DRUGI KWARTAŁ
14. 04. Pracuję z Andrzejem, czyścimy tor V ( nie musicie wiedzieć co to znaczy) w hali. Wracamy po przerwie sfinalizować temat. Patrzymy na zegarki – pracy na kwadrans, do końca zmiany ponad 3 godziny, więc co dalej? Bo nikt nam nie powiedział, więc rozciągamy to co robimy w czasie.
Tu istotny jest kontekst. To jeden z 9 – a inne źródła mówią o 11 zakładach tej firmy w kraju. Wszędzie kamery. Firma – ponoć – nie wygrała kilku istotnych kontraktów, więc prezes nie zarobi tyle, ile się spodziewał, tylko nieco mniej. On to przedstawia jako stratę. Bo mniej niż się spodziewał. I zaczyna się horror w stylu splater/ gore. Już wcześniej prezes patrzył sobie w te kamery, by zobaczyć jak pracujemy. Po tej batalii o kontrakty nastąpiło jakieś dup! w jego mózgu. Patrzy, patrzy, tu mu się coś nie podoba. I dzwoni do kierownika tego zakładu, każąc mu interweniować. Źle mu wyglądała praca brygady Ukraińców, więc w połowie zmiany, w połowie roboty, kazał ich zwolnić. ( To pracownicy firmy zewnętrznej, więc rozwiązać kontrakt?) To gruba jest perwersja, bo któregoś dnia prezes bierze na celownik – taka jest oficjalna wersja – jednego z pracowników i obserwuje jego działania przez półtorej godziny, by go wreszcie na jakimś kiksie złapać – no jest! Trafiony! Zwolnić natychmiast.
Razem z Andrzejem właśnie wyruszamy na górę, do posiedowiska mistrzów, by dopytać się, co dalej, gdy spotykamy przy klatce schodowej kierownika obu kieleckich zakładów. On do nas idzie, bo dostał telefon od prezesa. Prezes na niego nakrzyczał – oni nigdy nie mówią prawdy, wyolbrzymiają nasze, minimalizują swoje, bo ja za dokładnie zamiatałem, rozmawialiśmy w czasie pracy zbyt długo, a on na to patrzył z bólem w oczach, iż za to ma mi płacić. Kierownik zabiera nas na górę i wobec zastępcy kierownika i jednego z mistrzów ruga nas wszystkich. Bo sam został zrugany.
Tyle, iż za jego pensję on może być rugany co godzinę, a ja, za liczby nikczemne co miesiąc na koncie i tak robię więcej niż się należy. I ten teatrzyk, ta drama… - całe szczęście, iż za takie role nie dają Oscarów.
16. 04. Jadę z roboty ( to nie jest praca) autobusem linii „29”. W Białogonie wsiada ten socjopatyczny kanar. Mam cię! – drze się od wejścia. Uciekłeś mi z „5”, a ja cię mam! Chodzi o kolesia, który siedzi na ostatnim siedzeniu. Proszę nie otwierać tylnych drzwi. I rusza do niego. A koleś siedzi, bez jakichś gwałtowności, zrezygnowany, nie ucieka.
Facet, który zawsze wsiada na tym przystanku koło „Agromy”, odwraca się do mnie i mówi: a tak przebierał nogami, niedawno jechało „28”, mógł wsiąść, to by uciekł.
Kanar dzwoni po policję, by się pojawili w celu ustaleniu tożsamości pasażera bez biletu. I ten wątek jego działalności coraz bardziej mnie zastanawia, iż on dzwoni gdzieś tam, a autobus czeka na niego i jego kontrolę.
2. 05. Mamy przed blokiem dwie ławki, ale tylko jedną z całą potrzebną infrastrukturą – kosz, popielniczki, okresowy cień – i na niej przysiada większość. Wracam ze spaceru, a na ławce siedzi Grześ z parteru z kolegą i trenują „harnasie”; dosiadam się. Rozmawiają ze sobą – uff, to trudne jest do słuchania. Tak, pewnie spotykam takich wielu, ale stochastycznie zdarza mi się słuchać ich wylewów.
Kiedy słyszę, iż piją od rana, co dzień, wtrącam się. To lepiej smakuje, gdy masz punkt odniesienia: stan trzeźwości. Grześ mówi, iż faktycznie, bo jak raz nie pił przez miesiąc to potem piwo smakowało tak jak nektar bogów. No i opowiada o praniu: uprał sobie po dwóch latach kurtkę. No i – to już zupełnie przy okazji – czapkę zimową. Będzie jak znalazł na zimę.
Siedzimy razem, pijemy piwa, gdy pada pytanie: a pan jest pijący? To kolega Grzesia się zastanawia. A ja myślałem, iż pan jest terapeutą. ( Że są tacy lotni terapeuci zagadujący pijących piwo?) Mówię: to musisz mieć niezłe lęki, skoro podejrzewasz w takim gościu jak ja terapeutę.
19. 06. A adekwatnie już 20, ale dla mnie to kontynuacja trwającego wciąż 19. O 01:00 wychodzę zapalić na balkon, a od Jacka napierdziela BEE GEE’S. jeżeli ja słyszę to wyraźnie dwa piętra wyżej, to ci bliżej niego słyszą to jeszcze lepiej.
Jacek w bezpośrednim kontakcie jest miłym, sympatycznym gościem – poza tą skazą: obsesja na punkcie zespołu BEE GEE’S. Byłem kilka razy jego gościem i zawsze do picia piwa towarzyszyła nam ta sama ścieżka dźwiękowa. Ma chyba wszystkie ich płyty, albo prawie.
Godzina 01:40, ostatni papieros na balkonie przed snem. A w tle muzyka… Jacek niedawno przeskoczył trzydziestkę i ta fascynacja jest dość niezwykła jak na kogoś w jego wieku…
25. 06. Rozmowa w pracy w czasie przerwy śniadaniowej zaczyna się niewinnie – od mówienia o piciu alkoholu. Sławek nie pije, nie pił, a lat ma 60. Przedstaw mi świadków! Ale potem się rozpędza w monologu i nagle pojawia się wątek imprezy z kurą. Sławek opowiada: a zobaczymy jak się pije wódkę z kurą, interesujące co się stanie? I to nie jest jego kura, on jest w gościach. No to sru kielona kurze. Kurę gwałtownie alkohol powala, ma problemy z utrzymaniem równowagi ( błędnik), skrzydła maksymalnie na bok, nogi nie chcą współpracować, drze się w niebogłosy.
Dziś to może kontrowersyjne – bo zwierzęta i alkohol, deprawacja – ale jeszcze kilka lat temu w peeselowskim interiorze taka kura to wymarzony partner do picia. Nie przypucuje. choćby Gestapo i NKWD nie dałoby sobie rady z wyciągnięciem z niej zeznań.












