Deftones na żywo: selektywna ściana dźwięku, nostalgia lat 90. i ogień pod sceną

strefamusicart.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Deftones


Kolejny wpis z kategorii „na co to komu? Komu to potrzebne?”, ale ja to dla siebie potraktuje raczej w formie „mój drogi pamiętniczku…”.
„Gdy ci smutno, gdy Ci źle,
Weź na koncert wybierz się.
W głowie troski, myśli czarne,
Wybierz DEFTONES, będzie banger!”
Trochę miałem „deja vu” z zeszłorocznego koncertu Limp bizkit, bo było tu wiele podobieństw, nie tylko fakt iż obie kapele swoje fonograficzne pierwsze kroki stawiały w latach 90tych, ale o tym może za chwilę.
Koncert oczywiście wyprzedany dawno temu, no ale szkoda byłoby choćby nie podjechać i spróbować kupić bilet. No i oczywiście iż się udało, ba, choćby za pół ceny. A iż na trybunę? Jeszcze tak stary nie jestem, żeby tak żywiołowe i energetyczne koncerty przeżywać na siedząco. „No to co zrobiłeś?” No, poszedłem na płytę, a jak tam się dostałem, pozostawię to w tajemnicy dla siebie i innych, którzy bywają ze mną na koncertach.
Supporty pozwolę sobie pominąć, gdyż „Drug church” (spoko nazwa) zaczęli grać kiedy szukałem dla siebie biletu na zewnątrz, a skończyli mniej więcej jak wszedłem na łódzką arenę. A „Denzel curry” (słaba nazwa) reprezentował totalnie nie moją bajkę, czyli taki współczesny amerykański rap, chociaż props dla nich za cytat RATM, więc ich set spędziłem na spacerze po obiekcie i piwie.
Z lekkim, mniej więcej 10 minutowym opóźnieniem w końcu na scenę weszło DEFTONES, czyli podobnie jak w przypadku Freda Dursta i paczki, kapela której nigdy nie byłem wielkim ultrasem, ale przewijała się często gdzieś w playlistach, teledyskach na MTV (R.I.P.) czy innych kanałach muzycznych. To też kapela, która pokazała mi mój brat (kolejna wspólna cecha z Limp) i swego czasu miał ich płyty. (Tak, podkradałem Ci te CeDeki, sorka Mordini, iż tak się dowiadujesz ).
Zaczęli mocnym przebojem, „Be quiet and drive” i już było widać po reakcji publiczności, iż będzie dobrze. Płyta falowała, krzyki i piski z każdej strony, nie ma co ukrywać, wjechali w Polską publikę z wysokie C. Czyli może setlista pt. „best of”? Nic z tego, bo kolejne dwa numery to była reprezentacja zeszłorocznego albumu „private music”, a konkretniej „locked club” i „ecdysis”. Zresztą chłopaki z Sacramento zaserwowali nam naprawdę duży kęs z najnowszej płyty, bo można było usłyszeć „my mind is a mountian”, „souvenir”, „cut hands”, „infinite source” i moje ulubione z nowości „milk of madonna”. Trzeba im oddać, iż świeżo wydany album świetnie się wkomponowuje w ich starszy materiał i przez cały koncert nic i nikt nie pozwoliło zwolnic tempa. A na pewno nie Chino Moreno, który cały czas biegał po scenie z mikrofonem na przewodzie (oldscholowe podejście) i aż dziw bierze, iż o ten przewód się nie wywrócił podczas swoich piruetów, podskoków i innych pląsów.
Utwory płynnie przechodziły między sobą z niewielkimi przerwami na skandowanie nazwy kapeli i podziękowań ze strony zespołu, tudzież krótkie zagadywanki z publiką, w tym z jednym chłopakiem z pierwszym rzędu, który złożył propozycję zespołowi. Wokalista krótko skwitował „pomyślimy o tym”. Ogólnie set zawierał przekrojowy materiał z całej dyskografii: „white pony” – „digital bath” (szkoda iż tak mało, a szczelnie brak back to school, ale cóż… nie da się wszystkich zadowolić), „around the fur” – „my own summer” ( na to wszyscy zdecydowanie czekali i zabrzmiało to przemocarnie) plus wspomniany otwieracz, „Diamond Eyes” – „sextape”, „diamond eyes”. Zresztą jak ktoś dociekliwy, sprawdzi gdzieś w necie, co zagrali. A zagrali naprawdę świetny materiał, bardzo spójny, energetyczny. Ogólnie co do wyboru utworów nie można narzekać, chociaż chciałoby się więcej, ale katalog „głuchych tonów” jest zbyt szeroki żeby uszczęśliwić wszystkich w 90- minutowym secie.
No dobra, a brzmienie? Wiadomo, iż areny bywają ciężkie do nagłośnienia, zwłaszcza w przypadku mocnych brzmień, gdzie jednak musi być głośno, bo kapele „mają taki klimat”. Ale spokojnie, mimo iż muzyka Deftones wymaga pewnego hałasu i chaosu, to dźwięk podczas koncertu był naprawdę dobrze zmiksowany i tworzył „selektywną ścianę dźwięku”. Gitary, bas, perkusja, wokal, elektronika… wszystko czytelne, nie kłujące w uszy. Chapeau bas dla ekipy nagłaśniającej, naprawdę dobra robota. choćby wokal Chino brzmiał naprawdę dobrze, chociaż słyszałem iż bywa kiepskim wokalistą. Może tak było, może tak jest, nie wiem, ale na łódzkim koncercie wypadł świetnie. Wokal może mógłby być trochę czytelniejszy, ale koncert to koncert, też ma swoje emocje i właśnie pewnego rodzaju chaos, a jakbym chciał czytelny wokal to bym płyty posłuchał.
W ogóle cały band widać, iż jest w świetnej formie i bawi ich koncertowanie. Ciągłe uśmiechy, interakcje miedzy sobą, tylko uwiarygodniały, iż Amerykanie nie są w pracy ale podczas bardzo fajnej i przyjemnej imprezy, którą wiedzą jak poprowadzić i wyprodukować.
Właśnie, produkcja. Nie ma co ukrywać, światowy band, to i produkcja z topki. Wielki telebim za sceną, na którym były wyświetlane przebitki z kamer bezobsługowych wśród różnorakich, psychodelicznych wizualizacji i różnych „filmików”, wyciągniętych z lat siedemdziesiątych i zmontowanych w iście porąbany sposób plus dodatkowe, nałożone efekty, które jeszcze bardziej podkreślały „totalny odjazd”, świetnie podkreślał charakter muzyki obrazami. Erupcja wulkanu, wschodzące słońce, kształty pląsające w iście „matrixowym” klimacie… świetne wyprodukowane „visuale”, podkreślające charakter każdej piosenki. I pomyśleć iż jeszcze 20 lat temu, taką produkcję woziła tylko Metallica, bo tylko ich było na to stać, a i tak wtedy była jeszcze gorsza jakość obrazu. Jeszcze dekada i mniejsze kapele będą miały taką swoja mini produkcję.
Krótka przerwa, zejście zespołu ze sceny, bez zbędnego tracenia czasu w „proszenie się o wywołanie” i ruszamy z bisem. „Cherry waves”, no super, ale wciąż kilku rzeczy brakuje, publika chce więcej, a ja szczególnie. Po chwili następuje walnięcie chyba największym przebojem, który poznałem w swym pacholęcym wieku (8/9 lat) na soundtracku do matrixa (tata nagrał mi na kasetę i słuchałem nonstop na walkmanie (tak, tak, jestem tak stary)), czyli po prostu „My own summer”. Śmiało można stwierdzić, ze atlas arena przy tym utworze zapłonęła, bo ewidentnie czuć było ogień na scenie i pod nią, mimo braku pirotechniki.
Hmmm, czyli pewnie po takim hicie pewnie koniec? Chino powraca do tematu z fanem, który wcześniej proponował swoje usługi jako gitarzysta. Chwila zamieszania, poszukiwania osobnika i nagle na scenę wbiega młodzieniec w koszulce łódzkiej „comy”, przedstawia się (pozdro Kacper) i bierze gitarę, by za chwilę zagrać ostatni utwór z zespołem, czyli „7 words”(kolejny wspólny punkt z zeszłorocznym Limp Bizkit, wtedy wspólnie Fred wspólnie z fanem zaśpiewał Nelsona). Nie wiem czy tak robią co koncert, ale to świetny gest w stronę publiki i pokaz, iż to wciąż jest dla zespołu zabawa, a nie praca.
Jak ostatnio coraz mniej bywam na koncertach, tłum coraz bardziej mi przeszkadza (tu także, a zwłaszcza jedna kwestia o której w następnym akapicie), to z tego koncertu jestem bardzo zadowolony i mam nadzieję, iż chłopaki wrócą szybciej niż po 16 latach, jak sam Chino wspomniał. (Park Sowińskiego, Wwa, 2010, miałem jechać ale jak wyżej wspomniałem ultrasem nie byłem i odpuściłem).
Z ciekawostek, które zauważyłem podczas tego wieczoru, to zmiana pokoleniowa. Wiadomo, kapela z lat dziewięćdziesiątych, czyli z prostej matematyki wynika iż górny wiek publiki, która wzrasta z bandem to powinien być, circa 45/50 rż, (można by choćby rozszerzyć o moją grupę wiekową, czyli od około 30 do 50, bo jednak jako 8latek słuchałem tej składanki z matrixa). No i to była połowa hali, ale druga połowa to „dzieciaki”, czyli pokolenie które urodziło się gdzieś w okolicy przełomu wieku. I super, iż młodzi ludzie tak tłumnie walą na koncerty, iż chcą ten ogień nieść dalej. Tylko mam dwie kwestie do poruszenia. Pierwsze to rozumiem, iż jest to pokolenie, które nie zna „analogowego” świata, bez internetu, bez telefonu, ale litości… nie musicie wszystkiego nagrywać! Dlatego koncert Ghost w zeszłym roku zapamiętam na długo, bo to było wręcz mistyczne przeżycie, kiedy w obecnych czasach zakazali używać telefonu przez cały spektakl. A inna kwestia, to „look” i zachowanie wzrastającego pokolenia. W sensie dziewczyny wyglądają i zachowują się coraz agresywniej w tych mrocznych makijażach i ciuchach, a część „męska” wygląda coraz bardziej zniewieściale. Nie, żebym jakoś specjalnie się czepiał, niech każdy sobie będzie jaki jest, mam pełen luz, ot po prostu spostrzeżnie, które może się nadaje na jakąś rozprawę socjologiczną.
W każdym razie, wieczór mile spędzony, głowa lekko oczyszczona, warto było. Warto było pojechać, kupić bilet za pół ceny, oderwać się od rzeczywistości i spędzić ten czas w towarzystwie świetnej muzyki. Takie momenty zostają w życiu na długo.
P.s. z jeszcze takich nieważnych ciekawostek, spotkałem lidera Tides From Nebula, który chyba był swego czasu mylony z Maciej Dąbrowski z programu Z Dupy. I w sumie „tajdsów” mógłbym spodziewać się na saporcie, a człowiek z dupy na pewno był na koncercie, bo wiem iż jest ultrasem Deftones. Zresztą po tym koncercie też mi jakoś bliżej do tej frakcji.
Relacja : Kamil Oleśko
Idź do oryginalnego materiału