Twórcy "Lalki" nie trzymali się jednak kurczowo podręcznikowej historii, znany nam świat Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej opowiedzieli na nowo, dając bohaterom współczesną wrażliwość i zmieniając znane z lektury
akcenty.Za tą odważną adaptacją stoi Paweł Maślona, pochodzący z Kędzierzyna-Koźla reżyser, który już nie raz dawał nam, mieszkańcom miasta, powody do dumy. To właśnie ten lokalny akcent stał się dla nas pretekstem do rozmowy o „Lalce”, pracy nad serialem i o tym, jak dziś można opowiedzieć historię, którą znamy od pokoleń.O kulisach pracy nad produkcją Netflixa i presji mierzenia się z narodową klasyką opowiedział redakcji portalu KK24 - Paweł Maś
lona.Co było dla Pana największym wyzwaniem przy przekładaniu powieści Prusa na język nowoczesnego serialu?Wyzwanie w gruncie rzeczy polega zawsze na tym samym - żeby stworzyć poruszającą, wciągającą opowieść. Przewaga w budowaniu historii na podstawie, czy jak w naszym przypadku - na motywach istniejącej powieści ma tę przewagę, iż jest już jakiś świat, którego nie trzeba wymyślać od zera. Ale ma to też swoje ograniczenia - czasem trudno jest wyobrazić sobie alternatywne rozwiązania od tych już istniejących, trudno się “odkleić” od literackiego pierwowzoru. Myślę jednak, iż nam się to udało. Czym ta adaptacja różni się od wcześniejszych ekranizacji i na ile pozwolił Pan sobie na odważne, autorskie zmiany?Nie tworzyliśmy naszego serialu w odniesieniu do poprzednich adaptacji, więc nie zajmowałem się tym szczególnie. Netflix dał mi pełną swobodę w reinterpretowaniu powieści Prusa, więc nie miałem żadnych ograniczeń - i to w pewnym sensie było właśnie najtrudniejsze. Bo siłą rzeczy trzeba zrobić pewną selekcję, zdecydować, co jest częścią naszej opowieści, a co już do niej nie pasuje.
Kim są dzisiaj Wokulski i Izabela Łęcka w Pana wydaniu? Czy zobaczymy w nich postaci znane z książki, czy dostali zupełnie nowe rysy?Myślę, iż nasza Łęcka i Wokulski znacząco różnią się od tych, które znamy z powieści Prusa - ale to wciąż te same postaci. Tylko iż inne. To kwestia rozłożenia akcentów, wyciągnięcia na pierwszy plan pewnych jakości, które być może nie odgrywają tak wielkiej roli w samej powieści. Do tego postać otrzymuje finalny kształt w interpretacji konkretnego aktora, to on daje jej życie - siłą rzeczy więc każdy Wokulski i każda Łęcka to wariacja na temat postaci z książki, którą każdy wyobraża sobie trochę inaczej. Po sukcesie "Kosa" i otrzymaniu wielu nagród mierzy się Pan z kolejną wielką, historyczną materią. Z jakimi wyzwaniami musiał się Pan mierzyć?Powtórzę to, co powiedziałem wcześniej. To zawsze to samo wyzwanie - stworzyć poruszającą opowieść, którą widz przeżyje i która z nim zostaje. Może trochę większa presja, ale ja lubię presję. Do tego wyzwaniem oczywiście była skala samej produkcji, rozmach inscenizacyjny i wymagające emocjonalnie sceny aktorskie. Co chciałby Pan, aby współczesny widz dostrzegł w tej historii - coś, co mogło mu umknąć podczas szkolnej lektury?Mam nadzieję, iż widz ją przeżyje po swojemu - nie ma dla mnie większego znaczenia, czy będzie ją odnosił do powieści Prusa, czy nie. Ważne, żeby podszedł do niej z otwartą głową i sercem - bo to piękna i wciągająca opowieść. Czy obawia się Pan krytyki w związku z nieco inną odsłoną klasyki jaką jest "Lalka"?Nie muszę się jej obawiać, bo mam z nią do czynienia, odkąd tylko pojawiły się wzmianki o naszej produkcji. Jestem pewien, iż będą widzowie, którzy ją absolutnie pokochają i tacy, którzy ją znienawidzą bez względu na to, czy ją w ogóle obejrzą, czy nie. Mierzę się z tym już teraz. Rozumiem, iż nasza reinterpretacja nie wszystkim może przypaść do gustu. Ale ktoś kiedyś ładnie powiedział, iż dla wszystkich to może być zupa pomidorowa.