Notesik dręczyciela wypełniony po brzegi, ale negocjuję. Z samą sobą.
Na weekend udało nam się odhaczyć dwie roboty, niby krótkie, ale upierdliwe, w stylu takich, które trzeba kreatywnie obmyśleć przed zabraniem się do pracy.
Ach jak mi się nie chciało, ale przekonałam swój mózg, iż to dla jego dobra, iż nic tak nie odmładza jak bycie kreatywnym i uczenie się nowych rzeczy, a cóż może – dla osoby, która żyje w literkach i ideach – być bardziej nowego i kreatywnego, od wymyślenia jak zatkać dziury w suficie, przez które nam wieje do sypialni.
Robotę tę odkładałam siedem lat, bo najpierw myślałam, iż trzeba dostać się do tych dziur od strychu i ocieplić cały obrąb dachu, który ma taki lekki spad już nad naszą sypialnią, ale to duża robota, więc każdej zimy marzłam i marzyłam o ociepleniu i planowałam jak to w lecie załatwię, a potem przychodziło lato i już było mi ciepło, więc były ważniejsze rzeczy. Ale z biegiem lat (hehehehe) dotarło do mnie, iż być może w ogóle nie wolno tego ocieplać, tej podsufitki, bo tam przecież powinieni być przewiew, żeby nie było wilgoci.
(Wiem, iż to nudne i bardzo przepraszam za takie dłużyzny, mnie też to tak nudziło, może dlatego to tyle trwało.)
No i jak w końcu to do mnie dotarło, iż muszę po prostu li i jedynie zakleić czymś te 3.5 centymentrowe, w przekroju, dziury to zaczęłam myśleć, ale nic by z tego myślenia nie było, gdyby nie zmaterializowało się u mnie styropianowe pudełko po odwilżaczu, który zakupiliśmy niedawno, z którego właśnie mogłam wyciąć te kułeczka, które mogłam wykorzystać do włożenia w sześć dziur, jak myślałam na początku, a w trakcie pracy okazało się, iż w osiem, w tym jedna o nieregularnym kształcie O_O Taka epopeja z dziurami. Codziennie powtarzałam mężowi, iż musimy dziś w końcu zatkać te dziury, z czego on się naigrywał. W każdym razie w końcu wykoncypowałam: styropian, przyklejony do takiej specjalnej siatki do ścian (nie pytajcie, swego czasu kupiłam całą rolkę, bo przecież trzeba mieć w domu), na to gips szpachelką – szpachlował mąż – no i voila! Zwycięstwo! wszystko zaklejone. Dziury są w schowku na boiler w rogu sypialni, więc teraz trzy razy dziennie otwieram drzwiczki do schowka i patrzę się na ten cud.
Druga robota, którą również pchnęliśmy w weekend, to uszczelnienienie zlewu, który już dwa razy silikonowałam, więc tym razem podjęłam decyzję, iż nie ma to tamto – zupelnie wyciągamy zlew i robimy to od podstaw. Oszczędzę wam opisu całego procesu, na który składa się odkręcanie kolanka i rurek od ciepłej i zimnej wody i tak dalej, wystarczy tylko, iż napiszę, iż hydrauliki uczyłam się z jutuba, ale daliśmy radę. Zlew wyciągnięty, uszczelka uszczelniona plasyelina hydrauliczną, według instrukcji internetowych mistrzów, teraz tylko czekam na przeźroczystą taśmę, żeby to jeszcze na mur beton zabezpieczyć i zrobione. Boże, choćby nie wiecie jak jestem z siebie (i męża) dumna, z niczego innego ostatnimi czasy nie byłam taka dumna!
A cały ten długi wstęp był mi potrzebny, żeby oznajmić, iż po tak pracowicie spędzonym weekendzie, z przyjemnością udałam się na spotkanie z Twardochem, który nie dojechał, i Margo, która na szczęście dojechała. Szkoda byłoby nie pójść, bo impreza okazała się być 5 minut od mojego domu, o czym przeczytałam na blogu Margo w niedzielę rano, to już bliżej być nie mogło, no ale przecież bym nie poszła, gdybym nie lubiła Twardocha. Ani kolezanki. Ale lubię, to mu wybaczyłam nieprzyjechanie, ciekawie mówił i sensownie, choćby odpowiedź na dość naiwne pytanie prowadzącej miała sens (pytanie: jako członek mniejszości śląskiej, czyli ktoś, kto wie jak to jest być wykluczonym, czy łatwiej mu krytykować czy też dystansować się od nacjonalizmu – na co Twardoch przytomnie, iż przecież śląskość to też jest nacjonalizm i wdał się w dywagacje czym się różni nacjonalizm małych ojczyzn od nacjonalizmu kraju dominujacego, jak na przykład Rosji, przez chwilę miałam ochotę zabrać mikrofon i opowiedzieć o różnych typach nacjonalizmu – czyli defensywnym i ofensywnym i tak dalej, ale ofuknęłam Panią Mądralińską, iż to nie jej wykład i żeby mi nie robiła siary;)
Szkoda mi było trochę organizatorów, którzy się bardzo kajali i przepraszali, iż nie przyjechał, a tu czytam u Margo, iż Twardoch nigdy nie miał zamiaru przyjeżdżać i od razu zrobiło mi się ich mniej szkoda. Ja tu książkę kupuję, donacje donuje, a tu takie kwiatki??? No ale impreza wygląda na dość niedofinansowaną, zresztą nie wiem, czemu się tak czepili tego budynku gminy w Inchicore, miejsce nie jest zbyt reprezentatywne i zawsze tam pachnie wilgocią. Ale fajnie było poznać kogoś, kogo zna się tylko z blogów i posłuchać niegłupiego, a bardzo znanego, autora. No i mam najnowszą książkę, którą z przyjemnością sobie przeczytam.





