"Dexter: Zmartwychwstanie" w 2. sezonie daje nam to, czego chcemy. I to świetna wiadomość – recenzja

serialowa.pl 44 minut temu

„Dexter: Zmartwychwstanie” powraca z 2. sezonem i pozostało mroczniejszy, zabawniejszy i pełen emocji. Aż trudno uwierzyć, iż to serial, który ma na karku 20 lat.

Najpierw fatalnie przyjęty sequel „Dexter: New Blood„, który powstał tylko po to, żeby „naprawić” błędy oryginalnej serii, w tym także fakt, iż główny bohater przeżył, a potem odkręcanie tego, co stało się z nim w finale, w naciąganym „Zmartwychwstaniu”, serialu, którego nikt z nas już nie chciał. Mimo to pochłonęliśmy go z przyjemnością i poprosiliśmy o więcej. Mający dwie dekady na karku „Dexter” przeskoczył rekina wiele razy i tak po prawdzie dawno powinien się skończyć, a jednak oglądając początkowe odcinki 2. sezonu (niestety, media dostały do recenzji tylko dwa pierwsze – ale za to świetne), zupełnie o tym nie myślałam, tylko tak po prostu dałam się znów wkręcić.

Dexter: Zmartwychwstanie sezon 2 – co się zmieniło?

I nie sądzę, abym była wyjątkiem, ponieważ fabuła, choć daleka od odkrywczej, startuje bardzo sprawnie po kilkuletnim przeskoku czasowym, wrzucając Dexa (Michael C. Hall) w środek przeróżnych zdarzeń, począwszy od polowania na seryjnych morderców terroryzujących Nowy Jork, przez fakt, iż Harrison (Jack Alcott) rozpoczyna pracę w policji, aż po szumnie zapowiadany w zwiastunach kryzys wieku średniego.

Dodajmy do tego powrót do jego życia z jednej strony Charley (Uma Thurman), a z drugiej Quinna (Desmond Harrington), i towarzyszące mu mary, do których dołącza Batista (David Zayas), a otrzymujemy mocno wypakowany treścią sezon, w którym zdarzyć może się wszystko. Od uroczych scen rodzinnych i potencjalnego romansu aż po mroczne, pokręcone i obliczone na emocjonalne reakcje pomysły jak z pierwszych sezonów oryginału. Ten sezon ma wszystko i to już w dwóch pierwszych odcinkach.

„Dexter: Zmartwychwstanie” (Fot. Paramount+)

Uporządkujmy więc trochę tę chaotyczną wyliczankę. 2. sezon serialu „Dexter: Zmartwychwstanie” rozpoczyna się trzy lata po finale 1. serii. Dex dalej mieszka w Nowym Jorku, w tym samym mieszkaniu co ostatnio, i zarabia, pracując dla jakiejś wersji Ubera. Ma świetną nie tylko jak na tutejsze dysfunkcyjne standardy relację z Harrisonem, który kończy szkołę policyjną, wprowadza się do nowego mieszkania i zaczyna nowe życie, nie zapominając o śniadaniach z ojcem w knajpie na Brooklynie.

Zniknięcie Pratera (Peter Dinklage) nigdy nie zostało wyjaśnione, a nasi znajomi policjanci z wydziału zabójstw, do których dołączył Bokeem Woodbine („Fargo”) jako nowy kapitan, kręcą się w kółko, próbując dopaść New York Rippera (Brian Cox, „Sukcesja”), który nie dość iż jest na wózku, to jeszcze specjalnie się nie ukrywa i śmieje im się w twarz. Nie ma bowiem dowodów, iż kogokolwiek faktycznie zabił. Jednocześnie sławę zaczyna zdobywać metodyczny nowy prześladowca amerykańskiej metropolii znany jako The Five Borough Killer (Dan Stevens, „Downton Abbey”). Najwyższy czas, żeby Dexter Morgan wkroczył do akcji i zrobił swoje, prawda?

Dexter: Zmartwychwstanie i kryzys wieku średniego

Dex na razie jednak się nie spieszy, oddając się zwyczajnej codzienności i ogarniając mniej ambitne cele w ramach swojego niestandardowego hobby. kilka jednak trzeba, aby zaczął odczuwać nie tyle choćby znajomy zew krwi, ile wrażenie, iż nie osiągnął tyle, ile mógłby, a na dodatek świat w ogóle go nie docenia, nie mając pojęcia, jak potężną odwalił robotę, mordując przez cale swoje dorosłe życie zwyroli. Tak, tak, nasz ulubiony seryjny morderca zaczyna łaknąć poklasku i nie ma bezpiecznego sposobu, by mógł go otrzymać. O czym wie, co sprawia, iż zaczyna czuć się jak w pułapce i szukać sposobów na udowodnienie sobie i nam, iż jego era się nie skończyła.

„Dexter: Zmartwychwstanie” (Fot. Paramount+)

To jest właśnie ten kryzys wieku średniego w jego przypadku. Wątek daleki od ciężkich rozkmin egzystencjalnych, raczej nieustające źródło wszelkiego humoru, przynajmniej na tym etapie. Zwłaszcza jak spojrzycie na pewną walkę, w której nasz bohater bierze udział w 1. odcinku, możecie dojść do wniosku, iż Dexter Morgan jest już dziadkiem. A może i dziadersem. Tak go widzi świat i jest w tym trochę prawdy, a jeszcze więcej komizmu. W końcu to był jeden z tych seksownych antybohaterów złotej ery telewizji, nie? Intrygujący, magnetyczny, stworzony do tego, abyśmy go kochali i zawsze bronili.

50-letni Dex jest znacznie bardziej złożony, ale i w pewnym sensie nie jest. Tak, przechodzi przez swoje kryzysy i dźwiga na barkach większy ciężar niż dwie dekady temu, ale też serial nie skręca nagle w stronę głębokiego dramatu psychologicznego. Przeciwnie, te odcinki to czysty fun, przypominający najlepsze czasy oryginalnej serii. Showrunner Clyde Phillips bawi się – swoimi i naszymi – ulubionymi zabawkami, a fanserwis w pewnym momencie daje po oczach aż za bardzo. Jak wtedy, kiedy na ekran wjeżdża nowa i jednocześnie znajoma czołówka. Prosty chwyt, a jaki skuteczny. Jak gdyby wreszcie wrócił nasz ulubiony serial, a nie kolejna jego podróbka.

Dexter: Zmartwychwstanie sezon 2 – czy warto oglądać?

Sprytnie łącząc stare z nowym, „Dexter: Zmartwychwstanie” rozpoczyna 2. sezon ze świeżą energią, dając fanom po prostu więcej tego, co już raz się sprawdziło, tyle iż w innej oprawie. I gwarantuję wam, iż choćby zdając sobie sprawę z wtórności, raz jeszcze dacie się wkręcić w przygody naszego ulubionego psychopaty. Dla Michaela C. Halla ta rola to już druga skóra, bezbłędnie powtarzana rutyna oparta na drobnych gestach, wymownych spojrzeniach, perfekcyjnym timingu komediowym i nieustannie snutej narracji, zapraszającej nas do wewnętrznego świata Dexa i sprawiającej, iż czujemy się niemalże jego przyjaciółmi i powiernikami, przed którymi nie ma żadnych tajemnic.

To wszystko, co tak wyśmienicie działało nie tylko w oryginalnym „Dexterze”, ale i ogólnie w serialach ery antybohaterów – skomplikowanie psychologiczne postaci połączone z moralną niejednoznacznością i męskim czarem emanującym z ekranu – w 2. sezonie „Zmartwychwstania” sprawdza się jeszcze lepiej niż w poprzednim, ponieważ zostajemy po prostu zaproszeni do nowego codziennego życia Dexa. Bez ciągłej walki o przetrwanie, oglądania się za siebie, szukania syna, walki o relację z nim. Bez pośpiechu i noża na gardle, choć oczywiście sprawy na pewno za chwilę nabiorą rozpędu.

„Dexter: Zmartwychwstanie” (Fot. Paramount+)

Swobodny Dexter Morgan podczas spotkania z Charley, czysta euforia podczas rejsu nową łódką po rzece Hudson, rozmowy z landlordem, śniadania z Harrisonem – to wszystko jest tak zrobione, iż możemy poczuć się, jakby wrócił nasz stary kumpel. I choćby jeżeli na horyzoncie majaczy pytanie, jak daleko nasz ulubieniec zajdzie w wymierzaniu sprawiedliwości tym razem i co może potencjalnie grozić Quinnowi, to dopiero przed nami. Na razie możemy cieszyć się dawnym klimatem „Dextera” w nowym otoczeniu. Wydaje się, iż Clyde Phillips i jego scenarzyści raz jeszcze złapali wiatr w żagle i prowadzą tę historię wprawną ręką dbając, byśmy czuli się jak w domu.

Ale też mają coś, czego kiedyś nie mieli: iście oscarową obsadę, począwszy od Umy Thurman, a skończywszy na obu nowych gwiazdach tego sezonu. Brian Cox raz jeszcze pokazuje, jak szeroki jest zakres jego szekspirowskich umiejętności, z kolei Dan Stevens przeraża tym, jak oszczędny wydaje się póki co w swojej roli. Spodziewajcie się aktorskich pojedynków na szczycie, emocji totalnych i licznych momentów czystej frajdy. Dexter zmartwychwstał i ma się lepiej niż kiedykolwiek. choćby jeżeli on sam nie jest tego taki pewny (i absolutnie przy tym uroczy), a złośliwi mylą go z dziadersami.

Dexter: Zmartwychwstanie sezon 2 – odcinki co sobotę w SkyShowtime

Idź do oryginalnego materiału