„Drama” – gnijący państwo młodzi [RECENZJA]

filmawka.pl 2 dni temu

Jest taka scena w Dramie, gdzie postać grana przez Roberta Pattinsona przywołuje fabułę francuskiego arcydzieła Lacombe Lucien jako punkt odniesienia – i jest w tym coś znamiennego. Ten filmowy traktat, zgłębiający banalność zła poprzez historię nastolatka osuwającego się w nazistowską otchłań, jest tu nie tylko luźnym odniesieniem, ale także wybrzmiewa jako opowieść o niepokoju codzienności dzielonej z potencjalnym socjopatą. Reżyser Kristoffer Borgli sięga po materiał o takiej właśnie problematyce – z tą różnicą, iż filtruje ją przez liberalne, uśmiechnięte realia.

Ale po kolei – jaka jest historia Dramy? adekwatnie taka, na jaką przygotowują nas zwiastuny. Śledzimy losy młodej pary, Emmy i Charliego, przygotowujących się do ślubu. Ich związek sprawia wrażenie książkowego wręcz wzoru relacji romantycznej. Zaczyna się od dobrze znanych niezręczności – wstydliwych gestów, pozorów, krępujących potknięć – ale to wszystko rozczulające w swoim naturalnym cieple. Potem nadchodzi już idylla. Pomimo widocznych gołym okiem różnic charakterów – on bardziej sztywny, przywiązany do konwenansów, ona wyzwolona – ich wspólne życie układa się znakomicie.

fot. „Drama” / materiały prasowe Monolith Films

Ta iście sielankowa, burżuazyjna bańka pęka wraz z wyznaniem Emmy, rzuconym podczas pozornie niewinnej, podszytej alkoholem gry ze znajomymi. Wtedy wszystko zaczyna się sypać – słowa coraz częściej trafiają w próżnię, a trwoga nawiedza Charliego choćby podczas seksu. Nie ma ani chwili wytchnienia – ta sytuacja przesiąka każdy aspekt życia pary. jeżeli nie kłótnie w czterech ścianach, to świat zewnętrzny nieustannie im o tym przypomina. Charlie oddala się emocjonalnie, tonąc w morzu paranoi. Nad zakochanymi zawisa ponura chmura, rozmywająca wizję ślubu jak z obrazu.

Borgli naprawdę zręcznie portretuje poczucie klaustrofobii po wyznaniu Emmy, opierając na tym swój całkiem zgrabny humor. W pewnym momencie temat zdaje się powracać na każdym kroku – pojedyncze, pozornie neutralne słowa automatycznie uruchamiają niechcianą asocjację, wykrzywiając ładne, gładkie twarze Zendayi i Roberta Pattinsona, mających zadziwiająco dobrą chemię. Akumulacja napięć prowadzi do coraz większego dyskomfortu, wywołującego śmiech, również nerwowy. Norweskiemu reżyserowi nie można odmówić smykałki do sytuacyjnego humoru, choć zdarza mu się powiedzieć o jeden żart za dużo. Borgli nie jest twórcą subtelnym, a portretowany absurd na pewnym etapie sprawia wrażenie lekko sztucznie podkręconego, przez co czuć tu kalkulację i zbytnie upojenie własną błyskotliwością.

fot. „Drama” / materiały prasowe Monolith Films

Myślę jednak, iż największy problem Dramy, podobnie jak praktycznie każdej produkcji Kristoffera Borgliego, leży w fakcie, iż reżyser jest zdecydowanie bardziej zafascynowany konceptami niż samymi postaciami. Jego filmy stale orbitują wokół jednej idei, uruchamiając lawinę groteski i pozostawiając bohaterów dość jednowymiarowymi, nierzadko narysowanymi pod daną tezę. W Chorej na siebie jest to związkowa toksyna i desperacka potrzeba atencji, w Dream Scenario – everyman nawiedzający sny innych ludzi, a w Dramie – zatrważające wyznanie Emmy.

Nawet jeżeli najnowszy film Borgliego stanowi pewne tematyczne odświeżenie na tle jego filmografii – nie portretując już doświadczenia osoby, w stronę której nagle zwrócono światła reflektorów – to niestety wpada w tę samą strukturalną pułapkę. Nietrudno się domyślić, iż niedługo można pociągnąć na tak jednorodnym paliwie – i miejscami czuć, iż ta koncepcyjna „szmatka” Borgliego jest już mocno wyżęta.

fot. „Drama” / materiały prasowe Monolith Films

Drama ma jednak zaletę, której brakowało w jego poprzednich filmach – nagłą iskrę spontanicznej werwy, ujawniającą się w fantastycznie poprowadzonej sekwencji weselnej. Czuć tam reżyserską pewność i pulsującą energię, dzięki czemu erupcja interpersonalnych napięć jest przedstawiona bardzo organicznie. Ten dość farsowy, ale autentyczny segment dostarcza nie lada frajdy, a zarazem jest dowodem na to, iż Borgli potrafi emocjonować również na kolejnych etapach swoich opowieści. Problemem pozostaje jednak rozwleczony drugi akt, gdzie kolejne zabawy formalne nie oddziałują tak, jak powinny.

Swoją drogą, sam eklektyczny, momentami wręcz kalejdoskopowy styl narracyjny Borgliego bywa niezgrabny. Sceny są znienacka przerywane, wrzucając widza w sam środek kolejnego wątku rozmowy, retrospekcji lub jakiejś miernie surrealistycznej wstawki. Rozumiem intencję oddania stanu emocjonalno-psychicznego postaci i namalowania intymnego, ekspresjonistycznego obrazu, jednak działa to na niekorzyść – te nagłe przeskoki są wplecione dość nienaturalnie, a spora część konwersacji między bohaterami nie ma szansy do końca wybrzmieć.

fot. „Drama” / materiały prasowe Monolith Films

Wszystkie te dziury, meandry czy formalne przestrzelenia wynagradza jednak samo zakończenie. Choć dość nagłe, zyskuje przy kolejnych minutach mijających po seansie. Finał Dramy pozostawia otwartą furtkę interpretacyjną i działa jak papierek lakmusowy naszych osobistych spojrzeń na kwestie związkowe – co można wybaczyć, gdzie leży granica, czy przez cały czas warto to wszystko kontynuować. Ostatnie chwile dostarczają zarówno prowokacyjną ironię, jak i autentyczne ciepło, które wypływa z postaci, wreszcie w pełni żyjących na ekranie. Zdają się wtedy oddychać czymś ponadczasowo uniwersalnym i bardzo ludzkim – szkoda tylko, iż na tak krótko przed pojawieniem się napisów końcowych.

korekta: Anna Czerwińska
Idź do oryginalnego materiału