W XV wieku odnotowano tu spór o miejscowy młyn wodny między Szymonem, synem Piotra, a Przybigniewem Borowskim, a potem o groblę na rzece między Florianem Dokowskim a Niczkiem z Ptaszkowa. Wojciech Dokowski procesował się z kanonikiem poznańskim Mikołajem Kcickim, potem komandorem joannitów i burmistrzem kościańskim, a Jan Wierzbiński, dziedzic Dokowa, z plebanem z Drożyna o wycięcie gaju. Na uznanych za winnych nakładano grzywny. Musieli płacić lub przepraszać za zniewagi, czasami publicznie podczas mszy. I choć średniowieczne waśnie potrafiły kończyć się krwawo i opowiadano o nich latami, to do tragedii w Dakowach Mokrych, o której było głośno w całej Europie, doszło w XX stuleciu. Do tej pory istnieją dwór i kościół, które były świadkami rozgrywających się dramatów.

fot. M. Adamczewska
Kościół w Dakowach Mokrych jest trzecią świątynią postawioną w tej miejscowości. Pierwszą ufundował w średniowieczu, w 1401 roku, właściciel Opalenicy, Tycz Bar. Parafię erygowano pod wezwaniem św. Katarzyny. Kościół, który stoi do dziś, ufundował hrabia Bolesław Eulogiusz Potocki z inicjatywy proboszcza Wojciecha Grośty.
Architektem był Heliodor Matejko, kuzyn słynnego malarza, który zaprojektował historyzujący, eklektyczny, trójnawowy kościół z półkolistym prezbiterium i wieżyczką zwieńczoną cebulastym hełmem.
W ołtarzu głównym znajduje się obraz przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny. W otoczeniu świętych reprezentujących wszystkie stany duchowne znajdują się: papież Grzegorz Wielki, biskup Błażej, ksiądz Jan Nepomucen i diakon – św. Wawrzyniec.
W ołtarzu bocznym umieszczono figurę patronki świątyni, św. Katarzyny, a towarzyszą jej św. Antoni i św. Florian. Patron strażaków trzyma w rękach kubek wody.

fot. M. Adamczewska
Hrabia Potocki, dzięki którego fundacji powstała dakowska świątynia, zmarł w 1898 roku i nie doczekał konsekracji kościoła, którego budowę zakończono w 1904 roku.
Bolesław Eulogiusz Potocki herbu Pilawa odziedziczył po ojcu majątek Będlewo. Były to potężne włości obejmujące 7400 hektarów. Hrabia potrafił gospodarować tymi dobrami i zarządzać nimi w nowoczesny sposób. Wprowadził wiele nowinek w uprawie i hodowli, podnosząc rentowność swoich posiadłości. Wspomagał także powstanie styczniowe i był dożywotnim członkiem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Założył „Dziennik Poznański” i bank oraz wsparł inicjatywę powstania Teatru Polskiego w Poznaniu. Zbudował wspaniały pałac w Będlewie. Poszerzył swoje ziemie między innymi o majątek Dakowy Mokre.
Dla dalszych wydarzeń istotne jest to, iż hrabia był dwukrotnie żonaty. Pojął za żonę Helenę z Kwileckich, z którą miał córkę, również Helenę. Owdowiał i ożenił się po raz wtóry z Józefą Mycielską. Miał jeszcze troje dzieci: dwóch synów i ukochaną córkę Felicję. Dla niej, w ramach posagu, wybudował nieopodal Będlewa dwór w Dakowach Mokrych, gdzie stanął także kościół.

fot. M. Adamczewska
A w nim, przy prezbiterium, wydzielono kapliczkę otwartą na ołtarz. O tym, iż służyła właścicielom okolicznych dóbr, świadczy umieszczony nad wejściem herb Potockich – Pilawa. Fundatorzy wraz z rodzinami mogli schować się w niej przed ciekawskimi spojrzeniami innych wiernych.
Przydała się prawdopodobnie w trakcie pogrzebu, na który przybyło mnóstwo żądnych sensacji dziennikarzy. Hrabia Maciej Mielżyński zastrzelił swą piękną żonę, hrabinę Felicję z Potockich, i hrabiego Alfreda Miączyńskiego, wnuka hrabiego Bolesława Potockiego.
O tych sensacyjnych wydarzeniach, którymi żyły gazety w świątecznym bożonarodzeniowym czasie 1913 roku, rozmawiam z pisarką i dziennikarką – Manulą Kalicką.
J.J.: Zanim porozmawiamy o samej tragedii, która wydarzyła się w pałacu w Dakowach Mokrych, nieopodal kościoła, powiedz kilka słów o początkach tego małżeństwa. Można by powiedzieć, iż los małżonków był przesądzony. Broń pojawiła się na samym początku, a jak powiedział Czechow, skoro ukazała się w pierwszym akcie, to musi wystrzelić w trzecim.
M.K.: To nie tyle broń była groźna, ile wymuszenie małżeństwa. Maciej Mielżyński nie miał łatwego charakteru, a skoro się zakochał, chciał się ożenić. Odrzucony zarówno przez pannę Felicję Potocką, jak i przez jej ojca, strzelił sobie z fuzji w pierś. Przeżył, ale i tak wywołał skandal, któremu niestety poddał się Bolesław Potocki i zgodził się na zamążpójście córki. Możliwe też, iż Felicja zgodziła się przyjąć konkury ponurego młodzieńca, wiedzioną współczuciem i przekonaniem o jego wielkim uczuciu. Małżeństwo zaczęło się od skandalu, a potem było ich coraz więcej.
J.J.: Dlaczego ojciec Felicji, Bolesław Eulogiusz Potocki, był przeciwny temu małżeństwu?
M.K.: Wiadomo, iż Maciej nie przypadł mu do gustu. Uważał go za fantastę, poetę i sensata. A chciał na męża córki kogoś statecznego, dobrego gospodarza. W końcu wraz z córką przekazywał majątek, i to nie byle jaki.

fot. M. Adamczewska
Dakowy Mokre stanowiły w owym czasie znakomicie prosperujące przemysłowe gospodarstwo rolne, w którego skład wchodziły: wielki młyn, działający od XII wieku, kuźnia, a przede wszystkim gorzelnia produkująca spirytus i wywar gorzelniczy z pozostałych po produkcji zmiażdżonych ziemniaków.
Była to znakomita pasza dla bydła rzeźnego i opasowego. W przededniu małżeństwa została podpisana intercyza, przekazująca całe to przedsiębiorstwo wyłącznie Felicji. Maciej Mielżyński dostał pannę, ale nie dostał majątku. Dlatego zajął się polityką i malarstwem. Majątkiem zarządzała żona.
J.J.: Małżeństwo nie było udane. Żyli w separacji. Hrabia, w związku z pracą w parlamencie niemieckim, przebywał prawie ciągle w Berlinie, a hrabina w majątku w Dakowach Mokrych. Doczekali się jednak trojga dzieci. Małżeństwo przeżywało więc swoje wzloty i upadki.
M.K.: Niestety więcej upadków niż wzlotów. W zasadzie Mielżyńscy funkcjonowali obok siebie. Oboje zresztą mieli romanse, nie tylko Felicja. Nazwisko Macieja kojarzono z różnymi paniami w okolicy. Ale to właśnie Felicja była na widoku ze względu na absolutnie skandaliczny romans z młodszym o trzynaście lat siostrzeńcem, czyli synem przyrodniej siostry. Warto to doprecyzować.
J.J.: Tak, był on synem Heleny Miączyńskiej, córki Bolesława Potockiego z pierwszego małżeństwa. Gdy Helena wychodziła za mąż, jej przyrodnia siostra była dzieckiem. Kim był hrabia Alfred Miączyński? W ówczesnej prasie pojawia się również imię Adolf.
M.K.: Być może używał imienia Adolf, a może tylko prasa zniekształciła jego imię. Alfred Maria Franciszek – takie miał imiona.

fot. M. Adamczewska
Alfred Miączyński był typowym dla ówczesnej epoki arystokratycznym utracjuszem. Będlewo, należące do jego matki, stanowiło dla niego kopalnię pieniędzy, z której czerpał fundusze na swoje hulaszcze eskapady.
Między innymi w poszukiwaniu przygód wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, którą jednak gwałtownie opuścił. Jak się zdaje, matka odcięła go od funduszy, stąd jego sponsorką została ciotka Felicja Mielżyńska.
J.J.: Myślisz, iż naprawdę mieli romans? Czy młody hrabia miał słabość do pięknej ciotki, czy raczej pociąg do jej pieniędzy?
M.K.: prawdopodobnie jedno i drugie. Ciotka była piękna i bogata. Czy była idealną wybranką? W żadnym razie. Romans był głośny i skandaliczny. Wybranek był jej siostrzeńcem, uznawano to więc za związek kazirodczy. Można przypuszczać, iż Felicja Mielżyńska była zakochana. W sądzie przedstawiono listy niepozostawiające co do tego wątpliwości. Listy zawierały dowody romansu i wskazywały na duże zaangażowanie hrabiny, która pisała o nienawiści do męża, odrazie, jaką do niego czuła, i podobno o przysięgach miłości składanych młodemu siostrzeńcowi.
J.J.: Według relacji świadków tego feralnego dnia Felicja i Alfred zjedli kolację w Poznaniu, w modnej restauracji o nazwie Hungaria, i wrócili do dworu w Dakowach Mokrych. Alfred był podobno bardzo nietrzeźwy. Dzieci hrabiostwa nie było tego dnia w domu. Dwie nastoletnie córki znajdowały się w pensjonacie, a siedmioletni syn przebywał na wychowaniu u stryja w Iwnie.
M.K.: A Alfred po raz kolejny męczył ciotkę o spłatę kolejnego weksla. Wcześniej Maciej Mielżyński odmówił mu tej przysługi.
J.J.: Czy istnieją różne relacje i wersje dotyczące przyczyn oraz przebiegu morderstwa?
M.K.: Tak, inaczej rzecz przedstawiał Maciej Mielżyński, a inaczej obecna przy zbrodni guwernantka.

fot. M. Adamczewska
Guwernantka, która przebywała w pokoju, chowając się za filarem, utrzymywała, iż Felicja kłóciła się z pijanym Alfredem, nagabującym ją o pieniądze. Jedna z wersji Macieja Mielżyńskiego mówiła, iż myślał on, iż hałas czynią złodzieje.
Wyłączył więc korki i strzelał po ciemku do złodziei. Nie brzmi to zbyt wiarygodnie. Wiedział, iż była to sypialnia żony! Każdy przytomny człowiek zastanowiłby się dwa razy, zanim nacisnąłby spust. Guwernantka zeznała, iż niezbyt się zdziwił, gdy okazało się, iż Miączyński nie był jedyną ofiarą. Oznajmił: „Jej nie chciałem zastrzelić”. Może nie chciał, ale strzelał dwa razy do dwóch osób.
J.J.: Mielżyński podobno wcześniej przyznał się do winy i wyrażał skruchę, jednak stwierdził, iż inaczej postąpić nie mógł, ponieważ działał w obronie honoru i pod wpływem silnego wzburzenia. Był to czas, gdy prasa lubowała się w zbrodniach popełnianych w afekcie i szczegółowo je opisywała. Podobno w procesie uczestniczyli choćby słynni psychiatrzy z Berlina. Czy było to działanie w afekcie, czy z premedytacją?
M.K.: No cóż, może i morderstwo w afekcie. Ale to niedobrane małżeństwo dopiero co się pogodziło po wielu latach konfliktu. Planowali wspólne święta, a niedawno żona odziedziczyła kolejną transzę pieniędzy po ojcu. Wszystko im sprzyjało. Aż tu nagle żona pojawiła się z młodym, kompletnie pijanym kochankiem, który w nocy zszedł do jej sypialni. Każdego mógł trafić szlag, a w tym dramacie już w pierwszym akcie padły strzały z fuzji, sygnalizujące, iż hrabia gwałtownie wyciągał broń i strzelał, choćby do siebie. Mielżyński zapewne, kilka myśląc, pognał do sypialni żony, która, jak zeznała guwernantka, akurat usiłowała pozbyć się natręta i go uspokoić, by nie obudził zazdrosnego męża.
J.J.: Podobno pogrzeb był niezwykły. Ponieważ odbywał się przed świętami Bożego Narodzenia, trumnę wieziono drogą usłaną gałązkami świerkowymi.
M.K.: Oba pogrzeby były niezwykłe, ponieważ niezwykły był również skandal. Zanim sąd wydał werdykt uniewinniający, Kościół wydał swój wyrok. Zgrzeszyli po wielokroć. Hrabinie odmówiono pochówku w grobie rodzinnym Mielżyńskich. Pochowano ją w podziemiach klasztoru franciszkanów w pobliskich Woźnikach.

fot. M. Adamczewska
Było to idealne miejsce. Nikt, żaden postronny ciekawski, nie mógł pielgrzymować do jej grobu. Natomiast Alfreda pogrzebano w Będlewie, w grobowcu rodzinnym Potockich, gdzie już spoczywał szczęśliwie nieżyjący jego dziad, Bolesław Potocki, twórca fortuny tej gałęzi rodu.
Oba pogrzeby odbyły się w absolutnej ciszy. Nie było przemówień ani wspomnień.
J.J.: Proces odbył się w Międzyrzeczu, do którego przybyło tylu dziennikarzy, iż zabrakło miejsca w międzyrzeckim hotelu. Specjalny pociąg przywiózł osoby biorące udział w rozprawie. Uczestniczył w niej również proboszcz dakowskiego kościoła Wojciech Grośty. Sam proces był krótki i niejawny. Publiczne pranie brudów w wyższych sferach, w dodatku w rodzinie posła, nie podobało się władzy. W jednej z gazet napisano, iż „stęchła była atmosfera, wśród której rozegrał się krwawy dramat”. Jak się spodziewano, sąd uniewinnił Mielżyńskiego. Hrabia zrzekł się mandatu posła, a wielkopolskie towarzystwo wydało swój wyrok…
M.K.: Ostracyzm, absolutne usunięcie Macieja Mielżyńskiego poza nawias towarzystwa, to była największa kara za popełnioną zbrodnię. Chyba nikogo nigdy tak nie wyrzucono poza nawias „society”. Felicja była powszechnie lubiana, jej ojciec szanowany, a Maciej Mielżyński odstawał od ogółu towarzystwa, stąd tak ostra reakcja, choć sąd okazał się łagodny.
J.J.: Myślisz, iż Mielżyński, jak Kmicic, chciał odkupić swoje winy?
M.K.: Oczywiście. Piękna karta w powstaniach śląskich i po nich pozwoliła mu odkupić winy i zyskać szacunek w innym środowisku. Ale później miał też nieładne procesy ze swoim synem Karolem o sprawy majątkowe, które ponownie rzuciły cień na jego nazwisko. Syn nie chciał znać ojca, a gdy umarł bezdzietnie, wraz z nim zniknęła cała ta linia rodu Mielżyńskich.
J.J.: Maciej Mielżyński ożenił się po raz drugi z młodszą o 27 lat córką tureckiego dyplomaty…
M.K.: Drugi ożenek był naturalną konsekwencją prób ułożenia sobie życia na nowo.

fot. M. Adamczewska
Trudno sobie wyobrazić, by ktoś z tak zwanych dobrych rodzin powierzył mu swoją córkę.
Być może jego ciężki charakter odstraszał też zamożne wdowy. Córka tureckiego ambasadora była idealną partią. Jej ojciec, Heinrich J. Adutt, już nie żył, zatem do małżeństwa trzeba było przekonać tylko pannę i jej matkę. prawdopodobnie panie kilka wiedziały o polskim hrabim, polityku i wojskowym. Ślub zawarto szybko, w 1918 roku. Dzięki małżeństwu Mielżyński znowu miał rodzinę. W 1920 roku przyszła na świat ich córka Sybilla.
J.J.: A jak zakończył się życie mordercy żony i kochanka?
M.K.: Los go ukarał. Maciej Mielżyński, sparaliżowany, bezradny i pozbawiony prywatnych funduszy starzec, został podczas II wojny światowej ulokowany w wiedeńskim przytułku o charakterze szpitalno-opiekuńczym dla ubogich i przewlekle chorych, gdzie w 1944 roku zakończył swoje burzliwe życie. Córka Sybilla wyszła za mąż za bogatego Argentyńczyka o nazwisku Sorondo, a jej córka, również Sybilla, nosiła nazwisko Sorondo-Mielżyńska i pod tym nazwiskiem odniosła w Madrycie sukces jako projektantka mody. Może uznajmy to za happy end tego ciągu skandali.




