Dom pachnący śmiercią. „Elementy dekoracyjne wnętrz” Dominiki Olszowy w CSW Zamek Ujazdowski

magazynszum.pl 4 godzin temu

Trudno wyobrazić sobie miejsce odleglejsze od wyobrażenia domu niż galeria sztuki współczesnej. I trudno wyobrazić sobie coś bliższego domowi w sztuce niż twórczość Dominiki Olszowy, choćby jeżeli „dom” jest traktowany tutaj przewrotnie. Na wystawie w CSW Zamek Ujazdowski od razu rzuca się w oczy światło, a adekwatnie to, co światło robi z przestrzenią: jasną, nieznośnie beżową, czystą, wywietrzoną prawie do sterylności. Olszowy w jednym z wywiadów mówiła wprost o nawiązywaniu do miejsc i sytuacji kojarzących jej się z domem rodzinnym i trudnymi momentami własnego życia. Sam tytuł – Elementy dekoracyjne wnętrz – informuje nas o pewnym naddatku: czymś, czego narzuconą odgórnie rolą jest estetyzowanie przestrzeni, jej uładzenie i domknięcie. Z drugiej strony przewrotnie można interpretować go jako odniesienie do najpopularniejszej na rynku formy sztuki, czyli malarstwa. Wszak nie ma bardziej dekoracyjnej formy, którą można ozdobić wnętrze, niż dobry olej na płótnie. I choć na wystawie Olszowy znajdzie się kilka niewielkich obrazów, to tej artystki z malarstwem nie kojarzymy. To raczej gest niż deklaracja, mrugnięcie okiem, być może w stronę rynku i jego oczekiwań.

W Ujazdowskim Olszowy powraca do prac sprzed kilku lat, prezentowanych już na innych wystawach, i w czterech przestronnych salach buduje z nich nową, konsekwentnie prowadzoną narrację. To nie jest już zbiór realizacji, ale środowisko – sytuacja, w którą wchodzi się na poważnie. W tekście kuratorskim zapowiedziana zostaje spójna scenografia, wykorzystująca doświadczenie artystki z pracy w teatrze, przy projektowaniu scenografii i kostiumów. Znane elementy zostają obsadzone w nowych rolach i zaczynają pracować inaczej, tworząc swoiste domowe piekiełko. Idziemy przez kolejne sale jak przez opowieść rozpisaną na cztery akty, odkrywając sensy, które ujawniają się stopniowo.

Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Wypoczynek, który miał być nagrodą za produktywność, zamienia się tu w stan permanentny i martwy jednocześnie. Wieczny wypoczynek brzmi przecież jak formuła z nekrologu.

Na środku pierwszej sali, na kubikach, ustawiono dwa telewizory. Synchronicznie wyświetlają wideo: na jednym czarny kot „czytający” Powszechną Deklarację Praw Człowieka, jakby coś zapowiadał. Na drugim suną białe chmury po błękitnym niebie, zapowiadając ciszę przed burzą. Nieopodal stoi rzeźba Słońce w firankach – złota kula nie może wydostać się spod przykrycia, co sugeruje, iż jesteśmy w pułapce, w przestrzeni pozornie bezpiecznej, a jednak szczelnie domkniętej. Dom zaczyna odsłaniać swoją drugą stronę: to już nie schronienie, ale scena, na której rozgrywa się coś znacznie mniej komfortowego. Przy okazji — prace Olszowy ostatnio widziałam na Willi siostrze, wystawie recenzowanej przeze mnie na łamach „Szumu”. Tam miałam wrażenie, iż poprzez prace coś się wskrzesza, iż przywoływana jest obecność, która nie chce odejść. Ustawienie jej w dawno niewietrzonej, opuszczonej szkole muzycznej działało zupełnie inaczej niż w prawie pustej, przestronnej sali galerii.

1
Krytyka 25.07.2025

Obok głównego nurtu. „Willa siostra BWA” w BWA Zielona Góra

Anna Pajęcka

Idziemy jednak dalej, do sali, w której znajduje się instalacja Cmentarz wiecznego wypoczynku z 2018 roku. Pod ścianami rozlana kawa i skorupy po rozbitym zestawie podwieczorkowym. Eleganckie, rozbita ceramika oraz beżowe filiżanki, ich ostre krawędzie, na które można wpaść i nieźle się pokaleczyć – stanowią kontrapunkt dla kilku sporych obiektów obitych nieznośnie beżowym skajem, przypominających komplet wypoczynkowy. Część z nas prawdopodobnie zna te komplety, które, przynajmniej w moim dzieciństwie, w latach 90. i na początku 2000., były wyrazem średnioklasowych aspiracji. Podobny „komplet wypoczynkowy” stał w pokoju u moich dziadków. Był nietknięty, a obok znajdowała się nie wyrzucona na śmietnik, bo niezastąpiona stara kanapa, na której siadało się oglądać telewizję i spędzało czas. Na komplecie się nie siadało, „bo skóra się wytrze”. Zresztą skórzane wypoczynki były niewygodne: latem klejące się do ciała, zimą nieprzyjemnie chłodne. Wygoda była w nich obietnicą, a nie doświadczeniem. W tej perspektywie zmęczenie nie jest wyłącznie efektem pracy albo nadmiaru bodźców. To stan zawieszenia pomiędzy działaniem a bezruchem, pomiędzy życiem a jego atrapą. Dom Olszowy jest miejscem, w którym energia jest z człowieka wypompowywana.

Obiekty ustawione przez Olszowy przypominają trumny albo świeżo usypane kopczyki grobów. Na jednym z nich, u wezgłowia, stoi filiżanka napełniona kawą, już rozlaną. Motyw rozlanej kawy powraca na wystawie w kilku miejscach. „Kawa to symbol szalonego wiru we współczesnym świecie, spotkań przy kawce, ale też pędu, bo można ją wziąć do ręki i biec dalej. Dom pachnący kawą, jak z reklamy, to złudne bezpieczeństwo”, mówiła Olszowy kilka lat temu w rozmowie dla „Dwutygodnika”. Mimo wspomnianych wcześniej osobistych doświadczeń, nie widzę w tej instalacji, w kontekście tej konkretnej wystawy, smutku, choć w pracach Olszowy niewątpliwie kryje się go sporo. Widzę raczej ironię: rzecz o martwych domach, w których na skajowych kanapach spotykają się martwe relacje. Olszowy nie dramatyzuje. jeżeli podejmuje krytykę albo namysł nad jakąś formą życia, robi to bardzo subtelnie, bez publicystycznego podniesienia głosu. Te prace są pojemne, a jednocześnie tak precyzyjnie opisują konteksty polskiej codzienności, iż można w ich pole symboliczne włożyć naprawdę szeroki zakres własnych interpretacji. Dla mnie to opowieść o niewygodnej powtarzalności wielu codziennych żyć: kawa, kanapa, kawa, kanapa, byle przetrwać roboczy tydzień. Wypoczynek, który miał być nagrodą za produktywność, zamienia się tu w stan permanentny i martwy jednocześnie. Wieczny wypoczynek brzmi przecież jak formuła z nekrologu.

Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Strumień obrazów może działać relaksująco, ale staje się męczący, gdy zbyt długo pozostaje się z powracającą, wciąż tą samą sekwencją. Powtarzalność, która miała uspokajać, zaczyna nużyć i niepokoić.

W kolejnej sali natykamy się instalację Lampa z duszą. Lampy z tej realizacji, gdyby naprawdę działały, świeciłyby na przemian ciepłym i zimnym światłem, w zależności od kąta, pod jakim się na nie patrzy. Postawione na muzealnych kubikach, obsypane są kurzem, który w rzeczywistości okazuje się imitacją z cementu. Archaiczność tych obiektów być może akcentuje ich nieprzystawalność do przestrzeni, jakby pochodziły z innego porządku czasowego, z innej narracji o świetle i widzialności. W tej sali do zaprojektowanego przez całą wystawę wnętrza wdziera się coś ze świata zewnętrznego – z podwórka, a adekwatnie z ulicy. Lampy kształtem przypominają lampy gazowe, które gdzieniegdzie jeszcze się ostały, dziś raczej właśnie jako element dekoracyjny niż jako narzędzie pracy miejskiego latarnika zapalającego je manualnie o zmierzchu. Ten gest manualnego rozświetlania miasta, wymagający obecności i uwagi, zostaje tu zastąpiony martwą formą, atrapą światła.

Na wystawie w Zamku Ujazdowskim lampy korespondują z cyklem obrazów, w których powraca motyw kawy. Płótno przybiera formę deski lub drewnianego blatu, a kształty przypominające figury z testów psychologicznych są odlewami z tego samego materiału, z którego wcześniej imitowano plamy po kawie. Nie wszystkie obrazy pozostają abstrakcyjne – część pozwala wyłowić konkretne kształty. Nie wiem jednak, czy opowiadanie ich teraz nie obnażyłoby mnie zbyt dosłownie, psychologicznie. Być może to rodzaj tricku stosowanego przez artystkę, sposób na wgląd w duszę oglądających. A może to po prostu duchy, które powychodziły ze starej lampy i rozlały się po blatach jak kawa. Być może sama sobie to wmawiam, ale od momentu spotkania z czarnym kotem miałam wrażenie, iż w tej wystawie jest również coś ezoterycznego. Na wystawie Olszowy czułam się, jakbym zawędrowała do czyjejś podświadomości, a ta osoba zadbała o to, by nie zrobiło mi się zbyt komfortowo.

Ostatnia sala jest najbardziej scenograficzna ze wszystkich, Olszowy całkiem dosłownie pokazuje w niej kilka osobnych światów. Znajdziemy tu cztery standy z podestami – mikroscenografie, w których spokojnie mogłaby rozegrać się niejedna historia teatralna. Przestrzeń wypełniają obiekty, które notorycznie powracają w twórczości artystki – Olszowy konsekwentnie buduje własny, zamknięty ekosystem form. Pojawia się więc kolejny obiekt próbujący wydostać się spod zasłony; podobnie jak w Słońcu w firankach, tu przysłonięte zostały obrazy. Ten gest zakrywania i jednoczesnego ujawniania powraca tu z nową siłą – coś chce się odsłonić, ale nie może, coś naciera na powierzchnię, ale pozostaje w pół drogi. Nie jest łatwo rozszyfrować te mikroświaty. Wyrastający z rzuconych na podłogę ubrań zalążek rośliny, już uschnięty, co opowiada? O jakim czasie? O jakim zaniedbaniu? Jakie wydarzenia mogły się tu rozegrać? Widoczny jest tu z pewnością świat postapokaliptyczny, ale nie w spektakularnym, filmowym sensie. A jednak gdzieś obok – choćby jeżeli tylko na ekranie – pojawia się inna rzeczywistość. W zapętlonym wideo Olszowy wyświetla zabawne filmiki ze zwierzętami: pieskiem, jaszczurką, nietoperzem. Ten strumień obrazów może działać relaksująco, ale staje się męczący, gdy zbyt długo pozostaje się z powracającą, wciąż tą samą sekwencją. Powtarzalność, która miała uspokajać, zaczyna nużyć i niepokoić.

Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik

Z ideą całej wystawy łączy tę salę na pewno jeszcze jeden mały obiekt – wiszący na ścianie odpowiednik kupowanych w sklepach z tanimi dekoracjami tabliczek z napisem HOME. W wersji Olszowy tabliczka pokryta jest jednak materią przypominającą rozmemłane błoto, z kawałkiem wyrastającego z niego mchu i wędrującym po tym wszystkim ślimakiem. To nie slogan o przynależności i cieple domowego ogniska, ale komunikat o rozpadzie. W tych realizacjach to rzeczywistość zewnętrzna wdziera się do środka, infekuje kolejne pomieszczenia swoją obecnością – pod postacią mchu, brudu, więdnących elementów zielonego krajobrazu. Dom przestaje być szczelną strukturą, zaczyna przepuszczać to, co miało pozostać na zewnątrz, ale nie wdarło się do środka – jak odcisk na szybie powracający w kolejnych salach: to graficzne sylwetki ptaków – stosowane komercyjnie, by odstraszać inne i zapobiegać ich uderzaniu w szybę. Mają chronić przed katastrofą, zanim ta się wydarzy. A jednak w kontekście wystawy działają jak dokument potencjalnego zdarzenia – jak zapis czegoś, co mogło się już zdarzyć.

1
Krytyka 12.01.2024

Na warsztat: Dominika Olszowy

Wojciech Albiński

Elementy dekoracyjne wnętrz są kolejnym etapem konsekwentnie budowanego imaginarium Olszowy, w którym dom pozostaje sceną sprzecznych afektów: ukojenia i komfortu, ale też duszności i niepokoju. Już na wystawie Duch domu w Rastrze w 2019 roku artystka konstruowała przestrzeń wymagającą aktywnego poruszania się i interpretowania znaków. Domowość była tam polem napięć – pojawiła się czarna kawa, powracająca dziś w Ujazdowskim, a także motywy duchowości i przedmiotów codziennych, które zyskiwały niepokojący, niemal psychoanalityczny wymiar. Meble, firanki czy elementy wystroju przestawały być neutralne; stawały się nośnikami emocji i śladów.

Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, widok wystawy, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Tomasz Koszewnik
Czy stałość i powtarzalność motywów, które Olszowy eksploruje od lat, sprawiają, iż jej sztuka staje się przewidywalna, może mniej ekscytująca?

Na wystawie z 2022 roku w Galerii Foksal (Mózg ofiary erupcji Wezuwiusza zamienił się w szkło) ton apokaliptyczny był wyraźniejszy, ale przez cały czas osadzony w estetyce oswojonej domowości np. przez motyw doniczek lub ścierek kuchennych wbudowanych w rzeźby. Mrok nie miał tu spektakularnego charakteru – był raczej rozproszony, wpisany w znajome dekoracje, beżowe ściany i szklane detale. Praktyka Olszowy została wówczas opisana jako proces „krzepnięcia” emocji – przekształcania ulotnych stanów w materialne obiekty, które nie emitują światła, ale je odbijają.

W Ujazdowskim to uniwersum nie tyle się rozszerza, ile zagęszcza. Wystawa łączy prace starsze i nowe, a powracające motywy funkcjonują jak elementy stałego repertuaru. Wyraźniej wybrzmiewa też temat zmęczenia czy wręcz wyczerpania: codzienne kryzysy, potrzeba bezpieczeństwa, bezsilność czy doświadczenie straty pojawiają się tu nie wprost, ale poprzez układ przestrzeni i powtarzalność przedmiotów. No i jeszcze ta śmierć, która krąży wokół prac artystki. Jak sama mówiła: „Mam śmierć w sobie, w moim doświadczeniu”. Na wystawie śmierć nie jest jednak wydarzeniem, ale stanem – czymś, co krąży wokół domowych gestów i osiada na nich jak kurz. Czy stałość i powtarzalność motywów, które Olszowy eksploruje od lat, sprawiają, iż jej sztuka staje się przewidywalna, może mniej ekscytująca? Dla mnie nie. Artystka nie szuka wciąż nowych tematów, ale konsekwentnie krąży wokół tych samych, jakby badała ich wytrzymałość i pojemność stojących za nimi znaczeń. Nie tylko ich wytrzymałość – także swoją. To strategia bliższa pracy z materią niż produkcji kolejnych symboli. Ekscytacja widzki nie wynika tu z efektu nowości, ale z obserwowania subtelnych przesunięć: z momentu, w którym znane formy zaczynają znaczyć coś innego, inaczej rezonują w nowych układach przestrzennych, w ramach kolejnych ekspozycji i w zmieniającym się kontekście świata zewnętrznego. A obraz wyłaniający się z tych powrotów mimo wszystko nigdy nie jest identyczny.

Idź do oryginalnego materiału