"W jaki sposób kaczka znalazła się w butelce?" – Sylvie (wybitna Isabelle Huppert) pyta swojego sąsiada Pierre’a (Vincent Cassel), wpatrując się w niego z wymalowaną na twarzy śmiertelną powagą. "Siłą wyobraźni" – odpowiada po chwili pisarka, pozostawiając mężczyznę w jeszcze większym osłupieniu. Ta krótka, acz symboliczna scena z "Historii równoległych" sprawia, iż widz zaczyna zastanawiać się nad podobnym, wybrzmiewającym z filmu dylematem: jakim cudem uznany irański reżyser uczynił z "Krótkiego filmu o miłości" Krzysztofa Kieślowskiego farsową parodię francuskiej opery mydlanej? Odpowiedź już znacie, prawdziwe pytanie brzmi zatem: dlaczego?
Sylvie należy do starej szkoły artystów: lubi szukać inspiracji na ulicy lub w oknie kamienicy z naprzeciwka. Codzienne podglądanie sąsiadów jest dla niej jak binge watching ulubionego reality show. Lustrując pracujących w studiu dźwiękowym Nitę (Virginie Efira), Nicolasa (ponownie Vincent Cassel) oraz jego młodszego brata Theo (Pierre Niney), kobieta wymyśla alternatywne scenariusze ich życia jako kanwę do swojej nowej, prawdopodobnie ostatniej już książki. Tym sposobem ta całkiem zwyczajna i nieco nudna trójka twórców efektów dźwiękowych staje się bohaterami burzliwego romansu. Nita jest kobietą fatalną o imieniu Anna, noszącą do pracy kuse dekolty i wymalowane czerwoną szminką usta. Jej chłopakiem jest młody Christophe (czyli Theo), a kochankiem żonaty szef Pierre (aka Nicolas).
Eskalujące pożądanie, podglądactwo, wybuchy zazdrości i mordercze akty zemsty – nic z tego nie podoba się wydawczyni Sylvie, która mówi podstarzałej pisarce wprost: "w ten sposób nie pisze się już historii". Ludzie są dziś bardziej racjonalni i nie popełniają na każdym kroku melodramatycznych gestów niczym w filmach Żuławskiego. Kiedyś uważaliśmy, iż chodzenie za kobietą i zagadywanie jej w kawiarni może być romantyczne, teraz mówimy, iż jest "creeperskie", czyli odstręczające i dziwne. Dekolt przypadkowo odsłaniający kawałek stanika nie jest żadnym zaproszeniem, a przystawianie się do kogoś z pomocą siły, ignorując wolę drugiej osoby, w prawdziwym życiu wcale nie jest sexy. Sylvie nie reaguje dobrze na krytykę, dlatego zamiast wziąć sobie uwagi do serca, wyrzuca maszynopis i upija się do nieprzytomności.
Nieskończone zapiski trafią w ręce Adama (Adam Bessa) – młodego złodziejaszka tułającego się po Paryżu bez celu, który z przypadku zostaje zatrudniony jako pomoc domowa dla Sylvie. Chłopak o bujnej wyobraźni pochłania książkę w jeden wieczór i zaczyna fantazjować o Nicie, a także współpracujących z nią mężczyznach. Gdy fikcja miesza się z faktami, a moralne granice zostają przekroczone, "Historie równoległe" zaczynają przypominać najznamienitsze dzieła Farhadiego, jak "Rozstanie" czy "Klient". Irańczyk bawi się z oczekiwaniami widzów – podpuszcza ich, sugeruje alternatywne zakończenia i trzyma w niepewności. Sytuacyjne absurdy i rozterki wewnętrzne rozemocjonowanych bohaterów wywołują intrygującą mieszankę zażenowania i szczerego śmiechu. To paradoks, ale jeżeli zapomnimy na chwilę, iż wyprodukowany przez Maćka Musiała i zmarłego Krzysztofa Piesiewicza film inspiruje się szóstą częścią Dekalogu, całość staje się znacznie bardziej lekkostrawna i zabawna.
"Historie równoległe" działają wybornie jako wariacja na temat tabloidyzacji kina czy hitchcockowskiej obsesji podglądania. Adam faktycznie przypomina trochę Tomka zakochanego w starszej od siebie sąsiadce z "Krótkiego filmu o miłości", z tą różnicą, iż u Farhadiego bliżej mu do cwaniaka niż romantyka i ofiary. Stając się raczej źródłem kpiny niż współczucia, reprezentuje postać niebezpiecznego wywrotowca, który zaburza porządek dziejących się równolegle opowieści. Dlatego, gdy Nita, Nicolas i Theo dowiadują się, iż zostali bohaterami czyjejś fantazji, kompletnie im odbija. Zaczynają kwestionować rzeczywistość i ślepo wierzyć w fikcję, ulegając jej wyolbrzymionym pokusom. Reżyser w duecie scenariopisarskim ze swoim bratem Saeedem Farhadim mówi ustami Sylvie: "To, co prawdziwe jest nieciekawe". Ludzie wcale nie są racjonalni, a kino potrzebuje bajdurzenia, tak samo jak widzowie potrzebują w życiu szczypty dramy.
Scenariusz Farhadich aspiruje zawiłością do "Przypadku" oraz moralną i egzystencjalną refleksją do Dekalogu. Próbuje opowiedzieć nam coś nowego, jednocześnie serwując widzom filmową składankę pt. "The best of Christophe Kieslowski". Z jednej strony stawia na piedestale ludzką imaginację w dobie wszechobecnej remakizacji, wtórności oraz lasującego mózg AI, z drugiej nie proponuje niczego wybitnie oryginalnego – recyklinguje arcydzieło, wchodząc z nim w raczej niepotrzebny dialog. "Historie równoległe" potrafią zaangażować widownię jako błyskotliwa i samoświadoma psychodrama, ale mogą również bardzo zmęczyć – przez dłużyzny, narracyjny chaos i rozczarowującą puentę. Wzbudzają konsternację, bo nie starają się Dekalogu jakoś ciekawie zreinterpretować, tym samym kwestionują nieco sens własnego istnienia.
To, co z początku nas w "Historiach równoległych" bawiło, na koniec raczej przeraża. Nie znajdziemy tu zetek podglądających siebie w mediach społecznościowych, międzypokoleniowych konfliktów ani satyry na miłość w czasach Tindera (może i dobrze). Są za to patriarchalne stereotypy: egoistyczni, kłamliwi mężczyźni podążający za pierwotnymi instynktami oraz skrzywdzoną kobietę w roli ofiary. Na dokładkę Farhadi dowodzi nam coś, o czym wiedzieliśmy już od dawna: iż twórczość Kieślowskiego nie potrzebuje liftingu; iż dobry storytelling obroni się sam, a ludzka wyobraźnia to potężne narzędzie, którego nie zastąpi choćby najlepszy modele OpenAI.
Sylvie należy do starej szkoły artystów: lubi szukać inspiracji na ulicy lub w oknie kamienicy z naprzeciwka. Codzienne podglądanie sąsiadów jest dla niej jak binge watching ulubionego reality show. Lustrując pracujących w studiu dźwiękowym Nitę (Virginie Efira), Nicolasa (ponownie Vincent Cassel) oraz jego młodszego brata Theo (Pierre Niney), kobieta wymyśla alternatywne scenariusze ich życia jako kanwę do swojej nowej, prawdopodobnie ostatniej już książki. Tym sposobem ta całkiem zwyczajna i nieco nudna trójka twórców efektów dźwiękowych staje się bohaterami burzliwego romansu. Nita jest kobietą fatalną o imieniu Anna, noszącą do pracy kuse dekolty i wymalowane czerwoną szminką usta. Jej chłopakiem jest młody Christophe (czyli Theo), a kochankiem żonaty szef Pierre (aka Nicolas).
Eskalujące pożądanie, podglądactwo, wybuchy zazdrości i mordercze akty zemsty – nic z tego nie podoba się wydawczyni Sylvie, która mówi podstarzałej pisarce wprost: "w ten sposób nie pisze się już historii". Ludzie są dziś bardziej racjonalni i nie popełniają na każdym kroku melodramatycznych gestów niczym w filmach Żuławskiego. Kiedyś uważaliśmy, iż chodzenie za kobietą i zagadywanie jej w kawiarni może być romantyczne, teraz mówimy, iż jest "creeperskie", czyli odstręczające i dziwne. Dekolt przypadkowo odsłaniający kawałek stanika nie jest żadnym zaproszeniem, a przystawianie się do kogoś z pomocą siły, ignorując wolę drugiej osoby, w prawdziwym życiu wcale nie jest sexy. Sylvie nie reaguje dobrze na krytykę, dlatego zamiast wziąć sobie uwagi do serca, wyrzuca maszynopis i upija się do nieprzytomności.
Nieskończone zapiski trafią w ręce Adama (Adam Bessa) – młodego złodziejaszka tułającego się po Paryżu bez celu, który z przypadku zostaje zatrudniony jako pomoc domowa dla Sylvie. Chłopak o bujnej wyobraźni pochłania książkę w jeden wieczór i zaczyna fantazjować o Nicie, a także współpracujących z nią mężczyznach. Gdy fikcja miesza się z faktami, a moralne granice zostają przekroczone, "Historie równoległe" zaczynają przypominać najznamienitsze dzieła Farhadiego, jak "Rozstanie" czy "Klient". Irańczyk bawi się z oczekiwaniami widzów – podpuszcza ich, sugeruje alternatywne zakończenia i trzyma w niepewności. Sytuacyjne absurdy i rozterki wewnętrzne rozemocjonowanych bohaterów wywołują intrygującą mieszankę zażenowania i szczerego śmiechu. To paradoks, ale jeżeli zapomnimy na chwilę, iż wyprodukowany przez Maćka Musiała i zmarłego Krzysztofa Piesiewicza film inspiruje się szóstą częścią Dekalogu, całość staje się znacznie bardziej lekkostrawna i zabawna.
"Historie równoległe" działają wybornie jako wariacja na temat tabloidyzacji kina czy hitchcockowskiej obsesji podglądania. Adam faktycznie przypomina trochę Tomka zakochanego w starszej od siebie sąsiadce z "Krótkiego filmu o miłości", z tą różnicą, iż u Farhadiego bliżej mu do cwaniaka niż romantyka i ofiary. Stając się raczej źródłem kpiny niż współczucia, reprezentuje postać niebezpiecznego wywrotowca, który zaburza porządek dziejących się równolegle opowieści. Dlatego, gdy Nita, Nicolas i Theo dowiadują się, iż zostali bohaterami czyjejś fantazji, kompletnie im odbija. Zaczynają kwestionować rzeczywistość i ślepo wierzyć w fikcję, ulegając jej wyolbrzymionym pokusom. Reżyser w duecie scenariopisarskim ze swoim bratem Saeedem Farhadim mówi ustami Sylvie: "To, co prawdziwe jest nieciekawe". Ludzie wcale nie są racjonalni, a kino potrzebuje bajdurzenia, tak samo jak widzowie potrzebują w życiu szczypty dramy.
Scenariusz Farhadich aspiruje zawiłością do "Przypadku" oraz moralną i egzystencjalną refleksją do Dekalogu. Próbuje opowiedzieć nam coś nowego, jednocześnie serwując widzom filmową składankę pt. "The best of Christophe Kieslowski". Z jednej strony stawia na piedestale ludzką imaginację w dobie wszechobecnej remakizacji, wtórności oraz lasującego mózg AI, z drugiej nie proponuje niczego wybitnie oryginalnego – recyklinguje arcydzieło, wchodząc z nim w raczej niepotrzebny dialog. "Historie równoległe" potrafią zaangażować widownię jako błyskotliwa i samoświadoma psychodrama, ale mogą również bardzo zmęczyć – przez dłużyzny, narracyjny chaos i rozczarowującą puentę. Wzbudzają konsternację, bo nie starają się Dekalogu jakoś ciekawie zreinterpretować, tym samym kwestionują nieco sens własnego istnienia.
To, co z początku nas w "Historiach równoległych" bawiło, na koniec raczej przeraża. Nie znajdziemy tu zetek podglądających siebie w mediach społecznościowych, międzypokoleniowych konfliktów ani satyry na miłość w czasach Tindera (może i dobrze). Są za to patriarchalne stereotypy: egoistyczni, kłamliwi mężczyźni podążający za pierwotnymi instynktami oraz skrzywdzoną kobietę w roli ofiary. Na dokładkę Farhadi dowodzi nam coś, o czym wiedzieliśmy już od dawna: iż twórczość Kieślowskiego nie potrzebuje liftingu; iż dobry storytelling obroni się sam, a ludzka wyobraźnia to potężne narzędzie, którego nie zastąpi choćby najlepszy modele OpenAI.












