Cierpliwości, drogi szlachcicu

filmweb.pl 1 miesiąc temu
Zdjęcie: plakat


W polskiej popkulturze istnieje określenie "fajnopolaka", czyli takiego cool gościa, który jest po prostu świetny, nie boi się tego, co nowe, a przy okazji odrzuca w całości przeszłość. Liczy się, żeby życie było przygodą, było fresh. zwykle termin ma wydźwięk pejoratywny, prześmiewczy, ale dziś takim "fajnopolakiem" można określić tak naprawdę każdego gościa, który uśmiecha się w kolejce w Żabce, nosi stylowe ciuchy, dobrze się prezentuje i na pierwszy rzut oka trudno mu cokolwiek zarzucić. To ten gość, co jako młody dzieciak mówił "dzień dobry" na klatce schodowej i każda ciocia darzyła go szacunkiem.

Glen Powell
  • StudioCanal
  • Ilze Kitshoff

Jeżeli mielibyśmy przenieść ten koncept do Stanów Zjednoczonych, uosobieniem takiego "fajnoamerykanina" byłby właśnie Glen Powell, gwiazda "Przepisu na morderstwo". Powell to współczesny playboy, elegancki amant z idealnie wybielonymi zębami, o którym magazyny lifestyle’owe piszą wyłącznie w samych superlatywach – nic dziwnego, iż w filmie Johna Pattona Forda Powell wciela się w Becketa Redfellow, spadkobiercę wielomiliardowej fortuny. Zbieg okoliczności – czyli przeszłość jego matki – spowodował jednak, iż Redfellow raczej nigdy w życiu tych pieniędzy nie zobaczy. Jego dziadek, nikczemny Whitelaw (Ed Harris), zrzekł się córki, kiedy ta zaszła w ciążę. Becket przyszedł na świat już w zupełnie innym świecie – gdzieś w biednej (z perspektywy jego korzeni) amerykańskiej dzielnicy, w warunkach zwyczajnej rodziny z klasy średniej.

"Cierpliwości, drogi szlachcicu", podpowiada Becketowi zdrowy rozsądek. Ale choćby i sumienie nie pomoże, gdy w jego życiu na nowo pojawia się dziecięca miłość, teraz o figurze i twarzy Margaret Qualley. Dziewczyna należy do klasy wyższej i właśnie się zaręczyła; nie zwróci uwagi na „zwyczajnego" Becketa, jeżeli ten nie weźmie sprawy w swoje ręce i nie wzbogaci się kosztem innych. Albo krewni zaczną umierać śmiercią mniej lub bardziej naturalną, albo Becket już na zawsze pozostanie #przegrywem.

Margaret Qualley
  • StudioCanal
  • Ilze Kitshoff

Czarna komedia Pattona to luźna adaptacja brytyjskiego klasyka "Szlachectwo zobowiązuje" z 1949 roku, gdzie główną rolę zagrał sam Alec Guinness. Tam zresztą zarys fabularny był bardzo podobny: młody mężczyzna decydował się na usunięcie swoich arystokratycznych krewnych, by odziedziczyć nie tylko majątek, ale i status szlachecki (niemniej w nowej wersji głownie chodzi o – jak pewnie zgadliście – kasę). Różnica polegała jednak na tym, iż Guinness wcielił się w kilka ról, grając zarówno ofiary (członków rodziny), jak i amanta-łowcę. W ten sposób brytyjska komedia wyróżniała się nie tylko specyficznym humorem, ale i przewrotnym castingiem.

Patton przenosi wyspiarskie realia na amerykański grunt. Zamiast przypudrowanych dandysów dostajemy biznesmenów w garniturach oraz ich millenialskich potomków, których nie interesuje własne dziedzictwo, tylko własne ego. W filmowego "fajnoamerykanina" – Becketa – wciela się zaś właśnie prawdziwy "fajnoamerykanin" Powell. Aktor, wiadomo, jest postacią z krwi i kości, ale na dobrą sprawę wciela się poniekąd w siebie. Wystarczy pooglądać jego wywiady: wygląda to tak, jakby Powell zakładał taką samą maskę zarówno przed kamerą, jak i w sytuacjach publicznych.

Glen Powell
  • StudioCanal
  • Ilze Kitshoff

Wszystko w tym filmie jest chillowe – zabijanie ma bawić, dialogi brzmieć jak w komediowym spektaklu, a cała linia fabularna – choć ma wiele dziur – po prostu odprężać i być gwarantem przyjemnej rozrywki. Dwa lata temu – w artykule opublikowanym zresztą na Filmwebie – pisałem, iż Glen Powell to nowy Cary Grant. Dalej się z tym zgadzam – obaj epatują luzem i charyzmą. Różnica polega jednak na tym, iż Grant grał w znacznie lepszych filmach. Dziś oglądanie Powella na wielkim ekranie to jeden wielki dylemat. Bo z jednej strony wszyscy już podskórnie czujemy, iż nowy film z jego udziałem będzie raczej nieudany. No ale oglądamy – właśnie dla Powella.

Tyle iż "Przepis na morderstwo" to wcale nie jest aż taka zła rzecz; to po prostu stosunkowo nierówny film, gatunkowe pomieszanie z poplątaniem, które wymaga jakiegoś zawieszenia niewiary. A jako iż jest to jednak duchowy spadkobierca wspomnianego "Szlachectwa", to głupotą byłoby oczekiwać filmu/intrygi/konwencji w pełni na serio. Dostajemy za to traktat filozoficzny napisany gdzieś na kolanie w pobliskim barze po kilku drinkach o tym, iż czasem nie jesteśmy w stanie się zmienić.

Margaret Qualley
  • StudioCanal
  • Ilze Kitshoff

Na przestrzeni filmu Becket ma szansę stać się lepszym człowiekiem – przestać zabijać, cieszyć się z tego, co sobie załatwił i cierpliwie poczekać, jak reszta dinozaurów z jego familii po prostu wymrze. Becket pozostaje jednak nienasycony i zdaje sobie sprawę, iż nie ma co uciekać od przeznaczenia i tropiącej nas femme fatale. A przecież z nią też może być fajnie! A już szczególnie, jeżeli to Qualley, współczesna ikona sensualności i stylu.

I taki to jest film – o wszystkim i o niczym. O biedzie i bogactwie, o życiu i śmierci, z żartami i zarazem czerstwym humorem. "Przepis na morderstwo" nie zmieni waszego życia, ale jest jak dobra impreza, którą co jakiś czas wspominamy z uśmiechem pod nosem, zamawiając matchę w pobliskiej kawiarni. Jaki kraj, taki "fajnopolak".
Idź do oryginalnego materiału