Co w trawie gra. Polskie letnie festiwale muzyczne są coraz bliżej natury | Co w trawie gra

polityka.pl 4 godzin temu
Zdjęcie: Per Ole Hagen/Redferns / Getty Images


Polskie letnie festiwale muzyczne są może w większości miejskie, ale mimo to bardzo zielone. Dlaczego nie ma w tym roku festiwalu Glastonbury? Bo raz na kilka lat ziemia na słynnej angielskiej farmie Michaela Eavisa musi odpocząć. A miejscowa flora, z trawą na czele, jest nieodłącznym składnikiem festiwalowego ekosystemu. Tym się zasadniczo różnią imprezy letnie od tych organizowanych przez pozostałą część roku: na górze niebo, pod nogami świeża trawa.

Inaczej niż ulokowane na farmach Woodstock, Glastonbury czy choćby Roskilde, największe polskie letnie imprezy – z wyjątkiem Pol’and’Rocka, który pod wieloma względami jest osobny, także jako darmowa impreza – szukały dla siebie miejsc w dużych miastach. I tak Open’er (w tym roku 1–4 lipca, z bardzo atrakcyjnym programem, m.in. The Cure, Nick Cave, David Byrne i Jennie) po starcie w Warszawie na lata związał się z Gdynią, wykorzystując przestrzeń położonego na jej obrzeżach lotniska. Jego najnowszy konkurent Bittersweet Festival (13–15 sierpnia, m.in. Gorillaz, Robbie Williams i Lorde) odbywa się z kolei w wielkim, 100-hektarowym Parku Cytadela blisko centrum Poznania.

Ich odpowiednik poświęcony muzyce elektronicznej, Audioriver, impreza z długą, już 20-letnią historią (w tym roku 10–12 lipca, w programie Marlon Hoffstadt, The Prodigy, Disclosure, Ben Klock, Boys Noize i in.), w tej chwili odbywa się na potężnych Błoniach Łódzkich. Wcześniej przez lata gościł w Płocku, na malowniczym dzikim brzegu Wisły. Alternatywny Off Festival w Katowicach (7–9 sierpnia; Oklou, The Flaming Lips, Johnny Marr i in.) ma miejsce w śląskim kompleksie rekreacyjnym Dolina Trzech Stawów. Zielone i miejskie są też darmowe Inne Brzmienia w Lublinie (2–5 lipca, Therapy?, Sun Ra Arkestra, Marcin Masecki i in.). Każda z tych imprez ma swoją publiczność i już utrwaloną pozycję.

W stronę ekologii

W ten wielkomiejski trend wpisują się objazdowe cykle koncertowe, podróżujące od miasta do miasta: startujące 24 lipca Erste Letnie Brzmienia (Kaśka Sochacka, Brodka, Mrozu i in.) oraz rozpoczynające się jeszcze w czerwcu Męskie Granie (Kult, PRO8L3M gra Kazika i in.). Dzięki tym imprezom możemy się też przekonać, jak zielone są polskie miasta. A ciągle – mimo miejskości – przynoszą rzadki w tych czasach rodzaj społecznego doświadczenia – wspólnota festiwalowa od zarania budowana jest na bezpośrednim kontakcie z innymi, nawiązywaniu przypadkowych znajomości i rozmowach podczas parodniowych wydarzeń, co dziś szczególnie cenne.

Są też latem imprezy, które przesuwają akcent jeszcze mocniej w stronę doświadczeń pozamuzycznych i przenoszą publiczność do mniejszych, za to malowniczych ośrodków. Do takich należą Kazimiernikejszyn w Kazimierzu Dolnym czy awangardowe Sanatorium Dźwięku w Sokołowsku, Barn+Field Festival w Bielsku Podlaskim, a wreszcie Biedowo Music Fest w maleńkiej miejscowości uwiecznionej w nazwie.

Jasno w stronę ekologii idzie festiwal z zielenią w nazwie (Olsztyn Green Festival, 14–16 sierpnia). A dla tych, którzy naprawdę kontaktu z naturą potrzebują, pozostało Defender Salt Wave Festival, impreza organizowana od siedmiu lat na lotnisku w Jastarni. Tutaj różnorodny program muzyczny (m.in. Crystal Fighters, Sokół, Vito Bambino, w tym roku 31 lipca–1 sierpnia) łączy się z urokliwym krajobrazem Półwyspu Helskiego, a za noclegownię służy miejscowe pole namiotowe. Z coraz modniejszą na letnich festiwalach opcją glampingu, czyli namiotów wyposażonych w dywany, oświetlenie i łóżka z pościelą. Ciągle tańszą niż miejsca hotelowe w Jastarni, ze sceną festiwalową w zasięgu wzroku, no i z atrakcyjną opcją śniadania na trawie.

Ceny dynamiczne

Problem zieleni i trawy pojawił się w tym sezonie wcześnie – już na początku sezonu, gdy organizatorzy imprezy tanecznej Circoloco zniszczyli zieleń przed zabytkowym Pałacem Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie (w efekcie, po internetowej burzy, zwolniono dyrektora pałacowego muzeum). A zakończone już wiosenne festiwale – takie jak Orange Warsaw czy Mystic Festival – pokazały, iż o ile program letnich zjazdów muzycznych wzbudza w tym roku entuzjazm, o tyle już ceny karnetów mogą być dla niektórych powodem do frasunku. Czterodniowy Open’er to ok. 1,2 tys. zł, trzydniowy Bittersweet – 1 tys. zł, a dwa dni objazdowego Męskiego Grania – 522 zł. Co i tak – w przeliczeniu na poszczególne koncerty – okazuje się bardziej oszczędnym sposobem płacenia za muzykę niż w wypadku stadionowych koncertów gwiazd.

Nieco inaczej jest z atrakcjami dodatkowymi: festiwalowicze – przez wiele godzin wyjęci z normalnego kontekstu, ekonomicznie zależni od terenu imprezy – mają przed sobą wydatki ponad 20 zł za kubek piwa (w tym kilkanaście złotych opłaty za sam kubek), 25 zł za frytki i ponad 30 zł za zapiekankę. I o ile same festiwale utrzymują jasną cenę za karnet czy jednodniowy wstęp, w większości też proponują tanie pola namiotowe (tegoroczna rezygnacja z pola przez Off sprowokowała głosy gorącej krytyki), o tyle już rynek hoteli i mieszkań do wynajęcia bezwzględnie wykorzystuje zainteresowanie poszczególnymi miastami. Tu wprowadzane są ceny dynamicznie – w terminach wielkich imprez hotelowa dwójka w Gdyni czy Poznaniu potrafi kosztować ponad 1 tys. zł za noc.

Kranówka i zieleń

Po drugiej stronie mamy ideowe zaplecze, które też towarzyszy letnim imprezom muzycznym od początku: recykling i wielorazowe kubki to już powszechność, rekultywacja terenu po imprezie to coś, co nie wydarza się tylko przed pałacem w Wilanowie, włączanie transportu publicznego w organizację to konieczny aspekt funkcjonowania, a dostęp do miejskiej kranówki i kooperacja z zielenią miejską czy to w Poznaniu (Bittersweet), czy w Łodzi (Audioriver) nie jest już dawno deklaracją na wyrost. Wszystko po to, żeby teren nie musiał odpoczywać w kolejnym sezonie, i żeby letnie imprezy mogły zachować ciągłość.

Idź do oryginalnego materiału