„DROM” – Komiks rodzaju [RECENZJA]

filmawka.pl 1 tydzień temu

Kultura Gniewu znowu to robi! Wypuszcza na polski rynek grube tomiszcze, które niedawno zachwyciło zagranicznych czytelników, a teraz szturmem przejmuje zbiorową świadomość tych w naszym kraju, chwalących premierę pod niebiosa. Tym razem jednak zamiast dylematów sfrustrowanego scenarzysty, o których przecież nic nie wiem, dane jest mi poznać historię wszelkiego stworzenia. Czy będzie to traktat filozoficzny o naturze wiary w omnipotentne bóstwo? Autotematyczna historia o procesie tworzenia historii na kartach komiksu? Próba nakreślenia nowej mitologii? Eksperyment wydawniczo-formalny? Tak.

Dwa potężne bóstwa postanawiają stworzyć świat, a na nim zasiać życie. Pojawiajace się stopniowo ssaki, gady, ptaki, płazy i ryby nie stanowią jednak odpowiedniego stymulantu, dlatego na planetę trafiają pierwsze inteligentne humanoidy. Oczywiście pozostawione bez opieki na jedną chwilę zaczynają się mordować, kopulować i tworzyć podziały w dopiero co powstałych społeczeństwach, więc stwórcy postanawiają interweniować. Zsyłają ludziom potężną i niezniszczalną wojowniczkę, której lękać winien się każdy śmiertelnik, aby stanęła na czele krnąbrnej ludzkości. Tutaj właśnie zaczyna się epicka opowieść Jessego Lonergana, niepozbawiona filozoficznych rozterek godnych klasycznych przypowieści. Niewielkim nakładem tekstu i maksymalnym nakładem obrazu autor tworzy tętniący życiem świat, którego mitologię interpretować i odkrywać będziemy na podstawie każdego kadru. Retro-futurystyczna, ale też bliska klasycznemu fantasy anonimowa planeta to brutalny i bezkompromisowy świat, w którym prywatne animozje, rządza władzy i bratobójcza walka są równie realne, co w naszym. Tętniący życiem humanoidów i przeróżnych zwierząt konglomerat przyciąga wzrok, który często chce się odwrócić na widok kolejnych brutalnych poczynań bohaterów. Jednak nie sposób nie patrzeć, gdy całość została nakreślona tak sprawną ręką.

fot. „DROM” / Kultura Gniewu

Dający życie temu światu Lonergan jest twórcą Wielkiego Projektu, którego każda strona stanowi osobne dzieło sztuki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem tak skrupulatnie skomponowaną pracę plastyczną, w której osobne kartki to dowód kunsztu artysty, ale dopiero połączone w sekwencyjną całość ujawniają swoją prawdziwą naturę. Niekonwencjonalne kadrowanie i zabawa geometrią to nie tylko efekciarski popis, ale realna znajomość prawideł medium komiksowego. Zaokrąglenie krawędzi kadru może zasugerować zamachnięcie śmiercionośnym ostrzem, ale również skrupulatny proces tworzenia życia lub okiełznanie nocnego nieboskłonu. Powtarzalny format kwadratowych minikadrów strukturyzuje kolejne sceny, ale ulega też kreatywnemu przekształceniu, aby Lonergan mógł ujawnić swoim bohaterom, iż ich stwórcy to też komiksiarze. Regularne uciekanie się do cyjanu, magenty, żółtego i czerni nie jest przypadkowym wyborem stylistycznym, a celowym zapożyczeniem z kolorów druku, demaskujących materię prezentowanego dzieła. Autor Dromu to samoświadomy stwórca, powołujący do życia ludzi i ich tragedie, skryty jednak za zasłoną fikcyjności i pozbawiony tej nutki pretensjonalności, którą ja okrasiłem ten akapit.

Choć fabuła jest tutaj opowieścią jakich wiele, to jednak w jej wizualnej dekonstrukcji spoczywa siła narracji całego komiksu. Dialogów starczy nam na niewielki zeszyt, a jednak tom liczy sobie kilkaset stron. Wszystko dlatego, iż autor nie opowiada tekstem, a tym co znajduje się między jego kolejnymi linijkami. Droga bohaterów między stronicami, przeskakiwanie z kadru w kadr i sekwencyjne ujęcie całej opowieści to starannie zaplanowany schemat, ujawniający wspomniany wcześniej Wielki Projekt autora. Jestem ogromnie ciekaw, jak wyglądał scenariusz Dromu, bo nieczęsto widuje się tak starannie przemyślaną opowieść komiksową, zawierającą tak kilka tekstu. A może był to płynący strumień twórczej świadomości, oparty na kilku zdaniach zapisanych gdzieś na przypadkowej kartce, a reszta przyszła sama, jak boska interwencja.

fot. „DROM” / Kultura Gniewu

Drom strasznie trudno jest opisać, bo tak jak w przypadku samego komiksu, nadmiar słów tylko odbiera mu siłę oddziaływania. To dzieło, które należy pochłonąć w skupieniu, sycąc się kolejnymi rysunkami, analizując elementy, przechodząc stopniowo do całości. Wydawniczy majstersztyk, wzór storytellingu, dzieło spełnione fabularnie i wizualnie. To urzekające, iż tym razem mogę wraz z resztą populacji oddać się pokornemu chwaleniu stwórcy, który zesłał dla nas świętą księgę, abyśmy mogli nieść ją dalej. Kultura Gniewu znów staje się apostołem głoszącym słowo, z którego przyjdzie nam się uczyć na temat świata i procesu tworzenia.

korekta: Monika Konkol

Idź do oryginalnego materiału