W śnie, który śniła Zuzanna, wszystko płynęło jak rzeka Wisła w wielkim nagłym rozlewisku rzeczy znajdowały się nie na swoim miejscu, ludzie mówili półgłosem, a niebo było jak zgaszone światło.
Zuzanna nie znała swojego ojca był jak cień w korytarzu, który zniknął, gdy miała zaledwie parę miesięcy. Wychowywała ją matka i dziadek Feliks, który zamiast własnych opowieści podsuwał jej wiśnie i stare książki. Zdarzyło się jednak, iż matka zachorowała, przeleżała jesień w wilgotnym pokoju i odeszła, kiedy Zuzanna miała dziesięć lat.
Babcia już dawno temu odpłynęła w stronę Tatr, zostawiając tylko serwetki szydełkowe i zdjęcie z czasów, gdy mleko kosztowało jeszcze pięć złotych. Więc po śmierci matki, została Zuzanna z dziadkiem, który układał jej życie z kart jak w pasjansie.
Z czasem Zuzanna dorosła, a jej oczy nabrały niebieskiego blasku. Pracowała, opiekowała się dziadkiem, który leżał w łóżku i patrzył w sufit, gdzie pęknięcia przypominały mapy nieznanych miast.
Pewnego wieczoru, kiedy zapach herbaty mieszał się z dymem z sąsiedniego komina, dziadek powiedział:
Zuziu, muszę cię prosić o coś dziwnego.
Co się dzieje, dziadku?
Wiesz, twoja babcia miała najbliższą przyjaciółkę, Ludwikę. Były jak dwie brzozy przed domem nierozłączne. Gdy twoja babcia żyła, Ludwika przychodziła codziennie, z pierogami albo tylko pogadać. Po jej śmierci, chodziłem do Ludwiki. Nie zostawiaj jej samej, Zuziu. Obiecaj mi to.
Obiecuję.
Nazajutrz Feliks odszedł cicho, jak przezroczysty ptak. Zuzanna została sama, z kubkiem herbaty, ciszą i wspomnieniem przeszłości. Zaczęła chodzić do Ludwiki, mieszkającej na Pradze, pomagała jej w kuchni, sprzątała, gotowała rosół pachnący lubczykiem. Choć Ludwika miała rodzinę synów, synowe, wnuki nikt się o nią nie troszczył. Przez trzy lata ich dom pachniał ciastem drożdżowym i opowieściami z przeszłości.
Gdy nadszedł czas Ludwiki, rodzina pojawiła się jak z mgły wszyscy szukali w szufladach, pod poduszką, za obrazem Częstochowskiej. Szukali złotych pierścionków i pazerni byli na każdą starą złotówkę. Zuzanna zabrała tylko jedno stare zdjęcie i wyszła bez słowa.
Następnego dnia, kiedy słońce świeciło już trochę inaczej, przyszła do niej siostra Ludwiki.
Zuziu, tak się sprawy mają…
Co się stało?
Ludwika napisała testament na ciebie, ale przecież nie jesteś jej krewną. My jesteśmy! Tak, nie opiekowałam się nią, ale miałam pod górkę. Oddam ci coś, zapłacę, może karton czekolad, może parę tysięcy złotych.
Zgoda odparła Zuzanna. Zapłać.
Ale kiedy rodzina czekała na spadek, Zuzanna oddała wszystko każdą otrzymaną złotówkę, choćby starą cukiernicę Ludwiki Domowi Dziecka w Lublinie. Ktoś tam wieczorami marzył o własnej rodzinie, jak ona.
I sny Zuzanny były od tej pory łagodniejsze, jak miękkie letnie deszcze nad polskimi polami.
