No dobra, zamierzam postawić tezę, która sprowadzi na mnie być może infamię i posądzenie o zapaść władz umysłowych, tym bardziej, iż nie ukrywam, iż żaden ze mnie znawca, bo przez lata traktowałem Throneu po macoszemu, zadowalając się dwiema kasetkami, splitem z AD i reedką
Bestial Antihuman Evil. Ostatnio jednak w okołmajówkowym szale nabyłem większość dużych albumów i… kurwa mać, moja teza jest taka, iż to jest prawdopodobnie cichy (heh, doskonałe określenie w kontekście stosowanych przez ten ansambl form ekspresji wokalno-instrumentalnej) bohater polskiego undergroundu i
prawdopodobnie najlepszy po klasycznej erze Vadera przedstawiciel krajowego metalu śmierci w klasyfikacji generalnej. Absolutnie rozpierdala mnie zarówno zwierzęca wściekłość pierwszej połowy dyskografii, jak i gęstniejąca ciemność i kwantowy satanizm drugiej. Widzę trochę utyskiwań na kierunek zmian - moim zdaniem absolutnie niesłusznych, wejście w ten nurt było dla Throneum absolutnie logiczną kontynuacją dotychczasowych poszukiwań i najlepszą rzeczą, jaką mogli zrobić. Nie nagrał ten zespół słabego czy choćby przeciętnego albumu (na temat mnogości splitów i EPek trudno mi się na razie wypowiedzieć) i bardzo pokrzywdzony jest, uważam, dwoma stereotypami: iż niby z, zasady brzmią źle i iż od początku grają jakiś skansen. Otóż po pierwsze: Throneum brzmi różnie, ale zawsze zajebiście, tj. adekwatnie do treści. Jak ktoś kręci nosem na sound takiego
Morbid Death Tales to nie wiem, pomylił chyba adresy. Ten band osiąga takie stężenia wścieklizny, mroku i szaleństwa, iż opakowanie tego w brzmienie typu, nie wiem, Azarath byłoby nonsensem i zarzynaniem kury znoszącej czarne jaja z gnijącym zarodkiem Boga w środku. Uwielbiam tę… plastyczność ich soundu, gdzie to rażące co niektóre uszka nieułożenie materii dźwiękowej sprawia, iż zamiast jakiegoś skompresowanego i ogolonego
profesjonalnego metalowego brzmienia mamy opętańczą kotłowaninę jebiącą smołą, gotującą się krwią i koźlą sierścią. Zaiste, dziwne i infekujące umysł obrazy się z tego maelstormu wyłaniają. Po drugie: Throneum nie gra żadnego skansenu, tylko muzykę ponadczasową, której ekstremalny sznyt unieważnia czas, przestrzeń i wszelkie znaki epoki.
Rzekłem.
A jutro wychodzi takie coś, ja już zamówiłem:

Statystyki: autor: porwanie w satanistanie — 30 min. temu