W rozmowie z magazynem „GQ” Maciej Musiał odkrył karty – film jest inspirowany twórczością Krzysztofa Kieślowskiego, nową wersją „Dekalogu”, klasycznego serialu interpretującego 10 przykazań. Musiał odkupił prawa i zaprosił do współpracy współscenarzystę oryginału Krzysztofa Piesiewicza.
To intrygujący projekt, którego nie można wpisać w modę na nowe wersje uwielbianych klasyków. Serial Kieślowskiego nie ma przecież statusu „Znachora”, towarzyszącego świątecznym obiadom; to inteligencka legenda, która niekoniecznie rezonuje ze współczesnym widzem. Dlatego zanim padnie pytanie, czy potrzebny jest nowy „Dekalog”, trzeba się zastanowić nad dziedzictwem oryginału.
Forma i treść
– „Dekalog” od strony formalnej do dzisiaj się świetnie broni. Ukazał się jako jeden z nielicznych seriali w prestiżowym wydaniu płytowym Criterion Collection. To zdecydowanie jedno z najbardziej znanych dzieł polskiej kultury XX w. na Zachodzie – opowiada Klara Cykorz, krytyczka i kulturoznawczyni, autorka podkastu „Chaszcze filmowe”. Podkreśla, iż „Dekalog” ma świetnie wymyśloną formę (wypracowaną w innych serialach znanych z PRL, jak „Dyrektorzy” czy „Białe tango”) – zmieniający się bohaterowie, ale wspólna przestrzeń, czyli osiedle na Muranowie.
Doskonały był zarówno pomysł na serial, jak i wykonanie – odcinki wyglądają inaczej dzięki różnym autorom zdjęć. – Na przykład Sobociński zgodził się na „Nie zabijaj” tylko dlatego, iż Kieślowski pozwolił mu użyć bardzo dziwnych soczewek, które sam konstruował w garażu. Dlatego piąte przykazanie ma tak dziwny kolor i jest wizualnie bardzo odrębne.
O ile jednak docenia stronę formalno-techniczną, dostrzegając wagę i wpływy „Dekalogu” na wiele współczesnych produkcji, o tyle ma zastrzeżenia co do treści.
– Do dziś bronią się „Krótki film o zabijaniu” i „Dekalog X”. Opowieść o karze śmierci w ogóle się nie zestarzała, wciąż mówi coś ważnego, zwłaszcza iż społecznie nie do końca zinternalizowaliśmy sprzeciw wobec kary śmierci. A „Nie pożądaj (…) ani jednej rzeczy bliźniego swego” jest świetnym obrazem Polski epoki transformacji – ocenia krytyczka. Odbiór serialu różni się też w zależności od pokolenia – starsze ma do „Dekalogu” nabożny stosunek, część młodszego odbiera go jako pretensjonalny.
Czytaj też: Tajemnicze archiwum Kieślowskiego. Co by było, gdyby te filmy nakręcił?
Egzotyczna Polska
Różni się też zrozumienie „Dekalogu” w Polsce i na świecie. – Ten serial nie był aktualny już w momencie powstawania. Oglądamy go jako opowieść o naszej rzeczywistości i widzimy, na jakim ideologicznym fundamencie jest zbudowany – zauważa Klara Cykorz. – Ten fundament bywa straszny. Pierwszy odcinek to inteligencki lęk przed techniką i matematyką. Siódme przykazanie – „Nie kradnij” – jest moim zdaniem skrajnie dzieciofobiczne, obrzydliwe, banalizuje molestowanie seksualne i przedstawia dziecko dosłownie jako rzecz. No i mój ulubiony przykład – „Dekalog 8” to jeden z najbardziej antysemickich tekstów powojennej kultury polskiej. Mam wrażenie, iż w ogóle tego nie przyjęliśmy do wiadomości.
To coś, czego zrozumienia nie widać w lekturze recenzji poza Polską. Kino Europy Środkowej wzrusza zachodniego widza, bo jest „filozoficzne i poruszające”. – To wynika z egzotyzacji. Dla nich to są bloki, „niesamowite zdjęcia”, polska szkoła operatorstwa. Nie przykładają do tego tych samych kryteriów co do własnych filmów. I nie myślą o Polsce jako o kraju, który ma ideologiczne obciążenia.
Tymczasem z profilu w „GQ” wyłania się obraz producenta Macieja Musiała, który do twórczości Kieślowskiego podchodzi dosłownie na kolanach, widząc w jego „radykalnej czułości” kontrkulturę wobec postmodernistycznego cynizmu Quentina Tarantino (jego „Pulp Fiction” w 1994 r. wygrało Złotą Palmę, pokonując faworyta, czyli „Trzy kolory: Czerwony” Kieślowskiego).
Czytaj też: Od Kieślowskiego do Pawlikowskiego: nasze morale
Strachy z komputera
Moją uwagę przykuło zdanie: „»Kiedy Piesiewicz i Kieślowski pisali pierwszy scenariusz do „Dekalogu”, nie było internetu, a oni przewidzieli rzeczywistość, w której człowiek będzie wierzył sztucznej inteligencji bardziej niż sobie, bardziej choćby niż Bogu«”. To dość dziwna interpretacja. „Dekalog I” to film, który przedziwną niechęć do matematyki i techniki ubiera w lęk przed bałwanem – komputerem. Scenariusz przedstawia tragedię – dziecko ginie w przeręblu, bo zaufało obliczeniom grubości lodu, jak się okazało – błędnym, bo nie wzięto pod uwagę elektrociepłowni spuszczającej nagrzaną wodę. Szach mat, ateiści!
Obliczenia, które można by wykonać przy pomocy kartki i ołówka, w adaptacji przykazania „Nie będziesz miał innych bogów przede mną” są jednak wykonane przy pomocy komputera, przedstawianego jako przedziwny i niezrozumiały przedmiot; jego ekran pokrywają niezrozumiałe napisy, niczym glify z „Matrixa”, dopiero po uważnym obejrzeniu filmu w dobrej rozdzielczości okazuje się, iż to po prostu nazwy fontów z edytora tekstu. Tyle wystarczyło, żeby nastraszyć techniką ludzi w latach 80. To nie jest historia o cyberpsychozie, jakiej dziś doświadczają uzależnieni od ChatGTP, ale o nieufności wobec nauki: inżynierów budujących mosty i samoloty. Zgadzam się więc z Klarą Cykorz – ten film nie tylko nie przewidział przyszłości, ale był nieaktualny w momencie powstawania. Nie ostrzegał przed nadejściem antyszczepionkowców, ale stał na tej samej pozycji.
Zgadam się też z Maciejem Musiałem, iż bardziej niż cynizmu potrzebujemy dziś czułości – ale czy jej źródeł można szukać w tej konserwatywno-inteligenckiej tradycji, to już zupełnie inna kwestia.









