno bardzo bym nie chciała osiąść na laurach i zacząć produkcję tego samego, byłoby mi strasznie głupio. choćby ostatnio, właśnie już te pół roku temu było mi trochę głupio, iż jestem w stanie już namalować ten obraz taki, jak sobie wyobrażam.

Ale to chyba dobrze?

Wtedy praca staje się wytwórstwem, znika proces, na którym mi zależy.

Czyli w sztuce trzeba się męczyć.

Zdecydowanie, ale to jest przyjemne, jak rozwiązywanie zagadki lub zadania matematycznego.

Czym jest dla ciebie malarstwo?

Mogę powiedzieć, iż dla mnie to najbardziej komfortowa forma wypowiedzi. To jest praktyka, której zrozumienie zależy od prywatnego punktu widzenia; próba „przepisania” treści w innym medium/języku jest praktycznie niemożliwa. Najciekawsze wydają mi się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć ani zrozumieć do końca, i tak właśnie jest z obrazem. Malarstwo ma w sobie również bardzo dużo umownej, wymyślonej wartości, ale ja chcę w nią wierzyć. Rzeczywistość w wielu aspektach jest umowna, ale traktujemy tę umowność bardzo serio, i ja mam taki stosunek do malarstwa.

Idź do oryginalnego materiału