Czwartkowy klub zbrodni – recenzja filmu. Nie każdą zbrodnię trzeba rozwiązać

popkulturowcy.pl 5 godzin temu

Czwartkowy klub zbrodni Richarda Osmana zapoczątkował nurt cosy crime – bez drastycznych scen, elegancki, z humorem. Nic więc dziwnego, iż książka została w końcu zekranizowana, czego podjął się Netflix.

Fabuła kręci się wokół grupy emerytów, którzy mieszkają w specjalnie stworzonym dla starszych osób ośrodku. Należą do niej Elizabeth, Ron, Ibrahim i najnowsza członkini – Joyce. Co czwartek spotykają się oni, aby spróbować rozwikłać nierozwiązaną sprawę kryminalną z przeszłości. Dynamika ich grupy, tzw. Czwartkowego klubu zbrodni, zmienia się jednak, gdy na terenie ośrodka dochodzi do tajemniczego morderstwa, którego zagadkę postanawiają rozwikłać.

Z książkowym pierwowzorem zetknęłam się jakieś dwa lata temu i przyznaję bez bicia – poza tym, iż mi się podobało, kilka pamiętam. Dopatrzyłam się kilku nieścisłości – tam nie każdy morderca został przekazany policji. Skupię się jednak na samym filmie, bez odwołań do pierwowzoru.

To, co zwróciło moją uwagę, to iż Czwartkowy klub zbrodni obsadził w dużej mierze tych samych aktorów, co twórcy Strefy gangsterów. Mamy tu Helen Mirren (Elizabeth), Pierce’a Brosnana (Ron) oraz Geoff’a Bella (Tony Curran). Był to dla mnie osobiście zabawny smaczek, ponieważ w serialu grali złych do szpiku kości przestępców i dilerów, tu z kolei uroczych staruszków szukających prawdy (lub jak w przypadku Bella – przestępcę, ale z gatunku tych których się całkiem lubi).

Cała obsada filmu jest wręcz fenomenalna i nawet, jeżeli cała reszta byłaby absolutnym dnem, oni by to udźwignęli. Muszę chyba przestać oglądać produkcje z Brosnanem, bo nie jestem obiektywna. Rewelacyjna Mirren wspaniale wcieliła się w rolę Elizabeth, której przeszłość wprawdzie jest tajemnicza, ale daje nam jasne sygnały, iż jest byłą agentką. Z kolei Celia Imrie w roli Joyce to kolejny wybitny wręcz casting. Czytając powieść dokładnie tak ją sobie wyobrażałam – dobrą, lekko naiwną, ale przy tym bystrą.

Źródło: kadr z filmu

Jednak casting nie był bez wad. Chodzi o postać Bogdana – robotnika, który przyjechał do Wielkiej Brytanii z Polski. W jego rolę wcielił się Henry Lloyd-Hughes i gdyby jeszcze jedynie udawał akcent, to bym się może nie czepiała. Ale rzecz w tym, iż mówił po polsku. Jak można się domyśleć, patrząc na jego nazwisko, nie ma z naszym krajem zbyt wiele wspólnego. Za każdym razem, gdy mówił coś w naszym języku, musiałam cofać i bardzo mocno się skupiać, żeby zrozumieć o co chodzi. Tak samo było w przypadku Mirren, która też miała kilka polskich kwestii, jednak nie grała ona Polki. Dodatkowo akcent Lloyda-Hughesa nie brzmiał na typowo polski. Był podobny do niczego – czasem trochę z rosyjskiego, czasem z brytyjską wstawką. Wiem, iż to nie jest polska produkcja, jednak mamy na tylu dobrych aktorów, iż z pewnością udałoby się znaleźć kogoś, kto pasowałby do tej roli.

Czwartkowy klub zbrodni bardzo dobrze oddał charakter powieści. To film, który mimo, iż o morderstwach, jest ciepły. Dodatkowo piękna scenografia i dobre kostiumy naprawdę przyczyniły się do pozytywnego odbioru.

Źródło: kadr z filmu

To, co mi się nie podobało, to zakończenie. Tu też proszę tych, którzy chcą dopiero film obejrzeć, o przejście do kolejnego akapitu, gdyż będą spoilery. Nasz klub rozwiązał wszystkie zagadki morderstw, które się pojawiły w ciągu tych dwóch godzin. Jednak winni nie byli w stu procentach winni, a ofiary nie były tylko ofiarami. Wiem, iż w świecie jest potrzebna sprawiedliwość i nawet, jeżeli zabiło się kogoś przez przypadek, trzeba ponieść karę. Jednak w tak lekkim filmie muszę przyznać, iż miałam nadzieję, iż tak się nie stanie. Oprawcy mieli naprawdę solidne powody, a też nie zawsze działali, mając na celu zabicie. Jako widzka liczyłam, iż albo dostaniemy informację, iż wyrok jest łagodny, albo iż nasi emeryci nie zadzwonią po policję zważywszy na okoliczności zbrodni. I raz jeszcze powtarzam: wiem, iż w życiu tak być nie może. Po prostu oglądając film, chciałoby się zobaczyć ten bardziej idylliczny przekaz.

Czwartkowy klub zbrodni to miła komedia kryminalna na leniwy wieczór. Czy to coś wybitnego? No nie. Ale zawsze miło popatrzeć na Pierce’a Brosnana, a już w szczególności, gdy jego ekranowym synem jest Tom Ellis.


Źródło obrazka wyróżniającego: materiały promocyjne

Idź do oryginalnego materiału