Czy to koniec, na jaki zasłużyliśmy?

filmweb.pl 6 dni temu
Zdjęcie: plakat


W odróżnieniu od "Life is Strange: Double Exposure", ostatnią część przygód Max i Chloe trudno zrozumieć bez znajomości poprzedniej – to bowiem jej dalszy ciąg. Jak zwykle zatem, na wstępie musimy doprecyzować, jakie decyzje podjęliśmy w poprzedniej części. W związku z tym nie wyobrażam sobie, żeby opcja romansu z niejakim Vinhem miałaby mieć znaczenie dla graczy, którzy choćby nie wiedzą, kim ów Vinh jest.

  • Square Enix

W nowej odsłonie Max wraca na Uniwersytet w Caledonie z udanej wystawy w Nowym Jorku. Jest spełnioną artystką – nie dość, iż cieszy się uznaniem w środowisku fotografów, to jeszcze ma stabilną pracę na uczelni. Realizuje się więc jako twórczyni i pedagożka. I akurat w momencie, gdy wszystko idzie ku lepszemu, z klifu przy drodze prowadzącej do miasteczka studenckiego bohaterka dostrzega gęsty dym. Okazuje się, iż kilka budynków uniwersyteckich płonie, a w płomieniach giną jej przyjaciele.

Maxine używa więc zdolności temporalnych, by cofnąć się o kilka dni dzięki fotografii, którą zrobiła podczas wyjazdu do miasta. Rezygnuje z podróży do Nowego Jorku i zamiast tego skupia wszystkie swe siły na odkryciu, kto i co stoi za tragedią. Tym razem zdolności Max przypominają te z pierwszej części. Nie przeskakujemy pomiędzy dwoma alternatywnymi wersjami rzeczywistości, tylko cofamy czas o kilkanaście sekund. Cieszy mnie ta decyzja projektantów, ponieważ jest o wiele ciekawsza i prostsza. Jest też ładnym nawiązaniem do pierwszej odsłony serii, tworząc fabularna ramę dla całości.

  • Square Enix

Wraca też kilka gadżetów znanych z poprzednich części, między innymi dziennik Max ze świetnymi rysunkami i podsumowaniem ważnych fabularnie wydarzeń. Bohaterka porozumiewa się z przyjaciółmi dzięki komunikatora w telefonie oraz, oczywiście, od czasu do czasu robi zdjęcia, z czym związana jest minigra.

Ponownie to dialogi i skomplikowane charaktery bohaterów z otoczenia Max są najmocniejszą stroną serii. Powraca poczciwy Moses, wygadana Safi, sympatyczna właścicielka baru Snapping Turtle, Amanda, wścibska Loretta, a choćby skompromitowany w poprzedniej odsłonie Lucas. Ponieważ grałam w "Double Exposure", podobała mi się kontynuacja relacji z nimi i obserwowanie ich rozwoju. Zrezygnowano na szczęście z zajawionego w poprzedniej odsłonie pomysłu na paczkę uzdolnionych dzieciaków i z koncepcji multiwersum. Potrafiąca zmieniać ciała Safi wraca do Caledonu w tajemniczym okolicznościach.

  • Square Enix

Tym, co cieszy mnie szczególnie, jest fakt, iż Max nie jest ze swoim problemem sama. Dość gwałtownie do śledztwa angażuje Mosesa, którego analityczny umysł nieco odziera mistyczne moce temporalne z uroku, ale za to tłumaczy szereg dziwnych wydarzeń, jak na przykład… pojawienie się Chloe.

Przy okazji wiem już, czego brakowało mi w poprzednich częściach, zarówno tych traktujących o Max, jak i toczących się zupełnie poza nią (czyli "Before the Storm", "Life Is Strange: True Colors", "Life Is Strange 2"). Trudno to było określić, ale wszystko, co wyszło po pierwszej odsłonie serii, wyglądało trochę jak sidequest. Czekałam na coś, ale nie byłam pewna na co. A teraz, kiedy w trakcie śledztwa związanego z pożarem Max natrafiła niespodziewanie na Chloe, wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Brakowało mi tych dwóch dziewczyn w tym samym czasie i miejscu!

To zawsze była przede wszystkim opowieść o Max i Chloe. Bez względu na to, czy w toku wszystkich części gry popchnęliście ich relację w kierunku romantycznej, czy zdecydowaliście się na przyjaźń, te dwie osoby są najlepszym, co dało nam "Life is Strange". Nie zabawy ze zmianą czasu (z których zresztą często rezygnowano, np. w "Double Exposure"). Nie klimat uniwersyteckiego miasteczka. choćby nie problematyka dorastania, ponieważ tę ograły lepiej inne tytuły. Dynamika znajomości Max i Chloe, ich rozmowy, różnice charakteru uwidaczniające się w działaniu, w czym nie bez znaczenia były znakomite aktorki dubbingujące – wszystko to składa się na niezapomnianą przygodę.

  • Square Enix

Kwestia pożaru może zostać rozwiązana na kilka sposobów, więc nasz energetyczny duet nie dezawuuje tragedii uniwersyteckiego miasteczka. Ale muszę przyznać, iż przez większość gry nie pamiętałam, iż za chwilę zrobi się gorąco. Nie miało to dla mnie znaczenia, bo relacja Chloe i Max była ważniejsza i ciekawsza.

Dlatego uważam, iż "Reunion" jest dobre. Fani wcale nie potrzebują kolejnych rozważań o dziwnych mocach, pomysłów zdążających w stronę tworzenia szkoły x-menów, a choćby skomplikowanych zagadek kryminalnych. "Life is Strange" jest w swej istocie dramatem, a taki opiera się na postaciach i relacjach między nimi. Cała reszta to dekoracje.

Grafika trąci myszką i to w zasadzie jedyna większa wada tej gry. Reunion nie jest w żadnym razie przełomowe, ale to dobrze. Spędziłam z tymi dziewczynami przeszło dziesięć lat i poczułam już zmęczenie dylematami związanymi z poświęceniem. Życie Chloe czy przetrwanie miasteczka Arcadia Bay to nie jest żaden wybór i nikt nie powinien być zmuszony, by go dokonywać. Bez wchodzenia w szczegóły, "Reunion" rozprawia się z tym dylematem raz na zawsze.
Idź do oryginalnego materiału