Największą zmianą jest oczywiście Gene Palubicki na wokalu. Trochę dziwnie widzieć go tutaj pod własnym nazwiskiem, a nie jako kolejnego Hexorcista z numerkiem, ale mniejsza o to. Samo nazwisko pewnie też nie zaszkodzi, bo zespół przez cały czas nie ma takiego rozgłosu, na jaki moim zdaniem zasługuje. Ważniejsze jest to, iż Gene pasuje do tej muzyki bardzo dobrze. Jego wokal jest bardziej szorstki, jadowity i agresywny, przez co momentami jeszcze mocniej czuć tu ducha Angelcorpse oraz Perdition Temple. Nie wiem, jaki miał wpływ na same kompozycje, ale mam wrażenie, iż jego obecność trochę zmieniła charakter materiału. Nowa płyta wydaje mi się bardziej nerwowa i napastliwa od debiutu. Jest w niej więcej chaosu, gwałtownych przejść i mniej momentów, w których można złapać oddech.
Podstawowe skojarzenie przez cały czas jest oczywiste: stare Morbid Angel, zwłaszcza ten najbardziej pierwotny i nieokrzesany okres. Poza Morbid Angel słyszę tu też Possessed Sadistic Intent, Angelcorpse i trochę starego Vital Remains. W niektórych solówkach majaczy mi Nocturnus, choć być może mam teraz skrzywiony odbiór, bo ostatnio wracałem do nagrań Mike’a Browninga. Wszystko to zostało jednak wrzucone do jednego gara i ugotowane w sosie Hexorcist.
Moim zdaniem to bardzo dobra kontynuacja debiutu, choć niekoniecznie płyta lepsza. Jest bardziej chaotyczna, surowsza i mocniej naznaczona wokalem Palubickiego. Traci trochę na chwytliwości, ale nadrabia agresją i atmosferą. Dla kogoś, kto lubi stare Morbid Angel, Angelcorpse, Possessed i podobne granie, będzie tu sporo mięsa. Dla mnie to jeden z ciekawszych w tej chwili zespołów grających death metal zapatrzony w starą Florydę. Nie rewolucjonizują gatunku, ale też nie muszą. Robią swoje i robią to bardzo dobrze.
iframe
Statystyki: autor: Szajtan — 39 min. temu









