Dzień dobry, wszyscy umrzemy. Michał Kisielewski prezentuje „Zew nie zen!”.

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Zuza Krajewska


Można by pewnie, z dozą lenistwa, sprowadzić ten album do wytartego „to jest płyta o apetycie na życie”. Ale ona nie jest o apetycie. Jest o przeszywającym na wskroś głodzie. I paraliżującym lęku przed tym, iż w życiu zawsze jest później, niż myślisz. Dla Michała Kisielewskiego zdaje się to być równie przerażające, co potwornie śmieszne.

Album jest dostępny we wszystkich serwisach streamingowych

Niezdolny do poczucia tytułowego zen, Michał Kisielewski sięga po zew. Jego wybór prowadzi nas do opowieści o zatracaniu się w doznaniach maksymalistycznych, totalnych. Czasem niewybrednych, niekiedy perwersyjnych, momentami skrajnie romantycznych. Częściej niż rzadziej wieńczonych komiczną puentą. Teksty z wyczuwalną uciechą przełamują patos kolejnymi transgresjami. Uniesienie kończy się pyskatym żartem. Jest na to słowo: bathos – tu używany z autoironią i humorem, ale i bezwzględną premedytacją.

„Zew nie zen!” w całości jest zresztą oparty na przeciwnościach, nieustannym tarciu. Michał rysuje obraz pokolenia wychowanego między ostatnimi podrygami Polski katolickiej a obietnicą Disneyowskiego happy endu. Fantazjami o spełnieniu w idealnej miłości obok aktów wyuzdania, emocjonalnej pazerności. To w równym stopniu portrety beznadziejnych romantyków, jak i sybaryckich nicponi. Sprzeczności nie kończą się jednak tutaj. Album łączy te motywy, bezceremonialnie przeskakując między gatunkami. Popowymi, indie-rockowymi, funkowymi czy sięgającymi po ostrzejsze brzmienie melodiami. Słychać tu i wczesne, i późne Arctic Monkeys, a może i całą indie-sleaze’ową scenę lat dwutysięcznych. Podszyte elektroniką, nośne refreny, których nie powstydziłby się Phoenix. Powidoki Harry’s House. Są powolne ballady, stoner-rockowe eposy, ale też shoegaze, dream pop, synth pop, w końcu pop przez duże p. A w tytułowym numerze, w połowie drugiej zwrotki, harmonia nagle ucieka w… jazz.

Ta muzyczna zachłanność nie jest jednak przypadkowa – zgodnie z motywem albumu nikt się tu nie ogranicza, chce się wszystkiego naraz. Obfite aranże są zagrane, nie poskładane; wylewają się z nich żywe instrumenty. Pośród numerów zamaszystych, momentami solennych, nie brakuje luzu i lekkości – co jest dość przekorną konstrukcją, biorąc pod uwagę powracające motywy: tęsknoty, współzależności, pożądania i niedającego się ugasić pragnienia kolejnych przeżyć.

I tu wychodzi najważniejszy twist tego albumu – przy cienko zawoalowanej powadze poruszanych tematów, „Zew nie zen!” jest płytą szybką, elektryzującą i często szczerze zabawną. Gra słów, zjadliwe punchline’y i kulturowe odniesienia są na niej narzędziami używanymi równie konsekwentnie co przekraczanie granic, a lekkoduszność jest postawą traktowaną nie mniej poważnie niż eksces. Jest w tej płycie też dużo słońca – figuratywnie i dosłownie – licznych odniesień do długich, ciepłych dni w mieście, które samo jest często równoprawnym, tkliwie opisywanym bohaterem. Jest tam też adresat – choć dla wszystkich z nas będzie to kto inny – a płyta robi się wtedy po prostu bardzo czuła.

Finalnie, „Zew nie zen!” to dwanaście utworów o pokoleniu hedonistycznym, ale łaknącym sensu. Rozczarowanym zarówno własną, jak i wszechotaczającą pustką. Przebodźcowanym, więc tym bardziej próbującym za wszelką cenę coś poczuć. W końcu szukającym odpowiedzi tam, gdzie wydaje się to przez cały czas możliwe: w ostatnich, wciąż jeszcze namacalnych doświadczeniach. I traktującym miłość jako jedyne już dostępne zbawienie.

Bo co począć, gdy na jego oczach upada fasada uniwersalnego porządku, w którym zostało wychowane? To, co robi się przy każdym końcu świata: pić wino, kochać się i tańczyć.

To mocny, nonszalancki a przy tym “piekielnie” emocjonalny debiut, któremu warto poświęcić uwagę!

Obserwuj:

TikTok, YouTube

Idź do oryginalnego materiału