Dlaczego potrzebujemy Filipki? „Gender Is Over” Filipki Rutkowskiej w Galerii Studio

magazynszum.pl 9 godzin temu

Ostatnio dużo mówi się o tym, do czego społeczeństwu potrzebni są artyści i po co jest sztuka, a mówi się o tym oczywiście dlatego, żeby przekonać to społeczeństwo, iż również artystom należą się świadczenia socjalne. W debacie o emeryturach padło wiele mądrych pomysłów i górnolotnych słów, ale czy one mają szansę przekonać populistycznych polityków i neoliberalny komentariat? Sprawę komplikują same osoby artystyczne, których postawy i pomysły często zaprzeczają wizji artysty-zawodowca. Weźmy na przykład taką Filipkę Rutkowską – osobę mianującą się artystką, podbijającą stołeczne salony, a której nikt w żadnej szkole dla artystek nie widział. Od kwietnia trwa jej indywidualna wystawa Gender Is Over w Galerii Studio. Taki pokaz to marzenie niejednego absolwenta ASP, a żeby dostąpić tego zaszczytu, zwykle trzeba się sporo napracować. Tymczasem Filipka, artystka-szachrajka, wskoczyła do Studia tak, jakby wąskie gardło artystycznej selekcji nie istniało. Na dodatek udało się jej wypełnić dwie duże sale wystawowe, chociaż nikt nigdy nie słyszał o tym, żeby tworzyła jakieś materialne prace. I jak tu traktować taką sztukę na poważnie i po co adekwatnie to wszystko? Żeby to sprawdzić, przeszłam się do Studio kilka razy.

Sama Filipka ze swoich forteli wydaje się być całkiem zadowolona, a choćby się nimi przechwala. Stały się one tematem jej fundacyjnego performansu Córka górnika, w którym opowiada o swoim dorastaniu na Śląsku, relacjach z rodzicami, artystycznych aspiracjach, a wreszcie – wyjeździe do Warszawy, rozpoczęciu pracy w prestiżowej galerii i przemianie w artystkę. Jest to historia o poznawaniu siebie, odkrywaniu swojej genderowej tożsamości, ale także aspiracjach i awansie, zarówno społecznym, jak i artystycznym. Artystka występuje w nim ubrana w babciny fartuszek, przed performansem zamiata lub poleruje gościom buty, a na ustach ma rozmazaną pomadkę. W trakcie opowieści przechwala się, iż sukces w sztuce zawdzięcza wrodzonemu talentowi, ale jej wygląd wskazuje, iż zdobyty awans wymagał jednak pracy; jej tożsamość jest kreacją, na której wciąż pojawiają się rysy.

Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Wystąpieniom Filipki najbliżej do stand-upu – są oparte na formule osobistej opowieści, z którą widz może się utożsamić, przejrzeć w niej, a przede wszystkim trochę pośmiać i doświadczyć oczyszczenia poprzez humor. Nie jest to forma łatwa, ponieważ wymaga dobrej, pełniej błyskotliwych puent historii i sporych umiejętności scenicznych.

Filipka Rutkowska to przede wszystkim sceniczna diwa, która wyłoniła się z perfomatywnej piany Baru Dragana i od kilku lat konsekwentnie rozwija swoją personę. To, co zobaczymy w Studio, to dokumentacja tego procesu i wylinki jej morfującej tożsamości: sceniczne kostiumy zamienione w asamblaże, ustawione na postumentach buty, performerskie rekwizyty, rysunki z czasów młodości, świadczące o jej wrodzonym talencie, fotografie z formacyjnych wypraw, pamiątki ważnych przyjaźni czy magazyny, w których wzmiankowana jest Filipka. Mają one sens tylko w kontekście Filipki, można powiedzieć, iż to sama performerka jest aktywatorem ich znaczeń. Na wystawie więc mocno czujemy jej obecność, i to nawet, jeżeli fizycznie akurat nie ma jej w galerii. Możemy ją jednak oglądać na filmie i zdjęciach, a także patrzeć na jej portret wyrzeźbiony przez Pawła Althamera, którego niegdyś była asystentką. Górne piętro galerii urządziła jak swój dom, Casa Filipka. Żeby się do niego dostać, trzeba wspiąć się po schodach ozdobionych malowidłem przedstawiającym wielką nogę artystki: owłosioną, ale w obowiązkowej szpilce. Akt schodzący po schodach to humorystyczne nawiązanie do duchowego patrona Filipki, Marcela Duchampa, który, jak wiadomo, też lubił sobie pochodzić w damskich ciuszkach.

Jak przystało na wystawę performansu, jej doświadczanie odbywało się przez spotkania. W samym centrum Casa Filipka ustawiona została scena, na której czasem pojawiała się artystka odgrywająca swoje stare performanse: w Studio zobaczyć więc można było Córkę górnika, Kotkę na gorącej drewnianej tratwie – pracę w której Filipka snuła opowieść o swoich kochankach – oraz Niesamowite przygody baronessy Munchausen, poświęcone jej doświadczeniom z substancjami psychoaktywnymi i procesowi zdrowienia. Wszystkim tym wystąpieniom najbliżej do stand-upu – są oparte na formule osobistej opowieści, z którą widz może się utożsamić, przejrzeć w niej, a przede wszystkim trochę pośmiać i doświadczyć oczyszczenia poprzez humor. Nie jest to forma łatwa, ponieważ wymaga dobrej, pełniej błyskotliwych puent historii i sporych umiejętności scenicznych: trzeba grać głosem i ciałem, umieć budować napięcie, utrzymywać kontakt z publicznością i kuratorować jej emocje, by nie wkradło się znużenie. Mam wrażenie, iż najbliżej tego ideału jest Córka górnika – performans co prawda czytany ze telefona (aj!), ale z dużą swadą. Jego podstawą jest wciągająca opowieść, pełna żarcików i zamknięta w klamrze, którą stanowi figura ojca; postać, wobec której główna bohaterka czuje na początku rezerwę, a pod koniec historii ją kocha.

Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Papierowe torby z logo Prady czy COS-a są tak naprawdę puste, a efektowne buty performerki stoją na pudełkach z logiem Jenny Fairy. Można to wybaczyć, pamiętając, iż ważnym składnikiem medialnej kreacji jest kłamstwo.

Zaletą Córka górnika jest także egzystencjalne przesłanie, oparte na doświadczeniach, przez które każdy z nas musi przejść: budowaniu siebie wobec rodziny, poza rodziną i razem z nią. Queerowa tożsamość narratorki dodaje tej opowieści głębi i jest nośną metaforą uniwersalnych zmagań człowieka ze światem oraz jego pozycjonowania się wobec innych. Tego ciężaru zabrakło mi w Niesamowitych przygodach baronessy Munchausen, które zostały pomyślane jako satyra na kulturę wellness. Ogólnie rzecz ujmując, jest to opowieść o detoksie, który paradoksalnie nie służy artystce – historyjka niby śmieszna, ale jednak nie wiesz, dlaczego musisz tego słuchać. Podczas performansu zaczęłam więc gwałtownie odpływać, a publiczność jakby się nie śmiała (z wyjątkiem jednej pani, której histeryczny śmiech pogłębiał tylko wrażenie beznadziei sytuacji). Problematyczną decyzją było też wystawienie tego performansu na dużej scenie – to zawsze pogłębia dystans i wymaga większych starań, by utrzymać uwagę publiczności. Filipka zwykle osiągała ten efekt, wykrzykując najróżniejsze wulgaryzmy, co we mnie bardziej budziło dyskomfort niż śmieszyło. Ale to może dlatego, iż jestem nauczycielką, więc nie lubię, gdy ludzie przeklinają, szczególnie w państwowych instytucjach.

1
Podcast 01.05.2026

Godzina Szumu #164 Filipka Rutkowska

Karolina Plinta; postprodukcja: Izabela Smelczyńska

Kotkę na gorącej drewnianej tratwie praktycznie przegapiłam, tj. dotarłam na ostatnią historyjkę o jednym z kochanków artystki, który był synem bogatego obywatela Arabii Saudyjskiej, ale alkohole musiała mu stawiać Filipka, ponieważ tata kochanka pilnował trzeźwości syna. jeżeli też czasem mylicie godziny i zdarza się wam przyjść na miejsce akcji po jej zakończeniu, polecam wam najnowszy performans naszej bon vivantki, Wróblewska, Cienkowska, Rutkowska. Trwa on dwie i pół godziny, można wejść i wyjść w dowolnym momencie – artystka zmieniła w nim metodę. Na Wróblewskiej, Cienkowskiej, Rutkowskiej nie usłyszymy już osobistych historii opowiadanych w formie stand-upu; performerka awansuje, staje się ministrą kultury. Ubrana w garsonkę i na obcasikach (ale bez bluzeczki), siedzi przed wielkim stołem i odbiera telefony. Każdy jest istotny i wymaga zdecydowanej reakcji, więc z ust ministry co chwilę pada „Tak, tak”. Czasem dzwoni kolega z partii, czasem wścibska dziennikarka, a czasem dziecko, które pyta, kiedy mama wróci do domu. Nieprędko, bo mamusia jest bardzo wkręcona w performowanie spektaklu władzy: gdy adrenalina pikuje, wykrzykuje przez okno swoje nazwisko (zawsze w towarzystwie imion innych ministr) i pogrąża się w narkotycznym tańcu. Obejrzałam ten show w całości, co przypłaciłam bólem pleców, ale byłam pod wrażeniem sprawności tej improwizacji: Filipka zachowywała się tak, jakby miała naturalny talent do bycia ministrą. Przyznać trzeba, iż ta rola, osadzona w ambicjach i ego tripie, pasuje do jej persony. Filipka to w końcu celebrytka, bywalczyni salonów, osoba, która lubi błyszczeć i prowokować – czy to strojem, czy brakiem depilacji, czy zaczepnymi wypowiedziami w rodzaju „gender is over”. Jakaś jej część pragnie być gwiazdą, ale druga się z tego śmieje i odsłania przed nami kulisy tego celebryctwa: papierowe torby z logo Prady czy COS-a są tak naprawdę puste, a efektowne buty performerki stoją na pudełkach z logiem Jenny Fairy. Można to wybaczyć, pamiętając, iż ważnym składnikiem medialnej kreacji jest kłamstwo.

Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Filipka Rutkowska, „Gender Is Over”, widok wystawy, Galeria Studio, fot. Anna Zagrodzka
Jej projekt się rozwija, czasem zalicza wpadki, co wynika jednak wyłącznie z faktu, iż Filipka ciągle się siebie uczy.

W tekście kuratorskim Michał Grzegorzek porównał Filipkę do performerek totalnych, takich jak Eva&Adele, Lynn Hershman Leeson czy Genesis P-Orridge. Warto jednak zauważyć, iż Filipka nie do końca realizuje ich strategie, bo, jak wyjaśniła mi w Godzinie Szumu, taka metoda to więzienie. Filipka zakłada swój kostium okazjonalnie, a w życiu codziennym nosi casualowe ubrania i jest Filipem. Jej rola nie jest obowiązkiem, ale wentylem, sposobem na osiągnięcie czegoś, czego Filipka najbardziej pragnie – wolności. To oczywiście jest wyzwaniem dla otoczenia, bo w sumie nie wiadomo, jak się do takiej osoby zwracać, Filipka czy Filip? Czy to nie będzie za dużo, a może ją/jego obrazi, jak tu się dopasować do tej morfującej postaci? Myślę, iż nasza performerka jest tego świadoma i doskonale bawi się na myśl, iż my, niezdarne genderowe szaraki, tak się o tę tożsamość potykamy. Niewykluczone, iż to jest zasadnicza stawka tego projektu – zaburzenie normy, rozbicie schematów i przełamanie zesztywniałych kategorii. Na ten pomysł nie warto się obrażać, więcej, mam poczucie, iż nasza scena artystyczna jak tlenu potrzebuje takich postaci jak Filipka: osób które nie nudzą, nie moralizują, nie mielą w tekstach i wypowiedziach konwencjonalnych fraz, tylko wnoszą w każdą sytuację radość, nonszalancję i niezwykłość.

Jej projekt się rozwija, czasem zalicza wpadki, co wynika jednak wyłącznie z faktu, iż Filipka ciągle się siebie uczy. Ja z ciekawością czekam na dalsze rozdziały tej historii (30 czerwca premiera jej książki Gender Is Over). Gdzie tym razem poprowadzi nas ten Żar-Ptak, jaki ogród wspaniałości przed nami otworzy? Nie wiem, ale na pewno chcę tam być.

Idź do oryginalnego materiału