Dorobek Harlana Cobena jest dla twórców filmów i seriali skarbnicą bez dna. I nic dziwnego – autor cyklu o Myronie Bolitarze spłodził kilkadziesiąt poczytnych powieści z pogranicza kryminału i thrillera, a wiele z nich już doczekało się ekranizacji i było sporymi hitami streamingu (vide: brytyjska "Nieznajoma" czy polskie "W głębi lasu"). Teraz szansę na zawojowanie Netflixa ma "Za wszelką cenę", najnowsza adaptacja prozy Cobena, całkiem solidnie skonstruowany ośmioodcinkowy thriller z kilkoma znanymi, a także kilkoma dawno niewidzianymi twarzami w obsadzie.
"Za wszelką cenę" opowiada historię Davida Burroughsa (Sam Worthington), człowieka skazanego na dożywocie za zamordowanie z zimną krwią swojego trzyletniego syna Matthew, który spał wówczas w pokoju obok. Nie stawia to Davida w najlepszej pozycji, jeżeli chodzi o zdobywanie sympatii widzów, prawda? Spokojnie: twórcy nie każą nam długo czekać z sugestiami dotyczącymi niewinności głównego bohatera. Dowody w tej sprawie dostarcza mu była szwagierka Rachel (Britt Lower), dziennikarka śledcza. Gdy zasiewa w Davidzie ziarno niepewności, a on wspomina o tym podczas rozmowy z naczelnikiem więzienia, błyskawicznie zaczynamy obserwować efekt kuli śnieżnej. Każda kolejna osoba, która w ten czy inny sposób była uczestnikiem procesu Burroughsa i świadkiem jego skazania, zaczyna kwestionować wydarzenia i decyzje sprzed pięciu lat. Czy faktycznie ów rzekomy dzieciobójca spędził pół dekady w więzieniu za… niewinność?
Trzeba przyznać, iż "Za wszelką cenę" wygląda jak dobrze odrobiona lekcja z klasycznych thrillerów kryminalnych w typie "Ściganego". Jest tajemnica, jest ściśle powiązana ze sobą siatka członków rodziny i znajomych, jest trzęsący okolicą gangster, na którego także w końcu pada podejrzenie. I to wszystko nieźle się ze sobą komponuje. Jest tu też niestety wdrukowana przez Hollywood naiwność, która każe widzom wierzyć w kolejne niewiarygodne uproszczenia fabularne. Nie chodzi oczywiście o to, by historie takie jak "Za wszelką cenę" miały poziom wiarygodności reportażu śledczego, ale niektóre z zaproponowanych rozwiązań mogą części widzom wydać się obrazą dla inteligencji. Z pewnością wyłapiecie te najbardziej naiwne rozwiązania fabularne, które choćby w tak nieskomplikowanej produkcji wydają się naciągane.
I tu wypada zadać klasyczne pytanie: skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Owszem, okazjonalna naiwność fabularna może nieco irytować, ale równolegle stworzone przez Roberta Hulla (znanego z "Plotkary" czy "Gotham") "Za wszelką cenę" to wciąż naprawdę solidna rzemieślnicza robota, która świetnie trzyma tempo i robi wszystko, by widz powiedział sobie: "No dobra, to jeszcze jeden odcinek!". Akcja nie zatrzymuje się w zasadzie od pierwszych scen - tu zalążkiem jest wspomniana wizyta Rachel w więzieniu – i rozwija się wzorcowo. Dzięki temu produkcja ma naprawdę przyjemny metraż: osiem odcinków po trzydzieści kilka-czterdzieści kilka minut istotnie zachęca do bindżowania. Zachęca do tego też obsada, w której znajdziemy sporo "nieopatrzonych" twarzy: Sam Worthington to oczywiście główna gwiazda serialu, choć obiektywnie już nie pierwszoligowy aktor, zaś partnerująca mu Britt Lower stara się wyjść poza ramy "Rozdzielenia", które przyniosło jej powszechne uznanie.
Ale oprócz nich znajdziemy tu całe mnóstwo mniej oczywistych wyborów castingowych: Hugh Thompson (m.in. "Reacher") jako Nicky, ojciec Davida, czy Peter Outerbridge ("The Expanse") w roli naczelnika więzienia, a niegdyś policyjnego partnera ojca Davida zapewniają powiew świeżości, podobnie jak Jonathan Tucker w roli kumpla-policjanta głównego bohatera (ktoś jeszcze pamięta tego nieopierzonego chłopaczka z komedii "100 dziewczyn i ja"???) Wisienką na torcie jest tu występ Milo Ventimiglii, jak dla mnie jednego z najbardziej niewykorzystanych talentów w Hollywood, a także Madeleine Stowe w roli jego matki. Tę panią oglądamy na ekranach znacznie rzadziej niż kiedyś, a szkoda – "Za wszelką cenę" potwierdza, iż wciąż potrafi mrozić spojrzeniem i głosem. Szkoda, iż tylko na chwilę pojawia się tu Clancy Brown – pamiętny sadystyczny strażnik ze "Skazanych na Shawshank" pojawia się tu w zupełnie innej roli, choć akurat wciąż ma do czynienia ze skazańcami. I przez cały czas robi piorunujące wrażenie.
Nie dziwią wysokie oceny dla serialu Roberta Hulla. Proza Cobena zwykle bardzo dobrze tłumaczy się na język filmu czy telewizji i nie inaczej jest tym razem. A iż świetnie podkręcono tu tempo akcji (podejrzewam, iż bardzo wyraźnie w stosunku do tempa narracji w powieści), obejrzenie wszystkich odcinków w jeden czy dwa wieczory nie stanowi żadnego problemu. Prochu tu nie wymyślono, ale interesująca intryga, której nie zepsuto nadmierną ekspozycją czy nudnymi bohaterami, jest zawsze w cenie.
"Za wszelką cenę" opowiada historię Davida Burroughsa (Sam Worthington), człowieka skazanego na dożywocie za zamordowanie z zimną krwią swojego trzyletniego syna Matthew, który spał wówczas w pokoju obok. Nie stawia to Davida w najlepszej pozycji, jeżeli chodzi o zdobywanie sympatii widzów, prawda? Spokojnie: twórcy nie każą nam długo czekać z sugestiami dotyczącymi niewinności głównego bohatera. Dowody w tej sprawie dostarcza mu była szwagierka Rachel (Britt Lower), dziennikarka śledcza. Gdy zasiewa w Davidzie ziarno niepewności, a on wspomina o tym podczas rozmowy z naczelnikiem więzienia, błyskawicznie zaczynamy obserwować efekt kuli śnieżnej. Każda kolejna osoba, która w ten czy inny sposób była uczestnikiem procesu Burroughsa i świadkiem jego skazania, zaczyna kwestionować wydarzenia i decyzje sprzed pięciu lat. Czy faktycznie ów rzekomy dzieciobójca spędził pół dekady w więzieniu za… niewinność?
Trzeba przyznać, iż "Za wszelką cenę" wygląda jak dobrze odrobiona lekcja z klasycznych thrillerów kryminalnych w typie "Ściganego". Jest tajemnica, jest ściśle powiązana ze sobą siatka członków rodziny i znajomych, jest trzęsący okolicą gangster, na którego także w końcu pada podejrzenie. I to wszystko nieźle się ze sobą komponuje. Jest tu też niestety wdrukowana przez Hollywood naiwność, która każe widzom wierzyć w kolejne niewiarygodne uproszczenia fabularne. Nie chodzi oczywiście o to, by historie takie jak "Za wszelką cenę" miały poziom wiarygodności reportażu śledczego, ale niektóre z zaproponowanych rozwiązań mogą części widzom wydać się obrazą dla inteligencji. Z pewnością wyłapiecie te najbardziej naiwne rozwiązania fabularne, które choćby w tak nieskomplikowanej produkcji wydają się naciągane.
I tu wypada zadać klasyczne pytanie: skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Owszem, okazjonalna naiwność fabularna może nieco irytować, ale równolegle stworzone przez Roberta Hulla (znanego z "Plotkary" czy "Gotham") "Za wszelką cenę" to wciąż naprawdę solidna rzemieślnicza robota, która świetnie trzyma tempo i robi wszystko, by widz powiedział sobie: "No dobra, to jeszcze jeden odcinek!". Akcja nie zatrzymuje się w zasadzie od pierwszych scen - tu zalążkiem jest wspomniana wizyta Rachel w więzieniu – i rozwija się wzorcowo. Dzięki temu produkcja ma naprawdę przyjemny metraż: osiem odcinków po trzydzieści kilka-czterdzieści kilka minut istotnie zachęca do bindżowania. Zachęca do tego też obsada, w której znajdziemy sporo "nieopatrzonych" twarzy: Sam Worthington to oczywiście główna gwiazda serialu, choć obiektywnie już nie pierwszoligowy aktor, zaś partnerująca mu Britt Lower stara się wyjść poza ramy "Rozdzielenia", które przyniosło jej powszechne uznanie.
Ale oprócz nich znajdziemy tu całe mnóstwo mniej oczywistych wyborów castingowych: Hugh Thompson (m.in. "Reacher") jako Nicky, ojciec Davida, czy Peter Outerbridge ("The Expanse") w roli naczelnika więzienia, a niegdyś policyjnego partnera ojca Davida zapewniają powiew świeżości, podobnie jak Jonathan Tucker w roli kumpla-policjanta głównego bohatera (ktoś jeszcze pamięta tego nieopierzonego chłopaczka z komedii "100 dziewczyn i ja"???) Wisienką na torcie jest tu występ Milo Ventimiglii, jak dla mnie jednego z najbardziej niewykorzystanych talentów w Hollywood, a także Madeleine Stowe w roli jego matki. Tę panią oglądamy na ekranach znacznie rzadziej niż kiedyś, a szkoda – "Za wszelką cenę" potwierdza, iż wciąż potrafi mrozić spojrzeniem i głosem. Szkoda, iż tylko na chwilę pojawia się tu Clancy Brown – pamiętny sadystyczny strażnik ze "Skazanych na Shawshank" pojawia się tu w zupełnie innej roli, choć akurat wciąż ma do czynienia ze skazańcami. I przez cały czas robi piorunujące wrażenie.
Nie dziwią wysokie oceny dla serialu Roberta Hulla. Proza Cobena zwykle bardzo dobrze tłumaczy się na język filmu czy telewizji i nie inaczej jest tym razem. A iż świetnie podkręcono tu tempo akcji (podejrzewam, iż bardzo wyraźnie w stosunku do tempa narracji w powieści), obejrzenie wszystkich odcinków w jeden czy dwa wieczory nie stanowi żadnego problemu. Prochu tu nie wymyślono, ale interesująca intryga, której nie zepsuto nadmierną ekspozycją czy nudnymi bohaterami, jest zawsze w cenie.








![Samobój w dogrywce uratował Argentynę! Tak padła decydująca bramka [WIDEO]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6a48682bd0c252_86810807.jpeg)







