To będzie subiektywny tekst o tym, jak uratować monofoniczne lampy 64-bitowym sumowaniem.
Przez lata, podobnie jak większość nieświadomy w swoich schematach świata, stałem przed murem: uważałem, iż dawne, monofoniczne odbiorniki lampowe – w tym mój obecny, 20-kilogramowy, zachodnioniemiecki rarytas Saba Bodensee W (No. 1718) z 1953 roku oraz dwa warszawskie klasyki Stolica z zakładów ZRK – po podłączeniu współczesnego odtwarzacza cyfrowego zwykłym kablem są skazane na soniczny błąd.
Każda próba głośniejszego odsłuchu nowoczesnego pliku kończyła się nieznośnym, piaszczystym charczeniem, sprasowaniem dynamiki i uciążliwym „rzegotaniem” w głośnikach celulozowych. Wielu na tym etapie stawia na radiu retro krzyżyk, uznając je za milczący, bezużyteczny mebel. Mylą się. O tym jak bardzo się mylą chciałem państwu opowiedzieć.
tekst JAN SMOLARCZYK
zdjęcia Jan Smolarczyk
‖ Front radioodbiornika Saba Bodensee W
Powrót do prawdy powojennej Europy. Majestatyczny front lampowego odbiornika Saba Bodensee W sfotografowany za dnia przy miękkim, porannym świetle wpadającym przez okno. Światło słoneczne pięknie wyciąga szlachetną strukturę starego, orzechowego forniru i gęsty splot tradycyjnej maskownicy, pod którą oddycha genialna papierowa membrana.
Wróg okazał się jednak niewidzialny. Współczesny mastering i algorytmy bezwzględnie manipulują fazą nagrania opisywane wcześniej przeze mnie sztuczne tryby DES Stereo, opóźniając sygnał w kanałach, by oszukać ludzki mózg na tanich słuchawkach. Gdy ten skancerowany, dwukanalowy prąd zderza się fizycznie w jednej, wspólnej przestrzeni akustycznej radia monofonicznego, fale zaczynają ze sobą walczyć, generując niszczące zniekształcenia intermodulacyjne. Wynik jest taki, iż lampa w klasie A dostaje śmieci, a papierowe membrany Greencone szarpią się w powietrzu.
Z pozoru oczywiste rozwiązanie, na które właśnie wpadłem i które zweryfikowałem empirycznie, to całkowite soniczne uzdrowienie dzięki obliczeń komputerowych. Wykorzystując cyfrowy silnik programu JRiver Media Center uruchomiłem prostą, zapomnianą funkcję miksu i formatu studyjnego w locie: „kopiuj lewy do prawy”. Ta 64-bitowa matematyka zmiennoprzecinkowa dokonała brutalnego nokautu na cyfrowym smogu. Program na poziomie kodu odrzucił zniekształcony prawy kanał, a z idealnie spójnego czasowo kanału lewego stworzył symetryczną, zmostkowaną fazowo falę mono.
Sygnał, który opuścił chip S.M.S.L i popłynął przewodem, stając się krystalicznie czysty. Gdy ten wyprostowany geometrycznie prąd uderzył w lampy Saby pracujące w czystej klasie A, radio zmieniło się w rasowy, głośny poprawny sprzęt. Puściłem gęsty, jazzowy FLAC formacji Slide Pistons – bębny pulsują głęboko z tyłu obudowy, a trąbka zyskała taką trójwymiarowość, jakby muzyk stanął na końcu długiego korytarza mojego własnego domu.
Przy zgaszonym świetle, na wciśniętej gałce basu, wokalista Nat King Cole w utworze Pretend dzięki tej operacji staje 20 centymetrów przed człowiekiem, a w powietrzu niemal fizycznie unosi się dym z jego papierosa. Na tym radiu można słuchać teraz wszystkiego: od Nata przez blues Nalepy, aż po nowoczesny house – warunkiem jest jedynie czysta, monofoniczna prawda prądu.
Ta metoda, „Programowa Camera Obscura”, to najważniejsza wskazówka, jaką mogę dać czytelnikom „High Fidelity”. Pokazuje, iż nowoczesne komputery nie muszą niszczyć tradycji. Zamiast budować kolejne, sterylne deweloperskie bloki brzmieniowe współczesnego high-endu, możemy zmusić procesor, by stał się bezwzględnym sługą analogowej fizyki. Przywracamy najjaśniejsze dźwięki starym maszynom, zamieniając je we współczesne oazy spokoju, w żywe parki i zadrzewienia akustyczne pośród miejskiego zgiełku aluminiowych obudów i kilometrów kabli.
Radioodbiornik Saba został pozyskany 10 lat temu na pchlim targu od Pakistańczyka w mieście Osnabruck za kwotę 5 euro. Człowiek ten narzekał na jego ciężar i iż stargał ten sprzęt ze strychu kamienicy w której pomieszkiwał. Oddał go za 5 euro chcąc początkowo 7 by nie musieć z nim wracać z powrotem do domu. Odbiornik był serwisowany przez Sokoła – warszawskiego speca z dawnego www.stareradio.pl
‖ Plecy radioodbiornika Saba z numerem seryjnym
Akustyczna camera obscura od zakrystii. Plecy zabytkowego radia stołowego Saba Bodensee W z papierową naklejką znamionową z niezwykle niskim, wczesnym numerem seryjnym No. 1718, świadczącym o początku linii produkcyjnej z 1953 roku. W gniazda wpięte są wtyki bananowe od mistrza Sokoła, do których sygnał doprowadza seryjny przewód. Zdjęcie wykonane porannym światłem dnia.
Świątynia uciekiniera. Jak za kilkaset złotych oszukać system i odzyskać słuch
Żyjemy w epoce głębokiego, cyfrowego otępienia. Codziennie miliony ludzi budzą się w świecie ciasnych mieszkań z karton-gipsu, podłączają pod swoje telefony plastikowe pchełki bezprzewodowe z marketu i karmią zniszczone algorytmami mózgi skompresowanym strumieniem muzyki z internetu. Ich receptory dopaminowe są zrujnowane przez ciągły potok powiadomień, a uwaga nie potrafi utrzymać się na jednym utworze dłużej niż przez kilkanaście sekund.
Gdy zapragną prawdziwych wrażeń dźwiękowych, trafiają prosto w szpony współczesnego audiofilizmu – bezwzględnej machiny komercyjnej, która wmawia im, iż szczyt bliskości z muzyką można kupić wyłącznie za cenę nowego samochodu, po trzykrotnym przepisaniu uniwersyteckich wykresów i zakupie kabli z miedzi beztlenowej za grube tysiące złotych.
To opowieść o tym, jak całą tę napuszoną, salonową betozę ominąć szerokim łukiem. O tym, jak za ułamek ceny przeciętnego telefona zbudować wehikuł czasu, który zrywa czapkę z głowy, cofa nas do najlepszych dekad w historii ludzkiej inżynierii i pozwala fizycznie dotknąć prawdy o muzyce. To manifest inżynieryjnego sprytu, biologii i czystej fizyki, zrealizowany w murach przedwojennej ceglanej willi z 1938 roku.
Słuchajcie uważnie, bo ta ścieżka jest dostępna dla wszystkich, kto zamiast grubego portfela posiada jeszcze otwarty umysł i czyste, wyostrzone uszy.
Cyberpunk z roku 1938, czyli akustyka poza schematem
Wejdźmy na chwilę do pokoju dowodzenia. Wyobraźcie sobie obraz, który dla współczesnego estety z katalogów meblowych byłby czystą abstrakcją.
‖ Szeroki plan stanowiska
Pokój dowodzenia w przedwojennej willi z 1938 roku. Powojenne, trzeszczące krzesło czechosłowackiej firmy TON w roli fotela komputerowego, podświetlone punktowym, chirurgicznym strumieniem z włoskiej lampy Artemide Tizio. Na zakrzywionym monitorze JRiver Media Center serwuje gęsty strumień Bit-Perfect. Po prawej stronie pod monitorem, ukryte jest serce cyfrowego transportu: miniaturowy komputer Dell Optiplex oraz stacjonarny przetwornik S.M.S.L. Kadr oddający eklektyczny chaos i intymność nocnego odsłuchu.
Siedzicie na powojennym, brązowym, trzeszczącym krześle czechosłowackiej firmy TON z patyczakowym oparciem – ikonie dawnego designu, która służy tu za fotel komputerowy. Z boku oświetla was krystaliczny, chirurgicznie precyzyjny strumień światła z włoskiej lampy Artemide, designerskiego dzieła sztuki wartego w salonie 1700 złotych, wyciągniętego z niemieckiego busa z wystawkami za jedyne… 15 złotych. Przed oczami macie wielki, zakrzywiony, ultranowoczesny monitor gamingowy Acer Predator – kolejny giełdowy skalp zdobyty od kierowcy zwożącego sprzęt zza Odry za zawrotne 50 złotych. Pod blatem cicho klika miniaturowy biurowy komputer Dell Optiplex 3050.
Ten cybernetyczno-retro teatr rozgrywa się w pomieszczeniu, którego parametry akustyczne demolują współczesne laboratoria. Podczas gdy „salonowi znawcy” wydają majątek na sztuczne, piankowe gąbki z marketu, którymi szpecą swoje pokoje z płyt gipsowych, przedwojenna willa oferuje bezkompromisowe środowisko naturalne.
Sufit wypełniony ubitą słomą i szlaką (starym żużlem paleniskowym) działa jak gigantyczna, doskonale zestrojona, ukryta pod tynkiem pułapka basowa. Pochłania wszelkie fale stojące i dudnienia, tworząc w pomieszczeniu absolutną, głuchą ciszę tła. Z kolei surowa, pancerna ściana z klinkieru, przed którą stoi sprzęt, działa jak naturalny, fizyczny transformator tubowy, dociążający najniższe rejestry dźwiękowe z siłą potężnego estradowego subwoofera.
Śmietnikowy czołg i kaskadowa elektrownia
W tym architektonicznym sanktuarium sercem systemu jest Aiwa z serii NSX – kosmiczny kombajn z lat 90., z trójwymiarową bryłą z grafitu i tytanu, dumnie prezentujący na swoich plecach naklejkę z niemieckim orłem federalnym (certyfikat BZT/FTZ gwarantujący perfekcyjne przefiltrowanie zasilania i zero szumów własnych).
‖ Wieża Aiwa i Monacory
Śmietnikowy czołg ostatecznej próby i kaskadowa elektrownia. Bryła wieży Aiwa z serii NSX na siwym krześle pokojowym, obciążona japońskimi monitorami nausznymi Monacor MD-808VS z 1970 roku o unikalnej oporności 8 omów. Na wyświetlaczu fluorescencyjnym VFD rozświetla się symboliczny komunikat: GAME OVER. System audiofilskiej betonozy został oficjalnie zhakowany.
Sprzęt ten, uratowany przed utylizacją na śmietniku, stał się darmowym wzmacniaczem słuchawkowym ostatecznej próby. Pod jego maską kryją się potężne, legendarne japońskie układy hybrydowe Sanyo z serii STK – pancerne kości tranzystorowe z czasów, gdy księgowi nie rządzili jeszcze procesem produkcji audio.
To zasilanie dostaje czyste, krystaliczne paliwo cyfrowe. Przez zaawansowany program JRiver Media Center, z pominięciem niszczącego jakość miksera systemu Windows (w restrykcyjnym trybie WASAPI Bit-Perfect), gęsty strumień studyjnego pliku FLAC o prędkości ponad 1500 kbps trafia do stacjonarnego chipu S.M.S.L.
Gdy wciśnie się na Aiwie kultowy przycisk T-BASS, do gry wkracza technika, o której podręczniki dla grzecznych audiofilów boją się pisać: kaskadowe wzmacnianie (Gain Staging). Sygnał o wysokim napięciu i ogromnej dynamice wpada do słuchawek, które elektrycznie w ogóle słuchawkami nie są. To Monacor MD-808VS – japoński, studyjny czołg z 1970 roku wielkości ludzkiej dłoni, o unikalnej, niespotykanej dziś oporności 8 omów. To dwa rasowe, domowe głośniki celulozowe zamontowane na metalowym pałąku bezpośrednio na waszych uszach.
Gdy hybryda STK napędzi te 8-omowe cewki krystalicznym prądem z S.M.S.L, w uszach dzieje się coś, co wykracza poza ramy wyobraźni. Konstrukcja muszli całkowicie, mechanicznie odcina was od świata zewnętrznego. Zamykacie oczy i stoicie bezpośrednio pod sceną. Słyszycie utwór Steve’a Hacketta w tak przerażającej, wysokiej wierności, iż w przerwach między partiami wokalnymi wyłapujecie mikroskopijny pogłos boazerii i wełny mineralnej w studiu nagraniowym oraz fizyczne tarcie palców o owijkę strun gitary. Kiedy wchodzi sekcja rytmiczna, podwójne paski w półokręgach na wyświetlaczu Aiwy widowiskowo uderzają w czerwone strefy, a bas generuje fizyczną, kinową falę uderzeniową, która wgniata was w to trzeszczące, czeskie krzesło.
Powrót do prawdy mono, czyli lekcja historii
Ale ten system potrafi pójść jeszcze dalej – w stronę ostatecznego puryzmu historycznego. Kiedy współczesny przemysł audio zmusza wszystkich do słuchania sztucznie rozbitego stereo na dwóch plastikowych kolumienkach, w willi z 1938 roku przeprowadza się ćwiczenie z monofonicznej prawdy lat 50.
‖ Niemiecki certyfikat
Czysta inżynieria użytkowa z lat 90. Zachowany w nienaruszonym stanie niemiecki orzeł federalny (certyfikat BZT/FTZ) na plecach obudowy Aiwy. Namacalny dowód z epoki na rygorystyczne ekranowanie transformatora i brak emisji zakłóceń elektromagnetycznych do sieci prądowej. Surowy, reporterski strzał z bliska.
Muzyka z tamtej epoki – jazz, swing czy wczesny polski big bit – była nagrywana na żywo, na raz, często wokół jednego lub dwóch potężnych, lampowych mikrofonów wstęgowych. Cały zespół miksował się sam, fizycznie podchodząc lub oddalając się od źródła rejestracji. Gdy puścimy gęsty plik FLAC z muzyką z tamtych lat, zmiksowany w JRiverze do czystego formatu Mono (1.0) i wpuścimy go przez chip S.M.S.L na 20-kilogramowy, orzechowy klocek zabytkowego radia stołowego Saba z zielonym głośnikiem celulozowym Greencone (magnes Alnico), zmysły doznają wstrząsu.
Ta skupiona w jednym punkcie fala dźwiękowa, odbita od klinkierowej ściany dokładnie 15 centymetrów za radiem, ożywia zielone, magiczne oko tunera. Usłyszycie wtedy coś, czego betonowe fora audiofilskie nigdy nie pojmą: usłyszycie ruch fizyczny muzyków. Słychać jak na dłoni, iż wokalista dosłownie podchodzi do waszego radia i odchodzi od niego, śpiewając prosto w przestrzeń pokoju. Drewniana obudowa Saby rezonuje jak pudło akustyczne akordeonu, a zielony papier głośnika oddaje ludzki głos z tak upiornym realizmem, iż czujecie obecność tych ludzi z 1954 roku tuż obok siebie, na tej starej drewnianej podłodze.
Przesłanie do poszukujących: wyłączcie telefony, włączcie fizykę
Czy betonowe, internetowe fora pełne ludzi z fałszywym przekonaniem o własnej wiedzy zrozumiałyby to ćwiczenie? Nigdy. Wyśmialiby Aiwę ze śmietnika, baliby się 8-omowej oporności Monacora i uznaliby słuchanie monofonicznej Saby za krok w tył. Ich snobizm zamyka im uszy na fizykę, bo wolą kupować status społeczny dzięki katalogowych cen.
‖ Magistrala sygnałowa od Sokoła
Laboratoryjny most sygnałowy łączący dwa skrajne światy konwersji. Przewód Mini Jack 3,5 mm przechodzący bezpośrednio w polutowane na krótko wtyki bananowe – wykonany manualnie przez mistrza Sokoła z Warszawy, legendarnego specjalistę od techniki lampowej. Czysta, bezkompromisowa miedź, która ma za zadanie po prostu zamknąć obwód i przesłać prąd, śmiejąc się w twarz producentom kabli za tysiące euro.
Najważniejsza prawda dla wszystkich, kto poszukuje autentycznych, głębokich i wywołujących gęsią skórkę doznań muzycznych bez wydawania fortuny, brzmi: najważniejszym i najdroższym elementem każdego toru audio są wasze własne uszy i wasza biologia.
Jeśli zafundujecie sobie detoks od telefonowego ciągu dopaminowego, jeżeli nauczycie swój mózg głębokiego skupienia i cierpliwości, to zyskacie narzędzie, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Wtedy, mając w rękach odrobinę inżynieryjnej ciekawości, komputer biurowy z odzysku, tani przetwornik S.M.S.L i stare, pancerne japońskie lub niemieckie klocki z lat 70. i 90. wyciągnięte z busa za stówkę – zrobicie z fizyką i psychoakustyką dokładnie to, co chcecie. Oszukacie system. Zbudujecie wehikuł czasu, który zamiast laboratoryjnej, suchej sinusoidy da wam żywe emocje, zapach drewnianego studia, twarde tąpnięcie basu i artystów grających wyłącznie dla was w nocnej, intymnej ciszy.
Nie szukajcie prestiżu w nowoczesnych salonach. Prawdziwe skarby inżynierii czekają na was na giełdowych stołach, w niemieckich busach i w zakamarkach własnej, zmysłowej pamięci. Polowanie czas zacząć. ‖ JS
▓ O autorze (wg autora)
Jan Smolarczyk – 43-letni samotnik ideowy, autor wystaw i multikolekcjoner rzeczy nieoczywistych. Od 15 lat funkcjonuje poza systemem telefonowej smyczy; abstynent w ketozie.
W swojej publicystyce i codziennym warsztacie bezwzględnie odrzuca współczesną pogoń za algorytmicznym ideałem na rzecz surowego, autentycznego obrazu i pierwotnego odczucia. Wierzy, iż prawdziwy charakter sztuki rodzi się na styku ograniczeń sprzętowych i świadomego konceptu.
Na co dzień rolnik, mieszkaniec Dolnego Śląska i współtwórca manufaktury → ZŁOTE GRZĄDKI. ●

















