fot. wildweekly.com – kadr z filmu „The Darjeeling Limited” (2007), reż. Wes Anderson
Wyprawa przez Azję — zarówno dla nich, jak i dla mnie – była naznaczona żałobą. Próbowaliśmy ponownie odnaleźć siebie w świecie pozbawionym naszego świata. Rzeczywistość po utracie tej jednej osoby – która przecież miała być u naszego boku na zawsze – przypominała raczej odbicie w pękniętym lustrze. Znajome obrazy były zdeformowane, a ich całość istniała już tylko we wspomnieniach. W dodatku wiszący nad nami zwiastun kilku lat nieszczęścia i przeczucie, iż euforia jeszcze długo nie wróci.
Wszystko się rozpadło, a my z pozostałych fragmentów próbowaliśmy ułożyć nową drogę, która pozwoliłaby nam iść dalej.
Patrzyłam więc na strudzonych braci Whitmanów, którzy swojej nowej tożsamości szukali w świątyniach, o których nic nie wiedzieli; na kolorowych straganach, gdzie nieustannie dawali się oszukiwać; pośród krajobrazów tak pozbawionych znaczenia, iż mogłyby być dowolną inną scenerią.
Śmiałam się, obserwując trzech pasażerów The Darjeeling Limited, którzy z tak wielką determinacją próbowali spełnić utopijną wizję swojej podróży, podporządkowanej drobiazgowo zaplanowanej agendzie. A mimo to, już kilka godzin później, sama uczestniczyłam w zajęciach jogi w popularnym balijskim studio, piłam ceremonialne kakao i jechałam skuterem z rozwianymi włosami, przekonana, iż oto działania, które samoistnie wprowadzą mnie w nowy rozdział mojego życia.
I tak po prostu znalazłam się obok nich – w tym komercyjnym pociągu przemierzającym azjatycki kraj, pełnym podróżników realizujących podobny projekt poszukiwania własnej drogi. Nikt z nas wówczas jeszcze nie wiedział, iż prawdziwą duchowość, do której tak tęskniliśmy, odnajdziemy dopiero, gdy pociąg zatrzyma się, a my opuścimy jego wagony.
fot. creativebloq.com – kadr z filmu „The Darjeeling Limited” (2007), reż. Wes Anderson
Doświadczyć śmierci
W jednej ze scen Whitmanowie, na skutek nieustannych konfliktów z załogą, zostają wyrzuceni z pociągu. Do sytuacji dochodzi w miejscu odległym, nieuczęszczanym przez turystów. Braciom ciężko nawigować swoją podróż dalej. Zostają pozbawieni bagażu oraz swojego perfekcyjnego planu. Nieograniczeni więc ciężarem walizek, postanawiają, iż dalszą część wyprawy będą kontynuować o własnych siłach – pieszo. Aż dotrą do ostatniego miejsca na ich długiej liście.
I w tym momencie fabuła gwałtownie zmienia kierunek. Podczas wędrówki bracia zatrzymują się nad rzeką, gdzie trzej mali chłopcy próbują przedostać się na drugą stronę. Nurt okazuje się zbyt silny i porywa młodzieńców, którzy z wysiłkiem przeciwstawiają się żywiołowi. Bohaterowie rzucają się tonącym na pomoc. Pomimo ich ogromnego zaangażowania, jedno z dzieci przegrywa walkę z oporem wody. Jego ciało zostaje wydobyte z głębin dopiero wtedy, gdy stało się już to, co nieodwracalne.
Bracia decydują się towarzyszyć dwóm ocalałym chłopcom w przekazaniu ciała rodzinie zmarłego. Uważają to za swój moralny obowiązek, by osobiście przekazać ojcu tę najgorszą wiadomość, jaką rodzic może usłyszeć. Wstępując do niewielkiej wioski, witają ich niezliczone łzy, szloch i ogromna rozpacz każdego z mieszkańców.
Whitmanowie zostają zaproszeni do udziału w ceremonii pochówku. Przez krótką chwilę stają się częścią tej skromnej społeczności – pomagają w czynnościach związanych z pogrzebem i chłoną codzienne nawyki swoich gospodarzy.
To oczami trzech bohaterów doświadczamy hinduskich zwyczajów pogrzebowych. Na pierwszy rzut oka wydają się odmienne od tych zachodnich, chrześcijańskich tradycji. Jedynym elementem łączącym doświadczenia – zarówno filmowych postaci, jak i ludzi różnych kultur — są emocje nieodłącznie związane z tą ceremonią. Wśród nich, oczywiście, żałoba; żal, poczucie niesprawiedliwości i ogromny gniew wobec Boga za odebranie życia – tego konkretnego życia.
Ten wątek filmu jest przełomowy. Bracia zmieniają swoją koncepcję na podróż, a wręcz redefiniują pojęcie duchowości. Nie pędzą już od jednej atrakcji do drugiej, nie ryzykują bankructwa na straganach z wątpliwej jakości pamiątkami. Nikt z nich nie odhaczą już kolejnych punktów z listy przypominającej przewodnik Lonely Planet. Ich walizki à la Louis Vuitton zostają zastąpione przez jeszcze cięższy bagaż — emocjonalny ciężar, który od tej chwili będą nosili ze sobą wszędzie.
Bycie świadkiem śmierci małego chłopca, przekazanie ojcu wiadomości o jego odejściu, przeżywanie tego samego bólu wraz z ludźmi (pozornie tylko) odmiennymi – to doświadczenia, których nie sposób zaplanować ani wpisać do harmonogramu.
I wtedy właśnie film zaczyna szeptem głosić tę subtelnie odkrywaną przed nami prawdę. Duchowość nie jest bowiem podróżą przez odległy kraj, niezależnie od liczby odwiedzonych świątyń czy sanktuariów. Duchowe doświadczenia rzadko wymagają wyprawy w nieznane czy oddalone od domu miejsce. W zasadzie, ten metafizyczny skrawek naszego istnienia to splot nieoczekiwanych ludzkich momentów, uczestnictwo w cudzym cierpieniu czy szczęściu (lub dogłębne przeżywanie własnego), a także – i może przede wszystkim – konfrontacje z siłami takimi jak miłość oraz śmierć. Starannie zaplanowana wizyta w (zazwyczaj azjatyckim) kraju nie stanowi, sama w sobie, czynnika kształtującego nasz światopogląd, ani nie zbliża nas do tych wzniosłych wersji naszego ja, które tak nachalnie próbujemy osiągnąć. Nie tędy – nie przez Azję – droga.
fot. screenqueens.com — kadr z filmu „The Darjeeling Limited” (2007), reż. Wes Anderson
Zrozumieć siebie
Duchowość jest tym, co łączy nas z samymi sobą oraz z innymi ludźmi. To dzięki niej próbujemy zrozumieć sens – choćby jeżeli go nie ma. To dzięki niej budujemy własną tożsamość – choćby jeżeli dołożenie kolejnego klocka nie było tutaj elementem zaplanowanym przez nasz racjonalny umysł.
Śmiałam się więc z Whitmanów wsiadających do pociągu Darjeeling Limited. A przecież kilka wcześniej, siedziałam w studiu jogi na Bali, licząc, iż praktyka zabawnie wyglądających póz przynosi mi ukojenie w okresie apatii.
Płakałam, gdy bracia, wraz z całą wioską, po raz ostatni żegnali chłopca. Gorycz tych łez była chyba wystarczająca – od tamtej pory nie wypiłam ani jednego ceremonialnego kakao.
I choćby sama zaczęłam częściej chodzić pieszo. Spacery są jednak bardziej wyzwalające niż brawurowa jazda skuterem, choćby jeżeli wśród piękna ryżowych pól.
Może rzeczywiście odnaleźliśmy jednak swoją duchowość w Azji. Nie z powodu miejsca, w którym byliśmy, ale z powodu tego, co straciliśmy, zanim tam dotarliśmy?
Fot. nagłówka: kadr z filmu „The Darjeeling Limited” (2007), reż. Wes Anderson



