Laury Ingalls Wilder wychowywała się w wioskach pionierów – między innymi na prerii w Kansas, równinach Południowej Dakoty i w lasach Wisconsin. Już jako dorosła kobieta Laura opisała swoje dzieciństwo w cyklu powieści "Domek", który po paru dekadach zekranizowano w postaci serialu już pod ikonicznym tytułem "Domek na prerii" (1974-1984). gwałtownie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych produkcji telewizyjnych epoki, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, bo od drugiej połowy lat 80. tytuł był emitowany w Polsce, gdzie też stał się ukochanym serialem całych rodzin. Nic dziwnego, iż prawami do rebootu zainteresował się Netflix.
Po przeżyciu rozłamu w rodzinie Ingallsowie (Charles, Caroline, Mary i Laura) decydują się na przeprowadzkę na niezasiedlony jeszcze zachód kraju. Już sama podróż niemal ich zabija: podczas przeprawy przez rzekę pies znika porwany przez prąd wody, a po dotarciu na miejsce rodzina jest i bez domu, i bez grosza. Pies oczywiście wraca po zapachu swoich właścicieli – w fabule "Domku na prerii" trudno znaleźć wydarzenie, które wytrąciłoby widza ze strefy komfortu czy problem, który nie rozwiązałby się na przestrzeni jednego odcinka.
Życiu na prerii daleko od brudu czy znoju – ubrania osadników są zaskakująco nowe i czyste, twarze wolne od potu, a wnętrza stawianych własnoręcznie domów bardziej niż skansen przypominają moodboard na Pintereście zatytułowany "rustic shed". Przy tym społeczność w "Idenpendance" to większości ludzie o nieposzlakowanej moralności, którzy zawsze postępują słusznie. Netflix nałożył na całość cukierkowy filtr, który upraszcza niejednoznaczną historię osadnictwa pod swoje algorytmy familijnej produkcji.
W przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru i pierwszej adaptacji twórcy zdecydowali się wzbogacić fabułę o perspektywę plemienia Osagów zamieszkujących kansaską prerię. Ich ekranową obecność dodatkowo wzmacnia używanie rodzimego języka; twórcy zdecydowali się na współpracę z konsultantką kulturową Julie O'Keefe, która pełniła podobną rolę przy "Czasie krwawego księżyca" Martina Scorsesego. Jednak mimo włączenia języka osage do serialu konflikt między rdzennym plemieniem a osadnikami został zubożony o wątki historyczne, gospodarcze czy religijne. Za to w duchu korporacyjnej wiary w uzdrawiającą siłę dialogu porozumienie między bohaterami umożliwia szczerość intencji, otwartość i dobre serce.
Ostatecznie czuję, iż we mnie jako widzce nie pokłada się zbyt dużych nadziei. Fabuła jest schematyczna, postacie zbyt idealne, a historia nie pozostawia żadnego pola do niedopowiedzeń. Wszystko pracuje tu na klimat feel good: stworzenie portretu idyllicznej wspólnoty, która z dala od cywilizacji tworzy coś pięknego, prostego i czystego. W efekcie zwycięża nie tylko dobro, ale i cukierkowa nijakość. I nie pomagają choćby piękne lokacje, orkiestralna muzyka Dana Romera ("Luca", "Bestie z południowych krain"), ani świetna Alice Halsey (znana z "Lekcji chemii") w roli małej Laury.
Decyzja o przedłużeniu "Domku na prerii" na kolejny sezon zapadła jeszcze przed premierą pierwszego odcinka. Tak jakby kalkulacje wykazały, iż obojętnie od krytycznego przyjęcia widzowie i tak sięgną po serial z sentymentu. Ostatecznie czego nam trzeba w tych niespokojnych czasach, jeżeli nie odrobiny eskapizmu. Problem w tym, iż netflixowy "Domek" nie oferuje ucieczki do fascynującego świata osadników na Zachodzie, ale do rzeczywistości tak wygładzonej i bezpiecznej, iż trudno uwierzyć w nią choćby przez chwilę.
Po przeżyciu rozłamu w rodzinie Ingallsowie (Charles, Caroline, Mary i Laura) decydują się na przeprowadzkę na niezasiedlony jeszcze zachód kraju. Już sama podróż niemal ich zabija: podczas przeprawy przez rzekę pies znika porwany przez prąd wody, a po dotarciu na miejsce rodzina jest i bez domu, i bez grosza. Pies oczywiście wraca po zapachu swoich właścicieli – w fabule "Domku na prerii" trudno znaleźć wydarzenie, które wytrąciłoby widza ze strefy komfortu czy problem, który nie rozwiązałby się na przestrzeni jednego odcinka.
Życiu na prerii daleko od brudu czy znoju – ubrania osadników są zaskakująco nowe i czyste, twarze wolne od potu, a wnętrza stawianych własnoręcznie domów bardziej niż skansen przypominają moodboard na Pintereście zatytułowany "rustic shed". Przy tym społeczność w "Idenpendance" to większości ludzie o nieposzlakowanej moralności, którzy zawsze postępują słusznie. Netflix nałożył na całość cukierkowy filtr, który upraszcza niejednoznaczną historię osadnictwa pod swoje algorytmy familijnej produkcji.
W przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru i pierwszej adaptacji twórcy zdecydowali się wzbogacić fabułę o perspektywę plemienia Osagów zamieszkujących kansaską prerię. Ich ekranową obecność dodatkowo wzmacnia używanie rodzimego języka; twórcy zdecydowali się na współpracę z konsultantką kulturową Julie O'Keefe, która pełniła podobną rolę przy "Czasie krwawego księżyca" Martina Scorsesego. Jednak mimo włączenia języka osage do serialu konflikt między rdzennym plemieniem a osadnikami został zubożony o wątki historyczne, gospodarcze czy religijne. Za to w duchu korporacyjnej wiary w uzdrawiającą siłę dialogu porozumienie między bohaterami umożliwia szczerość intencji, otwartość i dobre serce.
Ostatecznie czuję, iż we mnie jako widzce nie pokłada się zbyt dużych nadziei. Fabuła jest schematyczna, postacie zbyt idealne, a historia nie pozostawia żadnego pola do niedopowiedzeń. Wszystko pracuje tu na klimat feel good: stworzenie portretu idyllicznej wspólnoty, która z dala od cywilizacji tworzy coś pięknego, prostego i czystego. W efekcie zwycięża nie tylko dobro, ale i cukierkowa nijakość. I nie pomagają choćby piękne lokacje, orkiestralna muzyka Dana Romera ("Luca", "Bestie z południowych krain"), ani świetna Alice Halsey (znana z "Lekcji chemii") w roli małej Laury.
Decyzja o przedłużeniu "Domku na prerii" na kolejny sezon zapadła jeszcze przed premierą pierwszego odcinka. Tak jakby kalkulacje wykazały, iż obojętnie od krytycznego przyjęcia widzowie i tak sięgną po serial z sentymentu. Ostatecznie czego nam trzeba w tych niespokojnych czasach, jeżeli nie odrobiny eskapizmu. Problem w tym, iż netflixowy "Domek" nie oferuje ucieczki do fascynującego świata osadników na Zachodzie, ale do rzeczywistości tak wygładzonej i bezpiecznej, iż trudno uwierzyć w nią choćby przez chwilę.










