ŁUKASZ HARAT: – Social media żywią się skrajnościami – najlepiej klika się to, co wywołuje zaskoczenie, oburzenie albo huraoptymizm. Moim celem nie jest samo wyśmiewanie rzeczywistości, ale przede wszystkim prowokowanie do rozmowy. Poprzez materiały, które wywołują reakcję: „wow, co tu się adekwatnie wydarzyło?”, próbuję pokazać, iż w Polsce mamy realne problemy, o których warto mówić otwarcie. Jednocześnie mamy ogromny potencjał, którym naprawdę można się chwalić.
Dla mnie Polska jest i ładna, i brzydka. Potrafi zachwycić, ale też zmęczyć, przytłoczyć i zirytować. Nie chodzi tylko o stronę estetyczną, ale też o nas samych, o to, jak chcemy żyć. Mam wrażenie, iż sami do końca tego nie wiemy. Na pewno nie jesteśmy społeczeństwem cierpliwym, przesadnie uporządkowanym i dbającym o wspólne otoczenie. Zdecydowanie wygrywa w nas indywidualizm, który zamienia się często w zwykły egoizm.
Mamy tę samoświadomość?
Z różnych badań wynika, iż sami siebie postrzegamy jako ludzi środka: niespecjalnie skrajnych, za to wyważonych i umiarkowanych. Ani nie szkodzimy otoczeniu, ani o nie szczególnie nie dbamy – tak nam się wydaje. A jednak mam wrażenie, iż w kwestiach przestrzennych i estetycznych jesteśmy ekstremistami. Z jednej strony mamy w Polsce ogromną wrażliwość na piękno, są miejsca historyczne, o które potrafimy bardzo zadbać, do tego stopnia, iż nie umiemy ich czasami przystosować do współczesności. Nie wolno np. zmienić kostki na rynku, bo to przecież „ta historyczna kostka”, a iż nie jest dostępna dla osób, które mają kłopot z mobilnością – trudno.



