Tyle płyt na koncie i zawsze cios za ciosem. Tym razem to samo. Nowy album, rozbudowane kompozycje, które gra jeden ludek i miazga totalna.
Tak ja wiem, iż tutaj wszystko się buja na średnio wolnych tempach i jest łatwiej ale znam mnóstwo płyt, które w tym stylu zanudzają już po 10-ciu minutach. W Desecresy jest ten pierwiastek, który sprawia, iż wsiąkasz coraz głębiej i głębiej. Desecresy gra magiczny det metal a każdy kawałek to swoiste zaklęcie, które musisz posłuchać do końca i postarać się zapamiętać. To także jeden z niewielu "nowych" zespołów, które jak mam fazę to wyciągam wszystkie płyty i lecą od pierwszej do ostatniej i chociaż bardzo boli to Wacław przez ten czas grzmi na potęgę.
Sprawa okładek w ich przypadku ma się u mnie tak samo jak z okładkami At The Gates, uwielbiam za ten kolorystyczny minimalizm i niewielką ilość szczegółów. W zasadzie Desecresy bawi się jednym wzorem okładki tylko przedstawia go w innym kolorze lub z innego ujęcia. Ktoś powie też mi sztuka co okładka to czaszeczka. No właśnie co okładka to czaszeczka ale ta czaszeczka mimo, iż oklepana przez tysiące zespołów KIERWA zawsze się sprawdza. Sprawdza się diabeł, sprawdza się cross to dlaczego nie pierdolona czaszeczka. Chętnie bym się podelektował muzą Desecresy na jakimś koncercie.
Na powrót już mi się nie chciało niczego wrzucać więc leciało sobie nowe Desecresy a ja założyłem czarne okulary na rower i jadąc przez las delektowałem się magicznym detem i kiedy wjechałem już w tereny zabudowane to miałem wrażenie, iż przez okulary mam widok jak z filmu They Live z 1988 kiedy główny bohater ginie ale zanim to się stanie pokazuje znak pokoju.
Statystyki: autor: Hajasz — 10 min. temu














