Co słychać w młodym polskim kinie? Fabuły pozostawiły niedosyt, w dokumentach mamy klęskę urodzaju

polityka.pl 5 godzin temu
Zdjęcie: Materiały promocyjne


Emi Buchwald laureatką Wielkiego Jantara 45. edycji Festiwalu Młodzi i Film. Czy jej obraz „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” rzeczywiście nie miał konkurencji? Sukces filmu „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” na koszalińskim festiwalu debiutów nikogo dziwić nie powinien. To kolejne wyróżnienie, jakie zdobył film Emi Buchwald, po nagrodzie na festiwalu w Gdyni i Paszporcie „Polityki” oraz licznych nominacjach do Orłów. „Nie ma duchów…” to kino odświeżające, intrygujące formalnie, a przy tym mówiące do młodych widzów ich językiem i o ich emocjonalnych problemach. A przede wszystkim potwierdzenie wielkiego talentu Buchwald, którego zwiastunami były jej znakomite krótkie metraże, zwłaszcza „Piękna łąka kwietna” i dokumentalne „Echo”. „Duchy…” wyjeżdżają z Koszalina z Wielkim Jantarem i nagrodą za odkrycie aktorskie dla Bartłomieja Deklewy.

Kino rozedrganych emocji

Poziom konkursu debiutów był w tym roku bardzo nierówny – nie zaszkodziłaby mu jeszcze bardziej restrykcyjna selekcja – a filmów, o których będzie się za parę lat pamiętać, nie było w nim wcale tak wiele.

Dwie nagrody – za odkrycie aktorskie (za role żeńskie dla Heleny Ganjalyan, Magdaleny Fejdasz i Danieli Komędery) oraz za zdjęcia Tomasza Woźniczki – otrzymał „Glorious Summer” Heleny Ganjalyan i Bartosza Szpaka, moim zdaniem najciekawszy debiut ubiegłego sezonu, najbardziej nieoczywisty, osadzony jednocześnie w tradycji teatru tańca i we wczesnej twórczości Yorgosa Lanthimosa.

Statuetkę za reżyserię otrzymał Robert Kwilman, który w „Capo” opowiada o sytuacji Wenezuelczyka mierzącego się z realiami nielegalnego rynku pracy w Polsce.

Nagroda za scenariusz powędrowała w ręce Kordiana Kądzieli (nominowanego w tym roku do Paszportu „Polityki”) oraz Michała Wawrzeckiego za „LARP. Miłość, trolle i inne questy”.

I wreszcie nagroda za „szczególny wkład twórczy debiutanta” trafiła do Martyny Byczkowskiej i Kai Zalewskiej, reżyserek (a także odtwórczyń głównych ról) w „La Petite Mort”. Ten film otrzymał również nagrodę dziennikarzy.

Z interesujących filmów bez wyróżnień pozostało jedynie „Królestwo” Michała Ciechomskiego, zbierające dość skrajne opinie, ale z pewnością intrygujące wizją świata u progu wojny i młodych mężczyzn wstępujących do organizacji paramilitarnych. Kino rozedrganych emocji, często budowanych dzięki efektów dźwiękowych i obrazów, zachwycające i drażniące jednocześnie, pozostawia w głowie niepokój, choć czasem robi to, wzbudzając dość proste i podstawowe lęki.

Siła dokumentu

Jeśli konkurs debiutów fabularnych pozostawił niedosyt, to w konkursie dokumentalnym można mówić o klęsce urodzaju. Było w nim kilka filmów wybitnych i bardzo dobrych, a co najważniejsze: większość z nich była nakręcona przez odważne, wnikliwe, szukające nieoczywistych tematów reżyserki.

Wygrał fenomenalny „Silver” Natalii Koniarz, nagrodzony także za zdjęcia Stanisława Cuske. To przejmująca i hipnotyzująca opowieść o życiu ludzi harujących w boliwijskiej kopalni srebra. Nagrodę za reżyserię otrzymała Weronika Mliczewska za równie znakomite „Dziecko z pyłu”, odyseję Wietnamczyka, który chce poznać swojego amerykańskiego ojca. „Znaki pana Śliwki” Urszuli Morgi i Bartosza Mikołajczaka otrzymały nagrodę dla montażystki Anny Koc-Wittels (w kategorii „wkład twórczy debiutanta”) oraz nagrodę dziennikarzy. Wreszcie „Kumotry” Emilii Śniegoskiej dostały Jantara przyznawanego przez Stowarzyszenie Twórczyń Filmowych. A przecież w konkursie było jeszcze kilka innych dzieł wartych uwagi: choćby „Wyznania pieprzyka” Mo Tan czy „Arek. Mama. Panorama” Mikołaja Janika.

Od kilku lat kino dokumentalne wydaje się przestrzenią, w której debiutujące twórczynie i twórcy mają do powiedzenia najwięcej, a ich filmy coraz częściej trafiają także do regularnej dystrybucji kinowej.

W konkursach krótkometrażowych nagrody otrzymali natomiast: Nadim Suleiman za „Krótki film o wojnie” (fabuła), Nadia Szymańska i Sara Szymańska za „Twin Days” (dokument) oraz Karolina Chabier za „Kosmogonię” (animacja). W filmach krótkometrażowych dzieje się wiele ciekawych rzeczy, choć największym problemem jest to, iż widzowie nie mają szansy się o tym przekonać poza festiwalami. Do serwisów streamingowych trafia garść corocznej produkcji, do kin – pojedyncze tytuły, a i to coraz rzadziej, a w mediach przebijają się najwyżej informacje o międzynarodowych sukcesach, takich jak canneńska premiera (znakomitego skądinąd) „Spiritus Sanctus” Michała Toczka. Aż marzyłby się jakiś specjalny serwis VOD, poświęcony krótkiemu metrażowi, zbierający dorobek młodych twórców, choć pewnie kwestia praw i licencji jest na razie nie do przeskoczenia.

Kino jest, a gdzie widzowie?

45. edycja Festiwalu Młodzi i Film była także ostrożną próbą poszerzenia formuły festiwalu. Dłuższy o jeden dzień (to ma stać się regułą), wzbogacony o nowe nagrody: za montaż w konkursie krótkometrażowych debiutów (zdobyli ją Mateusz Jarmulski i Aleksandra Rosset-Żak za „Fanatyka”) oraz dla najbardziej energetycznej roli kobiecej (Maja Szopa, Zofia Dobkowska oraz reżyserka Aleksandra Góralewska za „Jogurt”). Drobne kroki w dobrym kierunku. Problemem festiwalu pozostaje chyba zbyt rozbudowana selekcja, zwłaszcza w kategoriach krótkometrażowych, a iż każdy z filmów wyświetlany jest tylko raz, nie ma szans ułożyć ścieżki seansów w taki sposób, żeby obejrzeć wszystkie nominowane pełne i krótkie metraże.

I wciąż zadaniem trudnym do przeskoczenia jest aktywizacja lokalnej społeczności. Choć festiwal jest wyraźnie obecny w przestrzeni miejskiej, program konkursowy uzupełnia innymi atrakcjami (koncerty i pokazy specjalne – na spotkaniu z Grażyną Szapołowską zabrakło wolnych miejsc), a wejściówki na filmy są darmowe, na wielu seansach sporo foteli na widowni było pustych. I nie mówi to absolutnie niczego o poziomie polskich debiutów, ale niestety sporo o oczekiwaniach publiczności.

Idź do oryginalnego materiału