U nas ten stopień zaufania społecznego do autorki „Jolene” był czymś mniej ważnym. Przesłaniała to prosta, przez wielu odrzucana konwencja country oraz postać Dolly – niemal elvisowska – z burzą włosów, cekinami i sztuczną biżuterią. A wreszcie charakterystyczną figurą, przedmiotem niezliczonych żartów (włącznie z gestem naukowców, którzy słynnej owcy, sklonowanej z komórki wymienia, nadali imię Dolly). Sama Parton musiała je znosić i odnosić się do nich przez całe życie. „Skąd wiem, co myśli mężczyzna, który ze mną rozmawia? Po tym, gdzie biegnie jego wzrok” – mawiała. „A dlaczego zawsze miałam małe stopy? Bo w cieniu nic nie rośnie”.
Czytaj też: Gdy nie ma już z nami Dolly Parton, okazuje się, jak bardzo niedoceniana bywała jej obecność
Brzmisz jak mysz
Za tym luzem, dystansem i sztucznym wizerunkiem kryły się losy: prawdziwe i wyboiste.















