Czasem bywa tak, iż choć krytycy całkiem zgodnie besztają jakiś serial, ten i tak trafia do serc widzów. Dokładnie tak było z „Listą śmierci”, która powróciła z 2. sezonem i prawdopodobnie znów przyniesie sporo frajdy swoim fanom.
Choć została zmieszana z błotem przez krytyków (w tym przez wyżej podpisanego), „Lista śmierci” okazała się prawdziwym hitem na Prime Video, dołączając tym samym do coraz dłuższej listy produkcji tej platformy, które zostały skierowane do „prawdziwych mężczyzn”. Teraz, po czterech latach przerwy – wypełnionej po części przez spin-off o podtytule „Mroczny wilk” – hitowy serial powraca i… nie zmienia się za bardzo. Czy, tak jak chcieliby fani, Amazon ma już swojego drugiego „Reachera”?
Lista śmierci sezon 2 – James Reece wraca do akcji
Jeśli podobał się wam poprzedni sezon „Listy śmierci” i kupiliście superpoważnego Chrisa Pratta w roli Jamesa Reece’a – amerykańskiego Navy SEAL szukającego sprawiedliwości po śmierci rodziny, w którą oczywiście został wrobiony – z pewnością i teraz będziecie się dobrze bawić. Problem w tym, iż ja nie bawiłem się zbyt dobrze ani wtedy, ani teraz, choć dziś patrzę już na „Listę śmierci” nieco łaskawszym okiem i w nowym sezonie – który widziałem przedpremierowo w całości – widzę pewną poprawę.
„Lista śmierci” (Fot. Prime Video)Problem w tym, iż aby ją zobaczyć, trzeba przebrnąć najpierw przez dwa pierwsze odcinki. Oto bowiem obserwujemy, jak wyjęty spod prawa James dryfuje na łodzi po oceanie, gdzie musi walczyć o przetrwanie i spokój od nawiedzających go demonów przeszłości. Chris Pratt w niechlujnej brodzie, która oczywiście ma być metaforą dla jego beznadziejnego stanu psychicznego, przypominający podróbkę Toma Hanksa z „Cast Away”, budzi raczej śmiech i przypomina, iż jako aktor już dawno popadł w przeciętność i coraz częściej bawi widza nie wtedy, kiedy powinien.
Drugi odcinek to walka z brutalnymi kłusownikami w Afryce, która kończy się dla głównego bohatera refleksją – nigdy nie odzyska dawnego życia, jeżeli wciąż będzie uciekał z miejsca na miejsce. Reece postanawia oddać się w ręce szukających go służb (a tych jest sporo, bo mówimy o jednym z najbardziej poszukiwanych ludzi na planecie) i, oczywiście, okazuje się, iż jego umiejętności są znów potrzebne w akcji. jeżeli uda mu się uratować świat, będzie mógł przy okazji oczyścić swoje imię.
Lista śmierci sezon 2 – dużo akcji i intryga szpiegowska
To motyw stary jak świat – niebezpieczna misja, dzięki której bohater ma szansę na odkupienie. Widzieliśmy to już wcześniej miliony razy, więc nie oczekujcie, iż znajdziecie tu choć odrobinę oryginalności. Zresztą, nie o oryginalność tu chodzi – „Lista śmierci” została stworzona tylko po to, byśmy my, miękkie chłopy, mogli popatrzeć, jak twarde chłopy biegają z bronią w ręku, z zimną precyzją zabijają kolejnych złych gości i tylko od czasu do czasu pokazują jakiekolwiek emocje. Testosteron pisany caps lockiem.
„Lista śmierci” (Fot. Prime Video)Dlatego też uważam, iż fabuła nowego sezonu „Listy śmierci” (opartego na książce „Prawdziwy wyznawca” Jacka Carra) mogłaby być naprawdę pretekstowa. Tymczasem twórcy, na których czele stoi showrunner David DiGilio, próbują zaskoczyć widza skomplikowaną szpiegowską historią, w której nikomu nie należy ufać. Zupełnie niepotrzebnie – mam wrażenie, iż nikt od nich tego nie oczekuje, a i sami lepiej wyszliby na tym, gdyby postawili na czysty eskapizm.
Zamiast tego dostajemy kilka z pozoru niełączących się wątków, o których od samego początku wiemy jedno – z czasem z pewnością się połączą. James lata po świecie walcząc z hydrą arabskiego terroryzmu, której właśnie wyrosła nowa głowa, w czym pomaga mu Freddy Strein (Gabriel Luna, „The Last of Us”). Z kolei na miejscu, w Stanach, swoje śledztwa prowadzą znana z 1. sezonu Katie (Constance Wu) i pojawiający się wcześniej w spin-offie (a adekwatnie prequelu) Raife Hastings (Tom Hopper). Śledząc ich historie bezustannie będziemy zastanawiać się, kiedy wreszcie połączą się one z wątkiem głównym, co w sumie może rodzić pewną frustrację – w końcu od początku wiemy, na co czekamy.
Lista śmierci sezon 2 – Chris Pratt, czyli nowy Reacher?
Mam wrażenie, iż twórcy jednak chcieli złapać za ogon o jedną srokę za dużo, bo w to wszystko zostaje wplątana jeszcze rodzinna historia Jamesa, co już wydaje się fabularnym skokiem, jeżeli nie przez rekina, to chociaż przez rekiniątko. Serio, momentami wygląda to tak, jakby cały światowy terroryzm i praca walczących z nim służb kręciły się wokół jednego człowieka. Człowieka, który jeszcze przed chwilą był poszukiwanym przez całą Amerykę zbiegiem, ale o tym wszyscy gwałtownie zapominają.
„Lista śmierci” (Fot. Prime Video)Trzeba jednak przyznać, iż o tych wszystkich mankamentach przestaję myśleć w momencie, gdy „Lista śmierci” dociska do deski pedał gazu z napisem „akcja” – wtedy znów czuję się jak dziecko, które bawiło się żołnierzykami. Strzelaniny i walki wręcz wyglądają tu naprawdę imponująco i w sumie to nie miałbym nic przeciwko, gdyby karabin i pięść były głównymi aktorskimi środkami wyrazu w „Liście śmierci”. Problem w tym, iż nie są, a my zbyt często zamiast nich musimy mierzyć się z prawdziwym morzem patosu, którym zalewano nas już w poprzednim sezonie.
Mam wrażenie, iż teraz pod tym względem i tak jest już nieco lepiej, ale „Lista śmierci” wciąż prezentuje się, jakby należało upuścić z niej nieco powietrza. Wzięcie przykładu ze wspomnianego wyżej „Reachera„, który potrafi bawić się konwencją i od czasu do czasu puścić do widza oko, z pewnością byłoby wskazane. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, iż to mimo wszystko dwa różne seriale, jednak oba skierowane są do tego samego typu widza. A ten oczekuje przede wszystkim rozrywki.















