Amerykańska pisarka Colleen Hoover to nowa ulubienica Hollywoodu. W ciągu dwóch lat ekranizacji doczekały się trzy jej powieści. Tą trzecią jest film Vanessy Caswill "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam". jeżeli jednak autorka nie zadba o swoje ekranizacje, to może gwałtownie stracić pozycję w Fabryce Marzeń. Niestety, na razie walka o to, by widzowie nie mieli dość jej historii, nie idzie jej najlepiej.
"Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" na papierze ma wszystko, by stać się ulubionym filmem sporej grupy widzów. To przecież opowieść o bohaterach, którym los rzucił kłody pod nogi. Tragedie, poczucie winy, żałoba – wszystko to próbuje ich zgnieść, ale oni się nie poddają. Każda z postaci, choć naznaczona bólem, walczy o lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich. Czasami ta walka prowadzi ich do błędnych decyzji, do odcinania się od ludzi tak samo poharatanych przez życie jako oni. Ale ta historia udowadnia, iż miłość, nadzieja i wiara są wieczne i dają siłę choćby w największym mroku.
W "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" nie ma złych postaci. Z całą pewnością złym człowiekiem nie jest grana przez Maikę Monroe Kenna, choć przecież kobietę poznajemy w momencie, gdy wychodzi z więzienia, gdzie spędziła długich siedem lat. Nie są nimi też Grace i Patrick Landry'owie (Lauren Graham i Bradley Whitford), mimo tego iż robią wszystko, by ich wnuczka nie spotkała się z biologiczną matką. Nie jest nim Ledger (Tyriq Withers), przyjaciel, którego zabrakło, kiedy był najbardziej potrzebny. Wszyscy bohaterowie popełnili błędy, każdy z nich walczy jednak o to, by być najlepszą wersją siebie. I to nie z egoistycznych, narcystycznych pobudek, ale z myślą o innych.
Ten zabieg sprawia, iż film ma całą gamę sympatycznych postaci, którym widzowie mogą kibicować z całego serca. Sama historia miłości i odkupienia win jest też na tyle uniwersalna, iż powinna rezonować z emocjami szerokiego grona odbiorców. Dlaczego więc "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" rozczarowuje? Cóż, jak to często bywa, problemem nie jest to, o czym film opowiada, ale to, jak ta historia została opowiedziana.
Wydaje się, iż jedną z przeszkód na drodze ku dobrej adaptacji była sama autorka literackiego pierwowzoru. Po raz pierwszy bowiem Colleen Hoover pełniła funkcję współscenarzystki ekranizacji swojej prozy. I ewidentnie jej priorytetem było to, by nie zniszczono materiału źródłowego. Dopięła swego. "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" pozbawione jest większych realizatorskich wpadek. Kłopot w tym, iż twórczynie tak bardzo chuchały i dmuchały na swoje dzieło, iż wyeliminowały z niego wszelkie autorskie elementy. Całość robi wrażenie złożonej z filmowych prefabrykatów: pięknych pejzaży okolic Calgary udających Wyoming, nostalgicznych ballad rozbrzmiewających z głośników i dialogów, które w lepszym wykonaniu oglądaliśmy i słuchaliśmy już dziesiątki razy.
Colleen Hoover powinna skupić się na tym, by jej historie na ekranie kinowym miały własny charakter i klimat. A tymczasem dostaliśmy tu po prostu nieźle skonstruowaną imitację hitów Nicholasa Sparksa. To ślepy zaułek, z które mam nadzieję, iż Hoover będzie potrafiła uciec. Sparks nie powinien mieć monopolu na obyczajowe opowieści o miłości i drugich szansach.
"Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" na papierze ma wszystko, by stać się ulubionym filmem sporej grupy widzów. To przecież opowieść o bohaterach, którym los rzucił kłody pod nogi. Tragedie, poczucie winy, żałoba – wszystko to próbuje ich zgnieść, ale oni się nie poddają. Każda z postaci, choć naznaczona bólem, walczy o lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich. Czasami ta walka prowadzi ich do błędnych decyzji, do odcinania się od ludzi tak samo poharatanych przez życie jako oni. Ale ta historia udowadnia, iż miłość, nadzieja i wiara są wieczne i dają siłę choćby w największym mroku.
W "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" nie ma złych postaci. Z całą pewnością złym człowiekiem nie jest grana przez Maikę Monroe Kenna, choć przecież kobietę poznajemy w momencie, gdy wychodzi z więzienia, gdzie spędziła długich siedem lat. Nie są nimi też Grace i Patrick Landry'owie (Lauren Graham i Bradley Whitford), mimo tego iż robią wszystko, by ich wnuczka nie spotkała się z biologiczną matką. Nie jest nim Ledger (Tyriq Withers), przyjaciel, którego zabrakło, kiedy był najbardziej potrzebny. Wszyscy bohaterowie popełnili błędy, każdy z nich walczy jednak o to, by być najlepszą wersją siebie. I to nie z egoistycznych, narcystycznych pobudek, ale z myślą o innych.
Ten zabieg sprawia, iż film ma całą gamę sympatycznych postaci, którym widzowie mogą kibicować z całego serca. Sama historia miłości i odkupienia win jest też na tyle uniwersalna, iż powinna rezonować z emocjami szerokiego grona odbiorców. Dlaczego więc "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" rozczarowuje? Cóż, jak to często bywa, problemem nie jest to, o czym film opowiada, ale to, jak ta historia została opowiedziana.
Wydaje się, iż jedną z przeszkód na drodze ku dobrej adaptacji była sama autorka literackiego pierwowzoru. Po raz pierwszy bowiem Colleen Hoover pełniła funkcję współscenarzystki ekranizacji swojej prozy. I ewidentnie jej priorytetem było to, by nie zniszczono materiału źródłowego. Dopięła swego. "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam" pozbawione jest większych realizatorskich wpadek. Kłopot w tym, iż twórczynie tak bardzo chuchały i dmuchały na swoje dzieło, iż wyeliminowały z niego wszelkie autorskie elementy. Całość robi wrażenie złożonej z filmowych prefabrykatów: pięknych pejzaży okolic Calgary udających Wyoming, nostalgicznych ballad rozbrzmiewających z głośników i dialogów, które w lepszym wykonaniu oglądaliśmy i słuchaliśmy już dziesiątki razy.
Colleen Hoover powinna skupić się na tym, by jej historie na ekranie kinowym miały własny charakter i klimat. A tymczasem dostaliśmy tu po prostu nieźle skonstruowaną imitację hitów Nicholasa Sparksa. To ślepy zaułek, z które mam nadzieję, iż Hoover będzie potrafiła uciec. Sparks nie powinien mieć monopolu na obyczajowe opowieści o miłości i drugich szansach.















