Ćwierć nelson

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Na każdego azjatyckiego reżysera, który kręci udany film na tak zwanym "Zachodzie", przypada co najmniej trzech, których talent zaginął gdzieś w tłumaczeniu. Liczby nie sprzyjają więc Shin'yi Tsukamoto, który 37 lat po premierze debiutanckiego "Tetsuo" zadebiutował właśnie po angielsku. "Mr. Nelson, Did You Kill People?" przynosi niby wiązankę motywów, z którymi kojarzymy japońskiego twórcę, specjalistę od body horroru, traum i psychoz. A jednak film potwierdza przytoczoną na wstępie prowizoryczną statystykę. W dużej mierze dlatego, iż stoi w niewygodnym rozkroku między tym, czym kino Tsukamoto jest, a czym nie jest.

Zaczyna się jeszcze w trybie stuprocentowo tsukamotowskim. Tytułowego bohatera poznajemy podczas ataku paniki i reżyser inscenizuje to tak, jak ma w zwyczaju od lat: kamera rzuca się w powijakach, dźwięk świdruje mózg, ekran pulsuje i krzyczy. Tytułowy "mister", Allen Nelson, to żołnierz, który wrócił z wojny w Wietnamie z ciężkim zespołem stresu pourazowego. Mężczyzna trafia na terapię do niejakiego doktora Danielsa (Geoffrey Rush) i w toku kolejnych sesji powoli zaczyna przepracowywać to, co przeżył na froncie. Trajektoria historii prowadzi nas od młodego Allena (granego przez Marka Merphy’ego) do Allena dorosłego (w którego wciela się Rodney Hicks). I jeżeli frenetyczny styl Tsukamoto wdzięcznie uosabia wojenną traumę, to przy okazji mamy tu metaopowieść: o reżyserze próbującym stłumić swoje naturalne impulsy.

Nietrudno zgadnąć, co przyciągnęło Tsukamoto do tego projektu (za punkt wyjścia posłużyła biografia prawdziwego Nelsona). Japonia była przecież uwikłana w wojnę w Wietnamie jako amerykańska baza wypadowa. W jednej z sekwencji filmu widzimy nawet, jak amerykańscy żołnierze przechodzą szkolenie na Okinawie. A w kluczowej scenie Japończyk Kuroi (Lily Franky) zwierza się Nelsonowi, iż jego ojciec doświadczył podobnej traumy na froncie II wojny światowej w Filipinach. Sam Tsukamoto zresztą opowiadał już o wojennym horrorze japońskiej okupacji Filipin w filmie "Ognie w polu" (2014). Zaś kiedy doktor Daniels prowokuje pacjenta Nelsona do rozliczenia się ze zbrodni wojennych, trudno nie pomyśleć o klasycznym dokumencie "Naga armia cesarza maszeruje dalej" (1987) Kazuo Hary. Tam ze swoją przeszłością konfrontowali się japońscy żołnierze – tutaj robi to żołnierz amerykański.



"Mr. Nelson…" to zatem kino tak zwane "terapeutyczne". Terapia, podobnie jak scenariusz, ma przecież swoistą dramaturgię. To klasyczne trzy akty: "początek", czyli trauma, "rozwinięcie", czyli terapia, "zakończenie", czyli wyzdrowienie. Powiedzieć łatwo, zrobić trudniej: zbudowanie takiej narracyjnej struktury wymaga scenariopisarskiej precyzji. Twórca "Tetsuo" jest zaś z natury raczej chaotyczny niż precyzyjny. Chętniej burzy niż buduje.

W rezultacie "Mr. Nelson…" przekonuje najbardziej w pierwszym z trzech "aktów": na etapie traumy. Działa tu opresyjna (i niskobudżetowa) ciasnota kadrów. Działają ujęcia typu "twarz się zapada, a mózg wypływa do kasku". Całkiem mocno wybrzmiewa też motyw reprodukcji przemocy. Tsukamoto wyłapuje bowiem okrutną ironię: oto dyskryminowani w swoim kraju Czarni Amerykanie trafiają do Wietnamu, gdzie nagle sami mogą dyskryminować ludzi o innym kolorze skóry.

Reżyser nie potrafi jednak przeprowadzić nas od tej refleksji do zamierzonego katharsis. Fabularna drabinka kuleje, Tsukamoto nie podprowadza kolejnych przełomów – a do tego marnie je inscenizuje. Dość powiedzieć, iż choćby nie słyszymy przemówienia Nelsona, które ma być punktem kulminacyjnym jego drogi. Tsukamoto wyłącza mu dźwięk i chce, żeby przemówiły same twarze słuchających. Efekt jest jednak przeciwskuteczny, żeby nie powiedzieć: kuriozalny. Reżyser oddał właśnie najważniejszą scenę filmu w ręce statystów.

Tsukamoto nie ma też dobrej ręki do aktorów. Widać, iż Rodney Hicks na co dzień występuje przede wszystkim na Broadwayu: jego rola ma w sobie teatralny sznyt tak zwanego "grania do ostatniego rzędu". Chociaż rymuje się to z krzykliwą poetyką Tsukamoto oraz z naturą traumy Nelsona, skutecznie spłaszcza też postać głównego bohatera. Hicks jedzie bowiem na najwyższym biegu w zasadzie przez cały film. Pewnie mógłby to jakoś zrównoważyć wycofany, minimalistyczny Rush. Ale tu ponownie zawodzi scenariusz. Doktor Daniels, niczym zacięta płyta, przez większość czasu musi powtarzać w kółko wciąż to samo pytanie. Może i kropla drąży skałę – ale nie wiem, kto uznał, iż będzie się to dobrze oglądać.

Koniec końców sam Tsukamoto niechcący podsuwa nam metaforę na swój film. W jednej ze scen amerykańscy żołnierze zbierają resztki rozczłonkowanych ciał zabitych Wietnamczyków i próbują złożyć je w całość, żeby móc policzyć trupy. "Mr. Nelson, Did You Kill People?" jest właśnie takim filmem-kadłubkiem, z niechlujnie doklejonymi rękoma i nogami. Nic dziwnego, iż z trudem się "porusza". Niestety: Japoński reżyser nie potrafi wyegzekwować "hollywoodzkiej" dramaturgii, o którą prosi się historia Nelsona, a która ma się do jego wrażliwości jak pięść do nosa. Ale też chyba choćby nie chce tego robić. Podczas oglądania "Mr. Nelsona" raz za razem czuć, iż mimo pozorowania prestiżu autora i tak najbardziej interesuje eksces. "Panie Tsukamoto, dlaczego filmuje pan, jak zabija się ludzi?". "Bo lubię".
Idź do oryginalnego materiału