Dziecko Rosemary – recenzja książki. Ile jest warta kariera?

popkulturowcy.pl 1 tydzień temu

W ostatnich latach sporo klasyków grozy dorabia się nowych wydań. Kolejnym tytułem na tej liście jest Dziecko Rosemary – powieść, która zainspirowała jeden z bardziej kultowych filmów z gatunku.

Guy i Rosemary Woodhouse, młode małżeństwo, wprowadza się do nowego mieszkania w eleganckiej nowojorskiej kamienicy. Sympatyczni sąsiedzi, Minnie i Roman Castevetowie, gwałtownie zaprzyjaźniają się z nimi i chętnie służą im pomocą. niedługo Rosemary zachodzi w ciążę, ale zamiast ekscytacji i euforii odczuwa coraz większy niepokój, zaczynają dręczyć ją koszmarne sny i halucynacje. Prowadząc własne śledztwo, ku swemu przerażeniu odkrywa, iż Minnie i Roman są liderami satanistycznej sekty. Jednak choćby mąż nie chce jej uwierzyć i traktuje ją jak histeryczkę. Rosemary obawia się, iż sąsiedzi chcą złożyć jej dziecko w ofierze Szatanowi. Prawda jest jednak o wiele bardziej złowieszcza…

– opis wydawcy

Dziecko Rosemary to powieść Ira Levinsa z 1967 roku. Poznajemy w niej młode małżeństwo, które właśnie wprowadza się do nowego mieszkania. Samo wnętrze natychmiast przemawia do Rosemary, przyszłej pani domu, aczkolwiek historia budynku, w którym się ono mieści, budzi pewne wątpliwości u jej bliskiego przyjaciela. Wśród poprzednich lokatorów znajdują się między innymi kanibale, a ilość samobójstw, jakie mają tam miejsce, stanowczo przekracza normę. Mimo tego Woodhouse’owie decydują się wynająć feralne mieszkanie – i nie wychodzi z tego nic dobrego.

Fot. materiały promocyjne (Facebook/Wydawnictwo Albatros)

Jak już wspomniałam na starcie, Dziecko Rosemary to powieść dosyć stara. I jest to informacja, którą warto mieć z tyłu głowy – bo gdyby wyszła w tym, a nie zeszłym wieku, oceniłabym ją pewnie znacznie ostrzej. Szczególnie za jej wyjątkowo bagatelizujące podejście do przemocy seksualnej w związku. Okropność.

To powiedziawszy, zaznaczę od razu główny plus i główny minus książki. Plus? interesująca fabuła. Minus? Jej główna bohaterka. Przy takim kombo natomiast naprawdę trudno mi powiedzieć, czy książka jest warta przeczytania, czy też nie. Mam wobec niej wyjątkowo ambiwalentne odczucia.

Zacznijmy może jednak od zalet. Fabuła Dziecka Rosemary dosyć długo się rozkręca – na początku mamy wprawdzie zapowiedź horroru, jednak później przez wiele stron dostajemy opisy dosyć normalnego życia małżeństwa z klasy średniej. Rosemary spotyka się z sąsiadami, bywa u lekarza i słucha o rozwijającej się karierze swojego męża. Dopiero bliżej końca – a tym samym daty porodu – akcja się zagęszcza, aczkolwiek kiedy już to robi, to robi to porządnie. W kulminacyjnym momencie rzeczywiście wczułam się w sytuację Rosemary (po raz pierwszy i jedyny niestety), jej osaczenie i desperację. Jednocześnie wciąż też nie byłam pewna, czy to się faktycznie nie dzieje tylko w jej głowie, tak jak to sugerowali wszyscy inni bohaterowie. Nie czytałam wcześniej tej książki ani nie widziałam filmu, więc nie wiedziałam, jak się kończy. I dobrze – bo bez tego elementu niepewności lektura byłaby znacznie mniej interesująca w odbiorze.

Co zaś się tyczy mojego głównego zarzutu: Rosemary notorycznie zapomina (nie tyle poznawczo, co emocjonalnie) o rzeczach, które dla normalnej osoby byłyby traumą do końca życia. Uwaga – tutaj pozwolę sobie na spoilery. Koleżanka zza ściany popełniła samobójstwo tuż pod jej oknem? No cóż, bywa. Mąż wykorzystał ją, jak spała? Na chwilę się obraziła, po czym uznała, iż przecież nic się takiego nie stało i rozdział później już z powrotem kochają się na zabój. Ani słowa więcej na ten temat. Wieloletni przyjaciel trafił do szpitala w śpiączce? Zdarza się i tak. Przypomniało jej się o nim dopiero, kiedy umarł – a i wtedy dostaliśmy tylko info, iż miał ładny pogrzeb, po czym znowu go olała. Pie*dolona sekta zrobiła z niej matkę Antychrysta? No trochę kaszana, ale w sumie to czemu nie, można dołączyć. No żesz do jasnej cholery. Całe jestestwo Rosemary można podsumować jednym memem z Jeremym Clarksonem:

Źródło: imgflip.com

A choćby i mem ma więcej charakteru niż ona. Psychologicznie Rosemary jest tak tragicznie płaska i pozbawiona osobowości, granic, własnych wartości czy głębszych uczuć, iż szkoda się choćby dalej produkować.

W tym miejscu kończymy spoilery.

Wracając na chwilę do niewielkich, ale jednak umilających czytanie plusów – podobał mi się sposób, w jaki Rosemary zwracała się do nienarodzonego jeszcze dziecka. Nie znała płci i nie mogła się zdecydować odnośnie imienia, w związku z czym gdy o nim myślała, używała formy „łamanej” – Andy-lub-Jenny, gdzie jedno z imion w zestawieniu cały czas się zmieniało. To akurat moim zdaniem naprawdę fajny zabieg, dużo ciekawszy niż ciągłe powtarzanie określenia „dziecko”. Oprócz tego znalazłyby się pewnie jeszcze jakieś pozytywne drobiazgi, takie jak chociażby przystępny styl pisarski, aczkolwiek nic takiego, co przykułoby na dłużej moją uwagę. Z ważniejszych rzeczy w treści książki to chyba tyle.

W najnowszym wydaniu Dziecko Rosemary dostało całkowite odświeżenie szaty graficznej oraz nowe tłumaczenie. Do tego drugiego nie mam żadnych zastrzeżeń. Czytało mi się płynnie, nie rzuciły mi się w oczy żadne błędy. W kwestii szaty graficznej nie jestem może zachwycona, ale zadowolona już raczej tak – chociaż wersja okładki bez twarzy, która widnieje na Lubimy Czytać, podoba mi się bardziej niż ta finalna. Obie są jednak dość proste i nieprzesadnie mroczne – dokładnie tak jak sama książka. Ze wszystkich wydań tego tytułu dostępnych na rynku to jest chyba najbardziej spójne pod tym względem.

Podsumowując, Dziecko Rosemary to książka, którą trudno mi jednoznacznie polecić. jeżeli w powieści zależy Wam przede wszystkim na ciekawym głównym wątku fabularnym, to można po nią sięgnąć. Z kolei jeżeli liczycie na dobrze oddanych, psychologicznie zniuansowanych bohaterów – totalnie odradzam. Ja sama nie mam silnej preferencji wobec żadnego z tych dwóch; oba uważam za niemal równie ważne, w związku z czym oceniam tę książkę jako może i kultowego, ale jednak – tylko średniaka.


Autor: Ira Levin
Tłumaczenie: Robert Ginalski
Okładka: Agnieszka Drabek
Wydawca: Albatros
Premiera: 25 marca 2026 r.
Oprawa: twarda
Stron: 288
Cena katalogowa: 49,90


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Albatros. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Albatros)

Idź do oryginalnego materiału