Pewnego ranka, w mglistym, półprzezroczystym świcie, Szymon przysunął się do Bogni, objął ją ramieniem i wyszeptał do ucha:
Dzień dobry, Jola.
Jego głos rozbrzmiał jak cichy dzwonek, po czym mężczyzna zapadł w senne mruczenie, a Bogna otworzyła oczy i leżała nieruchomo, jakby każdy ruch mógł rozerwać świat na pół. Wewnątrz ogarnęła ją lodowata cisza, a myśl, skacząca po rozbitym szkle, pytała: jak to się stało? Co się mogło wydarzyć? Wszystko przecież było w porządku a może nie?
Szymon przewrócił się na bok, ziewnąc rozległym westchnieniem.
Bogno, jakże jest ci zimno, aż sen sam się rozpuścił. Czy wszystko w porządku? Lato w pełni, a ty w kołdrze zmarznięta. Zaraz zaparzę herbatę.
Z takim samym, jakby znikąd, przyszedł do kuchni, nucąc wesoły ludowy rytm. Bogna jeszcze chwilę poleżała, potem z trudem podniosła się, aby umyć się w lodowatej strumieniowej kąpieli. Nogi były ciężkie niczym ołów, w głowie szumiało białe szmerki. Może jednak naprawdę potrzebowała herbaty.
Szymon, z papą w ręku, poprosił o naleśniki. Bogna rzuciła w niego mroczny wzrok.
Rano nazwałeś mnie Jola.
Co? Kochanie?
Szymonie, nie udawaj głupka. Rano powiedziałeś, iż jestem Jola.
To tylko sen, Bogno. Jola, Ula, to po prostu szept w półśnie. Czy to dlatego jesteś taka zimna i ponura? Ach, kobiety same się wymyślają, same się obrzucają. Idę do pracy głodny.
Zanim wyjdziesz, podlej kwiaty, upiecz naleśniki i gwałtownie ubierz się mruknęła Bogna, wyciągając się z domu, jakby jej nogi mogły rozpuścić się w powietrzu. Może jednak naprawdę usłyszała, a nie pomyliła się w słowach.
W przyjęciu Szymona pojawiła się nowa sekretarka. Bogna poczuła, iż coś pod jej językiem się ściska. W głowie znów rozbrzmiały poranne lęki. Sekretarka była młoda, z kręconymi, rudymi włosami, które falowały jak złote kłosy, a jej biust wymachiwał jak koło wozu.
Szymon Jurczewicz jest zajęty, dziś nie przyjmuje. Mogę zapisać pana na przyszły tydzień.
Lepiej zapisz mnie samą, będzie mi potrzebniejsze wybuchła Bogna.
Proszę? zapytała zakłopotana sekretniczka, oczy jej powiększyły się niczym dwa szklane kulki. Kto pani?
Zgroza. Bogna Wiktorowa, żona Szymona Jurczewicza. Odejdziesz. Tu po prostu zbierają jakieś uliczne szopy.
Nagle głośnik rozległ się wesołym głosem Szymona:
Jolu, przynieś mi kawę. Jolu?
Bogna westchnęła:
Dobrze, przyniosę.
Bogno? zagadnął Szymon, widząc żonę z tacą w swoim gabinecie. Co się stało?
Oto twoja kawa. A ja przyniosłam naleśniki. Otrzymasz wezwanie o rozwód pocztą. Smacznego.
Bogno, co to wszystko? zagrzmiał mąż, gniewny jak czarna chmura. Od rana jak czarownica na miotle.
Twoja czarownica siedzi w przyjęciu. Dlaczego nie ma uczesanej fryzury? Taki poważny dentysta, a taka wulgarna sekretarka to tanio, Szymonie.
Bogno, przestań. Dość. Nie wytrzymam twoich histerii. Wiesz co? Będę tydzień mieszkał na wsi. Poczekam, aż się uspokoisz. Gdy się ochłoniesz zadzwoń.
Za późno, Szymonie. Nie wytrzymam zdrady. Nie wybaczam. Powiedz mi, dlaczego?
Szymon westchnął zmęczonym oddechem, wziął łyk kawy i zmarszczył się.
Varvara odeszła. Jola została mi polecona.
Czy to już miesiąc? spytał niechętnie.
Tak, miesiąc temu. odwrócił wzrok.
Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Zawsze dzieliłeś się nowinami.
Nie przewidywałem, iż Jola zostanie na dłużej. Ona radzi sobie znakomicie.
Nie wątpię.
W pracy! podniósł głos, twarz zaróżowiała. Ona radzi sobie w pracy!
I nie tylko.
To się stało przypadkowo! Nie chciałem!
Gdybyś nie chciał, nie zdradziłbyś. Zbieram rzeczy i wyprowadzam się.
Gdzie? drżał Szymon. Mówiłem, iż tydzień na wsi, po prostu uspokój się. Bogno, nie chcę rozwodu!
Ale muszę. Nie mogę słyszeć twojego imienia z ust. Jola, Twoja ruda sekretarka będzie ciągle w mojej głowie. Nie zniszcz mi psychiki. Pracuję już i tak pod presją. Mam dzieci.
Gdzie pójdziesz? Zostań w mieszkaniu.
Po co mi twoje mieszkanie? Mam własny dom.
W tej dziurze? Stary drewniany dom?
To mój dom. I koniec.
Dom, odziedziczony po rodzicach, pachniał starą mgłą wspomnień. Bogna poczuła łzy, które chciały wypłynąć jak dym z komina. Przyjaciółka Nela, stojąca przy oknie, zadręczała się:
Nie możesz tu mieszkać, Bogno, nie wariuj. Wróć do mieszkania. Sprzedaj ten dom, weź kredyt, a potem
Nie patrz tam, już przeszliśmy tę drogę. Nie dam rady. A ty mogłabyś?
Nie wiem, co bym zrobiła na twoim miejscu.
Bogna otworzyła wszystkie okna, a wiatr przyniósł zapach trawy, letniej łąki, dziecięcych lat.
Tu pięknie można mieszkać, z czasem. Dom solidny, piętnaście minut jazdy od miasta, a wioska już się rozwinęła. Czyż nie? rozmawiała z Nelą, której głos rozbrzmiewał jak echo w pustym polu.
To mnóstwo roboty! Muszę dziś zamieszkać. Może zostaniesz trochę?
Gdzie? W spiżarni?
Saśka wyjechała na wakacje do mojej mamy. W jej pokoju możesz przebywać do jesieni.
Pokój nastolatka jest nietykalny! Jesteś już nauczycielką! wpadła w gniew Nela.
Daj spokój wzruszyła się Bogna. Czujesz zapach? Trawy, wsi, dzieciństwa.
Trawa tutaj wyrosła, trzeba ją skosić. Bogno, nie dasz rady sama.
Załatwię ekipę, przykopią działkę. Mam oszczędności. Przez pięć lat, odkąd Szymon otworzył prywatną klinikę, żyłam z jego pieniędzy. Traktował mój zarobek jak rozrywkę, namawiając, żebym odkładała na przyjemności.
Dobrze, iż jest taki mąż westchnęła Nela.
Myślałam podobnie. Ale to ciężkie.
Rozumiem.
Myślałam wyciągnąć Joli zęby przednie, niech Szymon później nowe zrobi. Nie dla mnie. Ona jest młoda, zdrowa, nie zostanie bez zębów.
A ty staruszka i chora? pyszniła się Nela. Czterdzieści lat, a życie dopiero zaczyna się.
Jak to wytłumaczyć Polinie? Nie chcę myśleć o tym. Rozwód powiedzieć. Nie chce, żeby wracała do szkoły, przyjeżdżała i namawiała.
Rozumie się. Dwadzieścia lat razem. Nie żałujesz?
Żałuję jak pszczoła w dupie. Zostaw mnie w spokoju.
Okropna jesteś zdziwiła się Nela. Myślałam, iż będzie płakać.
Nie dostaniesz.
To stres cię szaleje.
Może tak. Dobra. Chcesz mnie wesprzeć? Weź wiadro, pobierz wodę, umyj podłogi, okna, kurz wytrzyj.
Lepiej w hotelu zamieszkaj. Nie zamierzasz się tym domem zajmować?
Dlaczego nie? To dom moich rodziców. Nie chcę go burzyć ani sprzedawać.
Następnego ranka, w próżni dźwięków, rozległ się piszczący krzyk świni. W domu nie pachniało pierogami, drzwi nie trzaskały, a łzy spływały po policzkach jak rozbryzgi deszczu. Ktoś krzyczał:
Kto tam? Zadzwonię na policję!
Nie bój się, to sąsiad. Muszę odebrać od was Hectora.
Bogna, w piżamie jak mgła, wyszła na próg.
Który Hector? Co pan myśli?
Hector! wykrzyknął mężczyzna, wchodząc w gąszcz trawy.
Trawa zamieszała się, a z krzaków wyłonił się mały, czarny prosiaczek.
Hector, nie bój się, wyjdź, idziemy do domu, głupiu.
Zwierzak podszedł ostrożnie, jakby nie wierzył w własne istnienie.
Rasowy? zapytała Bogna.
Szczerze mówiąc, nie znam się na prosiakach.
Po co ten prosiak?
Nie mój. Przypadkowo wślizgnął się na mój teren i zamieszkał w stodole. Przejechałem całą wioskę, nikt nie szuka prosiąt. Związałem się z nim, naprawdę. Nie chciałem go szukać.
Skąd przybyłeś do tej wioski?
Gdzie? obraził się mężczyzna. Tu natura, świeże powietrze, cisza, miasto w pobliżu. A wy nie jesteście wiejską ludnością?
Skąd wzięłaś?
Po pierwsze, dopiero po raz trzeci widzę cię w tej wsi, po drugie, twoje pole jest pokryte trawą. Po trzecie, jesteś piękna.
Panie wybuchła Bogna omijajmy to. Mam rozwód w tygodniu, stres, psychozę. Tu dorastałam, wszyscy mieliśmy prosięta. Przestańcie patrzeć na moje ręce. Potrafię z sosny wyciąć brzozę toporem.
Hector, idziemy, jest niebezpiecznie. Nie wariuj tak, proszę. Nie zdążyłem jeszcze postawić ogrodzenia, a twoja trawa przyciąga Hectora.
Nie krzywdzę dzieci ani zwierząt. Do widzenia.
Następnego ranka obudził ją skowyt psa. Kłopoty z wieprzami, sąsiadami, psami a ona przyjechała tu, by w ciszy przemyśleć własne myśli. Cały dzień nie zrobiła nic konkretnego, włóczyła się po okolicy, wpadła do sklepu. Nie zamówiła ekipy, by wykopała działkę. Niech rośnie trawa.
Skowyt powtórzył się pod oknem. Bogna wyszła na podwórko i zobaczyła szczeniaka.
Sąsiad długo nie otwierał bramy, w końcu zaryczał z zamkiem i pojawił się w piżamie, prawie identycznej jak jej własna. Obok warczał Hector.
To twój szczeniak? spytała Bogna z niecierpliwością.
Skąd pomyślałaś? odpowiedział.
Nie masz ogrodzenia, więc świnie i psy wdzierają się do ciebie.
A nie chcesz zostawić szczeniaka? W domach jednorodzinnych pies się przydaje. Ja właśnie miałem w tym tygodniu jechać do schroniska.
Nigdy nie miałam psa. A ty już rozwiązałeś sprawę ze świnką.
Traktuję to jako prezent od sąsiada. Dziękuję. Nadaj mu imię.
Niech będzie Artek. Piękne imię.
Nie, ja nazywam się Arsenij. Nieładnie nadawać psu własne imię.
W takim razie niech będzie Czupek. Hector już jest.
Czupek i Hector? Wspaniale! Dziękuję! A jak masz na imię?
Bogna.
Piękne imię.
IdęW końcu, patrząc na rozświetlone niebo, Bogna poczuła spokój, którego nie znała od lat.





