Dziennik Kazimierza Kowalskiego
Co ty pleciesz, Zosiu?! – Cisnąłem papierem na stół, pięść uderzyła w blat. – Jakie to cholerne badanie? Oszalałaś?!
– Nie drzyj się na mnie! – Zofia zerwała się z kanapy, oczy jej płonęły. – Mam prawo znać prawdę! Kasia z każdym dniem mniej do ciebie podobna, sam to widzisz!
– To moja córka! – krzyknąłem. – Nasza córka! Jeszcze raz wspomnisz to badanie, to ja…
– No co? Co mi zrobisz? – Zofia założyła ręce na biodra. – Wyrzucisz? No to próbuj! Tylko wpierw się dowiemy, czyja córka tu rośnie!
Osunąłem się na krzesło, przetarłem twarz dłońmi. Takiej awantury nigdy u nas nie było. choćby w najgorsze czasy nie krzyczeliśmy i nie oskarżaliśmy się.
– Zosia, co się z tobą dzieje? – spytałem zmęczony. – Skąd te głupie myśli? Kasia urodziła się w szpitalu, sam odebrałem ją z oddziału. Nie pamiętasz?
– Pamiętam – syknęła żona. – Ale wątpliwości nie znikają.
Podeszła do kredensu, wyjęła rodzinne fotografie. Rozłożyła je przede mną.
– Patrz – wbiła palec w zdjęcia. – Rok. Jasne loki, niebieskie oczy. Trzy lata. Bez zmian. A teraz, piętnaście lat. Czarne, proste włosy, brązowe oczy. Wytłumacz mi, jak to możliwe?
– Dzieci rosną, zmieniają się – próbowałem oponować. – Przekwitanie, hormony…
– Hormony nie zmieniają koloru oczu! – przerwała. – I nie prostują loków! A wzrost? Ma piętnaście lat, a góruje nade mną całą głową! Skąd taki wzrost, skoro oboje średniego?
Milczałem, studiując fotografie. Zmiany były uderzające. Mała jasnowłosa dziewczynka stała się wysoką, ciemnowłosą nastolatką o południowych rysach.
– Może w babcię poszła – rzuciłem niepewnie. – Albo prababkę. Genetyka to skomplikowana rzecz.
– W którą babkę? – oburzyła się Zofia. – Moi rodzici jasnowłosi, twoi też. Pradziadkowie podobni. Skąd te wschodnie rysy?
Do pokoju weszła Kasia. Wysoka, smukła dziewczyna z długimi ciemnymi włosami i dużymi brązowymi oczami. Piękna, ale naprawdę niepodobna do nas.
– O co krzyczycie? – spytała, patrząc to na matkę, to na mnie. – Sąsiedzi narzekają.
– Nic, córeczko – odparłem pośpiesznie. – Mama trochę zdenerwowana.
– Przez co? – Kasia usiadła na kanapie, podciągnęła nogi. – Znowu praca cię dobija?
Zofia wpatrywała się w córkę. Spokojna, rozsądna, zupełnie niepodobna temperamentem do niej. I zewnętrznie obca.
– Kasiu, powiedz szczerze – spytała niespodziewanie Zosia – nigdy nie zastanawiałaś się, czemu tak mało do nas podobna?
– Zosiu! – zaprotestowałem.
– Co Zosiu? – Żona odwróciła się do mnie. – Niech odpowie. To i ją dotyczy.
Kasia wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałam. A czy to ważne? Wy jesteście moimi rodzicami.
– Oczywiście, córeczko – objąłem dziewczynę. – Nie słuchaj mamy, po prostu miała zły dzień.
Zofia z irytacją patrzyła na tę scenę. Ja i córka rozumieliśmy się bez słów. Ona czuła się obca we własnym domu.
– Idź odrabiaj lekcje – powiedziała do Kasi. – Muszę z tatą pogadać.
Kasia skinęła głową i wyszła. Śledziłem ją wzrokiem, potem zwróciłem się do żony.
– Po co ją ranić? – spytałem cicho. – To nie jej wina.
– A czyja? – Zosia usiadła naprzeciw. – Kaziu, chcę prawdy. jeżeli Kasia jest nasza, badanie to potwierdzi. A jeżeli nie…
– jeżeli nie, to co? – przerwałem. – Wyrzucisz dziecko? Przestaniesz je kochać?
Zosia zamilkła. Sama nie wiedziała, co zrobi, jeżeli potwierdzą się jej podejrzenia.
– Kocham ją – przyznała. – Ale potrzebuję prawdy.
Wstałem, podszedłem do okna. Na podwórku bawiły się dzieci, matki spacerowały z wózkami. Zwyczajne życie bez miejsca na takie straszne myśli.
– Zosiu, a jeżeli prawda nie będzie taka, jaką się spodziewasz? – spytałem, nie odwracając się. – Co wtedy?
– Nie wiem – odparła szczerze. – Ale dłużej żyć w niepewności nie umiem.
Wieczorem długo nie mogłem zasnąć. Rozmyślałem, jak jeden dzień wywrócił nasze życie do góry nogami. Rano byliśmy zwyczajną rodziną, a teraz…
Obok wierciła się Zofia. Też nie spała.
– Kaziu – szepnęła. – Śpisz?
– Nie.
– Mów szczerze, nigdy nie miałeś wątpliwości?
Zawahałem się, westchnąłem.
– Miałem. Ale je odpędzałem. Kasia zawsze będzie dla mnie córką, cokolwiek powie badanie.
– Rozumiem. Ale ja nie potrafię.
Rano przy śniadaniu Kasia wyczuła napięcie między nami.
– Mamo, tato, coś się stało? – spytała, smarując chleb masłem.
– Nic poważnego – odparłem. – Dorosłe sprawy.
– Mogę jakoś pomóc?
Zosia spojrzała na córkę. Otwarta twarz, dobre oczy. Grz
Od tej pory nasze życie potoczyło się dalej, ściślej niż kiedykolwiek, choćby gdy wieczorami Hania opowiadała o szkole przy kolacji, Sławek kiwał z uśmiechem, a ja podawałam kolejną porcję pierogów, czując ciepło naszej wyborowej, prawdziwej rodziny, trwającej jak gdyby nigdy nic.