Dopóki jest horyzont

tygodnikprzeglad.pl 3 dni temu

Ocean to miejsce dla ludzi, którzy respektują własną słabość

Krzysztof Baranowski ma 88 lat i po raz trzeci samotnie opływa świat. Ktoś może zapytać, po co. Ja zapytałbym raczej, dlaczego miałby tego nie robić. Znam bowiem ten szczególny rodzaj niepokoju, który każe człowiekowi zostawić bezpieczny brzeg za rufą. Sam kiedyś w pojedynkę przepłynąłem Atlantyk łodzią ratunkową i wiem, iż ocean nie jest miejscem dla bohaterów. Jest miejscem dla ludzi, którzy nauczyli się respektować własną słabość.

Kiedy patrzę dzisiaj na Krzysztofa Baranowskiego, gdzieś na wielkiej, niebieskiej pustyni Oceanu Indyjskiego, nie myślę przede wszystkim o rekordzie. Rekordy mają w sobie coś z księgowości: tyle mil, tyle dni, tyle oceanów, tyle przylądków. Bardziej interesuje mnie człowiek. Mój przyjaciel, który w wieku, kiedy większość ludzi coraz ostrożniej schodzi po schodach, odcumował i samotnie ruszył dookoła globu. Po raz trzeci. Nie na wycieczkę, nie na spokojny rejs wzdłuż brzegu, ale tam, gdzie przez wiele dni dookoła nie ma niczego poza wodą, niebem i własnymi myślami.

Krzysztof 88. urodziny miał w czerwcu. Ponad pół wieku temu, w latach 1972-1973, jako 35-letni człowiek opłynął samotnie świat na jachcie „Polonezie”. Nie wybrał łatwej drogi. Wyruszył przez południowe oceany, wokół wielkich przylądków, z legendarnym Hornem na końcu. W 272 dni przebył ponad 35 tys. mil morskich. Był pierwszym Polakiem, który samotnie pokonał taką trasę. Na Oceanie Indyjskim fale poturbowały „Poloneza”, uszkodziły takielunek i samoster. Do Australii Krzysztof dopłynął dzięki rozwiązaniom prowizorycznym, które na oceanie często okazują się ważniejsze od najbardziej eleganckiej techniki. Radzono mu, żeby przerwał rejs. Nie przerwał.

Ćwierć wieku później zrobił to ponownie. W latach 1999-2000 samotnie okrążył świat na „Lady B.”, tym razem inną, pasatową trasą, przez Atlantyk, Kanał Panamski, Pacyfik, Ocean Indyjski, Morze Czerwone i Morze Śródziemne. 11 miesięcy, ok. 24 tys. mil. Został pierwszym Polakiem, który dwukrotnie samotnie opłynął Ziemię. Wydawałoby się, iż to wystarczy na jedno życie.

Ale w życiu takich ludzi jak Baranowski słowo wystarczy ma inne znaczenie. Jego biografia nie składa się zresztą wyłącznie z samotnych rejsów. Jest on inżynierem elektronikiem, dziennikarzem, pisarzem, człowiekiem telewizji, konstruktorem przedsięwzięć, które na trwałe weszły do historii polskiego żeglarstwa. Pływał na „Śmiałym”, zainicjował powstanie „Poloneza”, później dwóch wielkich żaglowców – „Pogorii” i „Fryderyka Chopina”. Stworzył Szkołę pod Żaglami, bo zrozumiał coś, czego nie da się przekazać w szkolnej ławce: morze wychowuje bez wykładów. Tam każde zaniedbanie ma konsekwencje, każdy człowiek jest komuś potrzebny, a odpowiedzialność przestaje być słowem z podręcznika. Na pokładzie nie można powiedzieć: nie chce mi się. Nadchodząca fala nie przyjmie usprawiedliwienia.

Może właśnie dlatego Krzysztof nigdy nie traktował żeglarstwa jako sportu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Dla mnie również ocean nie był stadionem. Nie ma tam trybun, sędziów ani publiczności. Jest człowiek i żywioł. I bardzo gwałtownie okazuje się, który z nich jest silniejszy.

W listopadzie ub.r. Baranowski wypłynął z Teneryfy na „Meteorze”. Atlantyk, Martynika, Kanał Panamski, Tahiti, Wyspy Cooka, Fidżi, Papua-Nowa Gwinea, Darwin. Kiedy piszę te słowa, ma już za sobą ponad połowę drogi. Przed nim pozostaje końcówka Oceanu Indyjskiego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Post Dopóki jest horyzont pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.

Idź do oryginalnego materiału