Co ty wygadujesz, Katarzyna?! – Rzuciłem na stół papier i uderzyłem pięścią w blacie stołu. – Jaka jeszcze ekspertyza? Oszalałaś zupełnie?
– Nie drzyj się na mnie! – Kasia zerwała się z kanapy, oczy jej płonęły gniewem. – Mam prawo poznać prawdę! Kalina z każdym dniem podobniejsza do ciebie nie jest, doskonale to widzisz!
– To moja córka! – krzyknąłem. – Nasza córka! A jeżeli wspomnisz o tej cholerną ekspertyzie choć raz, to ja…
– Co ty? – wyzywająco spytała Kasia, ręce w boki. – Co mi zrobisz? Wyrzucisz? To dawaj, wyrzucaj! Tylko najpierw się dowiemy, czyje dziecko w naszym domu wyrasta!
Ciężko opadłem na krzesło i przetarłem dłońmi twarz. Takiej awantury w naszej rodzinie nie było nigdy. choćby najcięższe chwile nie doprowadzały nas do krzyków i oskarżeń.
– Kasiu, co cię ostatnio opętało? – spytałem zmęczonym głosem. – Skąd te bzdurne myśli? Kalinę odebrałem ze szpitala w Krakowie sam, pamiętasz przecież?
– Pamiętam – syknęła żona przez zęby. – Wątpliwości jednak nie mniejsze.
Kasia podeszła do witryny, wyjęła album rodzinny. Rozłożyła zdjęcia przede mną na stole.
– Patrz – wbiła palec w fotografie. – Oto Kalina w wieku roku. Jasne loki, niebieskie oczy. Tu trzylatka. Bez zmian. A teraz, piętnastolatka. Czarne proste włosy, piwne oczy. Powiedz, jak to możliwe?
– Wzrastają dzieci, zmieniają się – próbowałem protestować. – Przejściowy wiek, hormony…
– Hormony koloru oczu nie zmienią! – przerwała mi Kasia. – I loków w proste pasma nie zamienią! A wzrost? Piętnaście lat, a głowę wyższa ode mnie! Skąd ten wzrost, skoro my oboje średniego?
Milczałem, wpatrzony w zdjęcia. Rzeczywiście, zmiana uderzała. Z jasnowłosej dziewczynki wyrosła smukła, ciemnowłosa nastolatka o południowych rysach twarzy.
– Może po babci – rzuciłem niepewnie. – Albo prababci. Genetyka bywa skomplikowana.
– Po której babci? – oburzyła się Kasia. – Moi rodzice szatyni, twoi też. Prababcie i pradziadkowie też. Skąd te wschodnie rysy?
Do pokoju weszła Kalina. Wysoka, smukła dziewczyna z długimi kruczymi włosami i wielkimi, piwnymi oczami. Piękna, ale istotnie ani trochę do nas podobna.
– Czego tak krzyczycie? – spytała, patrząc na matkę, potem na mnie. – Sąsiedzi skarżyć się zaczynają.
– Nie ma sprawy, córeczko – gwałtownie odparłem. – Mamusia trochę zdenerwowana.
– Powodu? – Kalina siadła na kanapie, podciągając nogi. – Praca znów w kość daje?
Kasia wpatrzyła się w córkę z uwagą. Spokojna, rozsądna, zupełnie odmienna emocjonalnie od niej. I obca na zewnątrz.
– Kalino, powiedz szczerze – spytała Kasia nieoczekiwanie. – Zastanawiałaś się kiedyś, czemu tak niepodobna do nas?
– Kasiu! – oburzyłem się.
– Co, Kasiu? – Odwróciła się do mnie. – Niech odpowiedzi. To jej też dotyczy.
Kalina wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Nigdy nad tym nie myślałam. Czy to ważne? Wy jesteście moimi rodzicami.
– Oczywiście, córeczko – Objąłem dziewczynkę. – Nie słuchaj mamy, po prostu dzień miała pod psem.
Kasia ze złością patrzyła na tę scenę. Córka i mąż doskonale się rozumieli bez słów. Ona zaś czuła się w swej rodzinie jak piąte koło u wozu.
– Idź lekcje odrabiać – powiedziała Kalinie. – Z tatą muszę porozmawiać. Kalina skinęła głową i wyszła. Śledziłem ją wzrokiem, po czym spojrzałem na żonę.
– Po co ją ranić? – spytałem cicho. – Ona niczemu nie winna.
– A kto winien? – Kasia usiadła naprzeciwko. – Grzegorzu, chcę poznać prawdę. jeżeli Kalina naszą córką, ekspertyza to potwierdzi. A jeżeli nie…
– A jeżeli nie, co? – przerwałem. – Wyrzucisz dziecko na bruk? Przestaniesz kochać?
Kasia zamilkła. Sama nie wiedziała, co uczyni, gdy podejrzenia się potwierdzą.
– Kocham ją – przyznała. – ale prawdy potrzebuję.
Wstałem, podszedłem do okna. Na podwórku bawili się dzieci, mamy spacerowały z wózkami. Zwyczajne życie, w którym nie było miejsca na tak straszliwe wątpliwości.
– Kasiu, a gdy okaże się prawda inna, niż spodziewana? – spytałem, nie odwracając się. – Co wtedy?
– Nie wiem – szczerze odparła. – ale żyć w nieświadomości dłużej nie mogę.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem, myśląc, jak życie nasze przewróciło się do góry nogami jednego dnia. Rano byliśmy zwyczajną rodziną, a teraz…
Obok wierciła się Kasia. Ona także nie spała.
– Grzegorzu – szepnęła. – Śpisz?
– Nie.
– Powiedz szczerze, wątpliwości nigdy nie miałeś?
Zamilkłem, po czym westchnąłem.
– Miałem. ale odpędzałem je. Kalina dla mnie rodzona, cokolwiek ekspertyza wykazałaby.
Od tego dnia nasza córka była tylko nasza, bo rodzina to nie geny, ale to, skąd w sercu bierze się miłość, a ona rodzi się z ognia prób, który przetrwaliśmy tego wieczoru, gdy płomienie pochłonęły niepotrzebne już papiery.