Już dziś na Prime Video i antenie TVP2 debiutuje „SOR”, czyli nowy polski serial medyczny, który sporej części widzów do złudzenia przypomina pewien przebój od HBO Max. Czy warto dać mu szansę?
W momencie gdy Telewizja Polska (tym razem do spółki z Prime Video) zapowiedziała swój nowy serial medyczny, trzy czwarte rodzimego internetu zgodnie obwieściło, iż „mamy The Pitt w domu”. Oferta programowa tradycyjnych stacji, jak ramówka długa i szeroka, zasłużyła sobie na prześmiewcze hasła nie bez powodu. Co drugi serial to kopiuj-wklej z zachodu i kwestią czasu było, zanim przebój HBO Max odbije się echem nad Wisłą. Czy zatem faktycznie „mamy The Pitt w domu”?
SOR – o czym jest polski serial medyczny?
Przedpremierowo widziałem trzy odcinki (łącznie będzie ich aż 12 i podczas gdy każdy z nich już możecie zobaczyć na Prime Video, TVP będzie emitowało je po jednym co tydzień) i odpowiedź na palące pytanie nie może być… inna niż twierdząca. „SOR” nie tylko nie kryje się z inspiracjami stojącymi za pomysłem, by z amerykańskiego ostrego dyżuru uczynić rozrywkę dla przeciętnego Kowalskiego. Serial idzie o krok dalej – powtarza formułę i narracyjne schematy, obracając podobny punkt wyjścia w coś niebezpiecznie bliskiego polskiemu remake’owi.
„SOR” (Fot. TVP/Prime Video)Czym ten „remake” różni się od oryginału? Tym, iż silnik napędowy wzięty z „The Pitt” ładuje bateria złożona z „Chirurgów” i polskich telenowel. Niech za ilustrację sprytnego schematu posłuży scena otwierająca, w której pędzące na hulajnodze elektrycznej (sic) nastolatki rozbijają się tuż obok Piotrka (Sebastian Dela, „#BringBackAlice”), lekarza rozpoczynającego dyżur w „najbardziej prestiżowym szpitalu”, w którym SOR-em rządzi jego dawna miłość, Kaśka (Sonia Mietielica, „Polowanie na ćmy”). Zanim nasz bohater przewiezie ofiary na oddział ratunkowy dostawczakiem (sic!), zdąży oczarować muskulaturą wszystkie postaci płci przeciwnej.
Z biegiem czasu okaże się, iż wybór miejsca pracy, wbrew pozorom, nie był przypadkowy. Odkrywają to przed nami liczne retrospekcje nadające kontekst relacji Piotrka i Kaśki – choć tym bardzo blisko jest z kolei do „Furiozy”, fabularny pretekst, by raz na jakiś czas opuścić mury szpitala paradoksalnie przydaje się „SOR-owi”. W innym wypadku wymuskani medycy nie mieliby szansy odkryć przed nami swych mankamentów. Gdy jesteśmy z nimi na dyżurze, tych nie widać bowiem wcale.
SOR – polska wersja The Pitt czy coś więcej?
Żeby nie było – „The Pitt” do najsubtelniejszych seriali nigdy nie należał, a jego bohaterom podejrzanie blisko do aniołów zesłanych przez św. Łukasza. Mimo wszystko jednak powiedzieć, iż „SOR” to wyidealizowany obraz tytułowego miejsca akcji, to jak nie powiedzieć nic. Wszyscy – na czele z najbardziej doświadczonym ordynatorem Drawskim (Ireneusz Czop, „Breslau”) – mają przyklejony uśmiech do twarzy, odpowiednio odmłodzona i atrakcyjna ekipa lekarska rzadko kiedy stawia błędną diagnozę, a łóżka są czyściutkie jak w pięciogwiazdkowym hotelu (częściej leżałem na tych pierwszych i zapamiętałem je nieco inaczej).
„SOR” (Fot. TVP/Prime Video)Według znajomego wzoru w „SOR-ze” przez większość czasu (odcinki realizowane są ok. 30 minut) podążamy za bohaterami „od pacjenta do pacjenta”; obserwujemy rozmaite przypadki – zarówno te mniej poważne, jak i potencjalnie krytyczne – i przeprowadzamy wywiad środowiskowy. Nie ma tu jednak miejsca na medyczne zagadki rodem z „Dr. House’a„. jeżeli nasza dzielna ekipa nie zdąży wpaść na przyczynę sama, ta ujawni się kilka chwil później, czasem w wyniku niespodziewanego obrotu spraw, a innym razem przy pomocy zapożyczonego „wiadomo skąd” komentarza społecznego.
Bo widzicie, „SOR” nie pozostawia wiele miejsca na wyobraźnię. jeżeli któryś z pacjentów jest ofiarą przemocy domowej, winnego będziecie w stanie wskazać jakieś 0,5 sekundy po tym, jak pojawi się w szpitalu. Jeśli, dla równowagi sił we wszechświecie, któryś z lekarzy popełni jakiś błąd, to będzie to niefortunnie komiczny stażysta Wojtuś (Maciej Bisiorek, „LARP”). jeżeli na oddziale pojawi się „Profesor” (Andrzej Grabowski, „Morfeusz”), to oczywiście, iż będzie aroganckim bucem spokrewnionym z jedną z najważniejszych postaci. Takich „jeśli” jest w „SOR-ze” całkiem sporo.
Scenariusz – za który odpowiadają Maciej Sobczyk („Lombard. Życie pod zastaw”) i Zbigniew Zborowski („Na sygnale”) – nie jest jednak kompletnie nieudany. Gołym okiem widać, iż tekstu nie dostosowano do „telewizji premium”, a tej klasycznej, zbierającej przed ekranem ciebie, twoją mamę, a może i choćby babcię (jeśli ta dotrwa do późnej godziny emisji – odcinki na TVP będą emitowane bowiem o 22:20). Ma być poważnie, ale nie za poważnie, stąd nierzadkie, slapstickowe wręcz, wstawki komediowe. Mamy angażować się w losy postaci, a zatem możemy spodziewać się romansów.
SOR – czy warto oglądać polski serial medyczny?
„SOR” to bowiem taki serial, w którym – podobnie jak choćby we wspomnianych wcześniej „Chirurgach” – medycyna miesza się z obyczajówką. Interesująco dobrani aktorzy sprawiają, iż przymyka się oko na dramaturgiczne niedostatki, a postaci pisane w kluczu w duchu crowd-pleaser faktycznie spełniają swe funkcje. Jest tu m.in. rozświetlająca każdą produkcję Dominika Kluźniak („Matki pingwinów”) jako przełożona pielęgniarek czy przebojowa rezydentka Ola w interpretacji Patrycji Franczak („1670”), która niesie fabularną atrakcyjność na swoich barkach. A, no i tego biednego Wojtusia na pewno będzie wam szkoda.
„SOR” (Fot. TVP/Prime Video)Jak w naszym nowym serialu medycznym wypada medycyna? Na szczegółowe opracowania będziecie musieli poczekać od tych licznych youtube’owych lekarzy, którzy komentują wybrane sceny, ale na moje laickie oko – poza kilkoma podejrzanymi momentami szpitalnej samowolki – jest całkiem nieźle. Aktorzy przeszli ponoć kilkudniowy boot camp pod czujnym okiem specjalistów i po pierwszych trzech odcinkach jestem w stanie uwierzyć, iż ich bohaterowie wiedzą, co robią. Dotychczasowe przypadki do szczególnie „atrakcyjnych” może i nie należą, ale większość z nich jeszcze przede mną.
W najgorszym wypadku „SOR” to niewarta czasu i mało wyszukana podróbka przeboju, który szturmem wziął świat streamingu. W nowym serialu TVP i Prime Video są naśladowcze sceny nakręcone ciężką ręką i pocięte tak, iż ból głowy macie gwarantowany. Jest toporny scenariusz i reżyseria, która w zestawieniu z „wiadomo czym” momentami przypomina etiudę studencką. Cóż, no „mamy The Pitt w domu” i to na całego. W najlepszym wypadku ten medyczny epigon umili nam czas oczekiwania na 3. sezon hitu HBO Max.















