Dzieciństwo na VHS, dorosłość na scenie. Ty.art o teatrze, który cofa do lat 90.

codziennypoznan.pl 1 godzina temu

Ty.art działa jak otwarta pracownia dla osób, które po pracy chcą wrócić do twórczości, spotkać ludzi i wspólnie tworzyć spektakle. Impuls do powołania studia zrodził się z obserwacji, iż w Poznaniu brakuje miejsca dla dorosłych, którzy chcą spróbować teatru bez wchodzenia w formalne szkoły czy kosztowne kursy.

– Zorientowaliśmy się, iż jest pewna luka. Nie ma takiej przestrzeni dla osób dorosłych… żeby po prostu ludzie mogli się spotykać i razem sobie grać – mówiła Joanna Nowakowska.

Jak dodała, alternatywy zwykle są dwie: płatne zajęcia albo szkoły aktorskie.

– A my robimy to dla społeczności poznańskiej – podkreśliła.

W ty.art spotykają się osoby w różnym wieku i z różnym doświadczeniem.

– Mieliśmy jedną najmłodszą uczestniczkę 18 lat, a najstarsza osoba miała lat 50. I nie było tu żadnego problemu – zaznaczyła Nowakowska.

Model pracy opiera się na wymianie umiejętności.

– Jest to przestrzeń, w której uczymy się od siebie, a co najważniejsze jest to studio darmowe, czyli my nie wnosimy żadnych opłat. My nie pobieramy opłat również za bilety – powiedziała.

Twórcy podkreślają też, iż dołączenie do studia nie wymaga „gotowego talentu” – liczy się ciekawość i chęć.

– Chcemy zawsze wyciągnąć to, z czym ktoś przychodzi… o ile ta iskierka już gdzieś tam drzemie, naszym zadaniem jest ją tylko troszeczkę bardziej podciągnąć i wypolerować – tłumaczyła scenarzystka i aktorka.

Rozmowa odsłoniła też kulisy pracy, które zwykle nie trafiają na afisz. Ty.art tworzy wszystko samodzielnie: od scenariusza po scenografię.

– My robimy sami scenografię, my robimy sami kostiumy, my… sami przygotowujemy scenę, sami piszemy scenariusz – wyliczała Nowakowska.

To właśnie ta „pełna odpowiedzialność” jest dla nich nowym doświadczeniem, mimo iż oboje mają już teatralne obycie.

– I ja i Hubert mamy już pewne doświadczenia aktorskie, mamy tę wiedzę techniczną, tego jak uczyć, tego jak powinno się grać… Nowością jest to, iż mamy to wszystko na swojej głowie – przyznała.

„Dzieci z kartonu” są spektaklem, który buduje klimat na autentycznych przedmiotach. W studiu pojawiły się symbole epoki: kaseta VHS, dyskietki, stary telefon. Kostiumy również nie są stylizacją „pod lata 90.”, tylko realnymi znaleziskami.

– Większość ubrań tak naprawdę pochodzi z drugiej ręki… z second handów, z lumpeksów… i to też pokazuje… nawiązanie do lat dziewięćdziesiątych, kiedy… zwykle miało się albo po starszym bracie… albo właśnie z tej drugiej ręki – opowiadała Nowakowska. – Wszystko co tutaj zebraliśmy… to są oryginały z tamtych lat – dodała.

Kasety, które w spektaklu stają się elementem scenografii, uruchamiają pamięć widzów.

– Nostalgia odżywa… po tym, co opowiadają wychodząc po spektaklu… wywołuje to u nich takie nostalgiczne myśli, wspomnienia tych lat dziewięćdziesiątych – mówiła.

Choć spektakl wyrasta z rekwizytów dzieciństwa, twórcy podkreślają, iż sednem jest współczesne doświadczenie młodych dorosłych.

– Wiedzieliśmy, iż chcemy stworzyć spektakl o drodze, o poszukiwaniu czegoś, o poszukiwaniu stabilności… i dopiero później… narodził się pomysł, że… ubrać w formę milenialsów, w formę lat dziewięćdziesiątych – tłumaczyła Nowakowska.

Nie ma tu jednej protagonistki czy protagonisty – jest raczej mozaika doświadczeń i skojarzeń, które składają się na pokoleniowy portret.

– Skupialiśmy się na tym, aby przede wszystkim pokazać różnorodność tych lat 90. – podkreśliła.

Tworzenie scen odbywało się metodą „zadania aktorskiego”, w którym uczestnicy szukają własnych tematów i emocji.

– Zadajemy sobie pytanie, czy jest ktoś idea, którą chciałbym zagrać. Ja na przykład – osobę, która walczy z tym brakiem bliskich przy sobie. I teraz w jaki sposób stworzyć taką scenę, bazując na tych materiałach lat 90. – opowiadała.

W spektaklu pojawiają się ikony epoki: trzepak jako symbol podwórkowej wspólnoty i sylwester 1999 jako moment zbiorowego napięcia.

– Wiedzieliśmy, iż musi się pojawić scena z trzepakiem, bo jest to po prostu ikona lat dziewięćdziesiątych – mówiła Nowakowska.

A o przełomie tysiącleci dodawała:

– Musiał się pojawić Sylwester w 1999 roku, oczekiwanie czy komputery się wyłączą, czy nastąpi blackout, trzeba wytrwać do końca, żeby zobaczyć, czy… świat będzie istniał.

Rozmowa zeszła także na temat zmian społecznych i technologicznych. Prowadzący zauważył, iż pamiętanie lat 90. bywa „błogosławieństwem”, bo pozwala docenić dzisiejszą wygodę. Ty.art nie idealizuje jednak przeszłości – raczej zestawia ją z teraźniejszością, szukając podobieństw.

– Patrzymy sobie na ten spektakl z taką troszeczkę refleksją, czasami oglądamy sceny i nie wiemy czy akcja dzieje się w latach dziewięćdziesiątych, czy współcześnie, a może w obu naraz – mówiła Nowakowska.

W pewnym momencie przywołała słowa z jednej ze scen autorstwa Huberta Okonowicza: – „Kiedyś ludzie mieli mniej, ale byli bliżej siebie”. Po czym dodała, iż spektakl stawia pytania o to, ile naprawdę się zmieniło.

– Mieliśmy w latach dziewięćdziesiątych uzdrawianie przez telewizor i teraz zadajmy sobie pytanie, czy w tych dzisiejszych czasach to się zmieniło? – pytała.

Zwróciła też uwagę, iż dziś wraca moda na „reset cyfrowy”, czyli świadome odłączanie się od technologii.

– Zauważ, choćby dzisiaj mówi się o resecie cyfrowym, iż zostawiamy telefony i wracamy trochę do tego życia bez tej technologii – zauważyła.

A kaseta VHS? W tym zestawieniu staje się symbolem dzieciństwa, które trzeba było „zdobywać” w wypożyczalni, w kolejce, z czekaniem na premierę.

– Ta kaseta no stream naszego dzieciństwa, prawda? – podsumowała Nowakowska, przypominając, iż dyskietka, choć zniknęła z biurek, przez cały czas „żyje” jako ikona zapisu pliku. – Do tej pory jest ikoną zapisu dokumentu, a kilka osób ją teraz już na żywo widzi – dodała.

Najbliższe prezentacje „Dzieci z kartonu” odbędą się 30 stycznia o godz. 18 w Przystanku Pireus oraz 6 lutego o godz. 18 w Baraku Kultury – jako wydarzenie towarzyszące wystawie „Childhood Post-Soviet Song”. Jak podkreślają twórcy, to istotny kontekst: polskie lata 90. były inne niż zachodnia popkultura.

– Polska w tych latach się dopiero otworzyła, nastąpił ten boom kulturowy, czas reform, masa tych rzeczy, która się działa wówczas – mówiła Nowakowska.

Idź do oryginalnego materiału