Dowiedziałam się, iż mój były mąż mnie zdradza, bo… zaczął zamiatać ulicę. Serio, wiem, brzmi to jak kiepski żart, ale dokładnie tak było. Był elektrykiem, pracował z domu, miał warsztat w garażu, a całe dnie spędzał z kablami, śrubokrętami i klientami. Nigdy nie był typem człowieka, który rwał się do domowych obowiązków. Nie chodziło o to, iż miał jakieś zasady, po prostu nienawidził sprzątania. jeżeli miał wolną chwilę, to wolał poleżeć z gazetą, obejrzeć mecz, napić się piwa z kumplami albo upiec coś na grillu. Spokojny facet żaden tam dusza towarzystwa czy awanturnik, zero podejrzanych zachowań.
Nasza ulica w podpoznańskiej wsi to taka typowa polska droga gruntowa szeroka, świerki po jednej stronie, lipy po drugiej, liście, kurz, błoto. Zamiatanie codzienność. Robiłam to zwykle o świcie, jeszcze zanim przygotowałam śniadanie. Aż tu nagle do domu obok wprowadziła się nowa sąsiadka. Nic wielkiego, tam cały czas ktoś się przeprowadzał, bo właściciel wynajmował dom każdemu, kto zapłacił odpowiednią sumę w złotówkach.
Kilka miesięcy po jej przeprowadzce mój mąż ni stąd ni zowąd stwierdza:
Nie, nie przejmuj się, ja dziś pozamiatam.
Na początku to wydawało się choćby sympatyczne. Skorzystałam, żeby zrobić coś innego posprzątać łazienkę, pozmywać naczynia, ogarnąć salon. Nie śledziłam go, bo niby po co.
Ale potem zaczął to robić codziennie.
I wyłącznie o jednej godzinie. Punkt siódma rano. Ani minuty wcześniej, ani później. Zaczęło mnie to zastanawiać, bo w innych sprawach, poza pracą, nie znał pojęcia harmonogram. Pewnego dnia, z czystej ciekawości, zerknęłam przez okno.
I widzę go stoi z miotłą, nie zamiata, tylko gada. Uśmiecha się. A naprzeciwko sąsiadka. Pewnie przypadek myślę sobie. Ale następnego dnia to samo. I kolejnego. Za każdym razem, kiedy mój mąż wychodził zamiatać, ona też nagle pojawiała się na podwórku. Jakby się umówili.
Zaczęłam patrzeć uważniej. Okazało się, iż to nie tylko rano. W jedną sobotę powiedział, iż idzie na piwo z kolegami (klasyk). Kiedy wychodził, coś mnie tknęło. Wyjrzałam przez okno sąsiadka wychodzi sekundę później.
O, dzień dobry sąsiedzie! Miłego wieczoru woła z uśmiechem.
Wzajemnie! odpowiada on, jak gdyby nigdy nic.
Ale zbieg okoliczności, ja też właśnie wychodzę rzuca. I wychodzą razem.
Następny weekend on idzie grać w piłkę, chociaż od liceum piłki nie dotknął. Wychodzi, a po kilku minutach ona wychodzi w tym samym kierunku, szepcząc coś do telefonu.
Żadnych dowodów, brak SMS-ów, zdjęć, tylko powtarzalne wzorce. Godziny, przypadki, które przestały już wyglądać na przypadki.
Pewnego dnia nie pytałam, tylko postawiłam sprawę jasno:
Wiem, iż jesteś z sąsiadką.
Spojrzał na mnie jakby zobaczył ducha. Najpierw zaprzeczył, potem powiedziałam prosto w oczy:
Widziałam was. Codziennie. Nie rób ze mnie głupiej.
Zamilkł. Spuścił wzrok. Wreszcie mówi:
Tak. Jestem z nią. Zakochałem się.
Darłam się, żeby się wynosił z domu. Bez dzieci, więc nie było o co się szarpać. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, iż wyprowadził się… prosto do niej. Dom obok, osiem wychyleń przez okno dalej.
Nie nacieszyli się długo swoim szczęściem. Może dwa miesiące, może trochę mniej, i zniknęli. Do dziś nie wiadomo, co się między nimi stało. Opuszczając Poznań, urwali ze wszystkimi kontakt. Sąsiedzi plotkowali, rodzina coś tam dorzucała od siebie, ale ja już nie chciałam wiedzieć nic więcej. W końcu ile można się zastanawiać nad cudzymi zamiataniami ulicy?






