Devin Townsend i jego muzyczna podróż przez życie

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: DEVIN TOWNSEND 2026 PRESS PIC


Jednego wieczoru potrafił być metalowym ekscentrykiem, komikiem, songwriterem, pianistą, gitarzystą i gawędziarzem. Devin Townsend 16 września wystąpił w warszawskiej Stodole z niezwykłym solowym koncertem, który bardziej przypominał spotkanie z człowiekiem stojącym za muzyką niż tradycyjny rockowy występ.

Już pierwsze minuty ustawiły ten wieczór w zupełnie innym tonie. Townsend został przywitany ciepłą owacją, a zamiast od razu przejść do muzyki, podzielił się z publicznością czymś bardzo osobistym – tego dnia stracił swojego psa. A jednak zaraz potem zapewnił publiczność, iż wspólnie spędzą piękny wieczór. Przyznał też, iż ta trasa jest dla niego szczególna, bo próbuje znowu odnaleźć światło.

Townsend zaczął od przejmującego „Funeral”, które dobrze pokazało jego niezwykłe możliwości wokalne – od delikatności po głos, który bez problemu wypełniał całą salę. Później zrobiło się znacznie ciężej, między innymi za sprawą „Love?”, a atmosfera znów się zmieniła przy „Ih-Ah!” czy „Fake Punk”. I adekwatnie tak wyglądał cały wieczór: żadna stylistyczna granica nie obowiązywała na długo. Cięższe gitarowe brzmienia przeplatały się z lżejszymi momentami, metal z niemal poetyckimi fragmentami, a potężny wokal z subtelnymi partiami.

Najważniejszym spoiwem okazały się jednak opowieści. Townsend mówił dużo – czasem tak dużo, iż gitara zdawała się wręcz walczyć o swoją przestrzeń – ale trudno było mieć mu to za złe. Chciał opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło, skąd brały się pomysły, a przy okazji pokazać, iż za kolejnymi albumami i projektami stoi człowiek, który przez całe życie próbował dzięki dźwięku wyrażać to, co uważał za piękne. Były wspomnienia, anegdoty wywołujące salwy śmiechu i sporo dystansu do własnej przeszłości. Z czasem coraz wyraźniej było widać, iż ta podróż prowadzi również przez prywatne życie artysty.

Kiedy pojawił się „Deadhead”, reakcje publiczności wyraźnie pokazały, iż dla wielu osób w sali nie była to już podróż w nieznane. Okrzyki, odpowiedzi na jego wokalne popisy i długie brawa mówiły same za siebie. Był w tym także pewien rodzaj spontaniczności – momentami można było się zastanawiać, gdzie kończy się zaplanowane wykonanie, a zaczyna improwizacja i zabawa z publicznością.

Townsend potrafił też zaskakiwać – „Bring Him Home” z Les Misérables zabrzmiało niemal jak z zupełnie innego koncertu, a jednocześnie bardzo naturalnie pasowało do jego możliwości wokalnych. Po tym musicalowym akcencie znów wracały cięższe dźwięki, by za chwilę ustąpić miejsca spokojniejszym kompozycjom. „Deep Peace”, „Let It Roll”,Solar Winds” czy późniejsze „From the Heart” budowały zupełnie inną atmosferę, jednocześnie pokazując skalę muzycznych poszukiwań Townsenda.

W pewnym momencie muzyk oddał głos fanom i na życzenie zagrał „Kingdom”. A kiedy po tych wszystkich metamorfozach i opowieściach koncert zbliżał się do końca, finałowe „Life” przyniosło proste przesłanie, by się nie poddawać, a wspólnie śpiewane See you on the other side! zabrzmiało jak symboliczne pożegnanie. Nikt nie spieszył się do wyjścia, cała sala wstała z krzeseł, a długa owacja na stojąco była chyba najlepszym podsumowaniem wieczoru.

Devin Townsend przyjechał do Warszawy z trasą Metamorphosis, która miała być podróżą przez kolejne etapy jego kariery. Nie była to jednak zwykła prezentacja albumów, ale muzyczna autobiografia człowieka, który choć przez lata zmieniał twórcze wcielenia, nie stracił ciekawości, poczucia humoru i potrzeby opowiadania historii. A pomiędzy kolejnymi utworami, żartami, ciężkimi gitarami, delikatnym i pełnym siły wokalem oraz wspólnym śpiewaniem pojawiło się coś jeszcze. Trochę światła.

Relacja: Anka

Idź do oryginalnego materiału