W polskiej popkulturze istnieje określenie "fajnopolaka", czyli takiego cool gościa, który jest po prostu świetny, nie boi się tego, co nowe, a przy okazji odrzuca w całości przeszłość. Liczy się, żeby życie było przygodą, było fresh. zwykle termin ma wydźwięk pejoratywny, prześmiewczy, ale dziś takim "fajnopolakiem" można określić tak naprawdę każdego gościa, który uśmiecha się w kolejce w Żabce, nosi stylowe ciuchy, dobrze się prezentuje i na pierwszy rzut oka trudno mu cokolwiek zarzucić. To ten gość, co jako młody dzieciak mówił "dzień dobry" na klatce schodowej i każda ciocia darzyła go szacunkiem.
Jeżeli mielibyśmy przenieść ten koncept do Stanów Zjednoczonych, uosobieniem takiego "fajnoamerykanina" byłby właśnie Glen Powell, gwiazda "Przepisu na morderstwo". Powell to współczesny playboy, elegancki amant z idealnie wybielonymi zębami, o którym magazyny lifestyle’owe piszą wyłącznie w samych superlatywach – nic dziwnego, iż w filmie Johna Pattona Forda Powell wciela się w Becketa Redfellow, spadkobiercę wielomiliardowej fortuny. Zbieg okoliczności – czyli przeszłość jego matki – spowodował jednak, iż Redfellow raczej nigdy w życiu tych pieniędzy nie zobaczy. Jego dziadek, nikczemny Whitelaw (Ed Harris), zrzekł się córki, kiedy ta zaszła w ciążę. Becket przyszedł na świat już w zupełnie innym świecie – gdzieś w biednej (z perspektywy jego korzeni) amerykańskiej dzielnicy, w warunkach zwyczajnej rodziny z klasy średniej.
"Cierpliwości, drogi szlachcicu", podpowiada Becketowi zdrowy rozsądek. Ale choćby i sumienie nie pomoże, gdy w jego życiu na nowo pojawia się dziecięca miłość, teraz o figurze i twarzy Margaret Qualley. Dziewczyna należy do klasy wyższej i właśnie się zaręczyła; nie zwróci uwagi na „zwyczajnego" Becketa, jeżeli ten nie weźmie sprawy w swoje ręce i nie wzbogaci się kosztem innych. Albo krewni zaczną umierać śmiercią mniej lub bardziej naturalną, albo Becket już na zawsze pozostanie #przegrywem.
Czarna komedia Pattona to luźna adaptacja brytyjskiego klasyka "Szlachectwo zobowiązuje" z 1949 roku, gdzie główną rolę zagrał sam Alec Guinness. Tam zresztą zarys fabularny był bardzo podobny: młody mężczyzna decydował się na usunięcie swoich arystokratycznych krewnych, by odziedziczyć nie tylko majątek, ale i status szlachecki (niemniej w nowej wersji głownie chodzi o – jak pewnie zgadliście – kasę). Różnica polegała jednak na tym, iż Guinness wcielił się w kilka ról, grając zarówno ofiary (członków rodziny), jak i amanta-łowcę. W ten sposób brytyjska komedia wyróżniała się nie tylko specyficznym humorem, ale i przewrotnym castingiem.
Patton przenosi wyspiarskie realia na amerykański grunt. Zamiast przypudrowanych dandysów dostajemy biznesmenów w garniturach oraz ich millenialskich potomków, których nie interesuje własne dziedzictwo, tylko własne ego. W filmowego "fajnoamerykanina" – Becketa – wciela się zaś właśnie prawdziwy "fajnoamerykanin" Powell. Aktor, wiadomo, jest postacią z krwi i kości, ale na dobrą sprawę wciela się poniekąd w siebie. Wystarczy pooglądać jego wywiady: wygląda to tak, jakby Powell zakładał taką samą maskę zarówno przed kamerą, jak i w sytuacjach publicznych.
Wszystko w tym filmie jest chillowe – zabijanie ma bawić, dialogi brzmieć jak w komediowym spektaklu, a cała linia fabularna – choć ma wiele dziur – po prostu odprężać i być gwarantem przyjemnej rozrywki. Dwa lata temu – w artykule opublikowanym zresztą na Filmwebie – pisałem, iż Glen Powell to nowy Cary Grant. Dalej się z tym zgadzam – obaj epatują luzem i charyzmą. Różnica polega jednak na tym, iż Grant grał w znacznie lepszych filmach. Dziś oglądanie Powella na wielkim ekranie to jeden wielki dylemat. Bo z jednej strony wszyscy już podskórnie czujemy, iż nowy film z jego udziałem będzie raczej nieudany. No ale oglądamy – właśnie dla Powella.
Tyle iż "Przepis na morderstwo" to wcale nie jest aż taka zła rzecz; to po prostu stosunkowo nierówny film, gatunkowe pomieszanie z poplątaniem, które wymaga jakiegoś zawieszenia niewiary. A jako iż jest to jednak duchowy spadkobierca wspomnianego "Szlachectwa", to głupotą byłoby oczekiwać filmu/intrygi/konwencji w pełni na serio. Dostajemy za to traktat filozoficzny napisany gdzieś na kolanie w pobliskim barze po kilku drinkach o tym, iż czasem nie jesteśmy w stanie się zmienić.
Na przestrzeni filmu Becket ma szansę stać się lepszym człowiekiem – przestać zabijać, cieszyć się z tego, co sobie załatwił i cierpliwie poczekać, jak reszta dinozaurów z jego familii po prostu wymrze. Becket pozostaje jednak nienasycony i zdaje sobie sprawę, iż nie ma co uciekać od przeznaczenia i tropiącej nas femme fatale. A przecież z nią też może być fajnie! A już szczególnie, jeżeli to Qualley, współczesna ikona sensualności i stylu.
I taki to jest film – o wszystkim i o niczym. O biedzie i bogactwie, o życiu i śmierci, z żartami i zarazem czerstwym humorem. "Przepis na morderstwo" nie zmieni waszego życia, ale jest jak dobra impreza, którą co jakiś czas wspominamy z uśmiechem pod nosem, zamawiając matchę w pobliskiej kawiarni. Jaki kraj, taki "fajnopolak".
Jeżeli mielibyśmy przenieść ten koncept do Stanów Zjednoczonych, uosobieniem takiego "fajnoamerykanina" byłby właśnie Glen Powell, gwiazda "Przepisu na morderstwo". Powell to współczesny playboy, elegancki amant z idealnie wybielonymi zębami, o którym magazyny lifestyle’owe piszą wyłącznie w samych superlatywach – nic dziwnego, iż w filmie Johna Pattona Forda Powell wciela się w Becketa Redfellow, spadkobiercę wielomiliardowej fortuny. Zbieg okoliczności – czyli przeszłość jego matki – spowodował jednak, iż Redfellow raczej nigdy w życiu tych pieniędzy nie zobaczy. Jego dziadek, nikczemny Whitelaw (Ed Harris), zrzekł się córki, kiedy ta zaszła w ciążę. Becket przyszedł na świat już w zupełnie innym świecie – gdzieś w biednej (z perspektywy jego korzeni) amerykańskiej dzielnicy, w warunkach zwyczajnej rodziny z klasy średniej.
"Cierpliwości, drogi szlachcicu", podpowiada Becketowi zdrowy rozsądek. Ale choćby i sumienie nie pomoże, gdy w jego życiu na nowo pojawia się dziecięca miłość, teraz o figurze i twarzy Margaret Qualley. Dziewczyna należy do klasy wyższej i właśnie się zaręczyła; nie zwróci uwagi na „zwyczajnego" Becketa, jeżeli ten nie weźmie sprawy w swoje ręce i nie wzbogaci się kosztem innych. Albo krewni zaczną umierać śmiercią mniej lub bardziej naturalną, albo Becket już na zawsze pozostanie #przegrywem.
Czarna komedia Pattona to luźna adaptacja brytyjskiego klasyka "Szlachectwo zobowiązuje" z 1949 roku, gdzie główną rolę zagrał sam Alec Guinness. Tam zresztą zarys fabularny był bardzo podobny: młody mężczyzna decydował się na usunięcie swoich arystokratycznych krewnych, by odziedziczyć nie tylko majątek, ale i status szlachecki (niemniej w nowej wersji głownie chodzi o – jak pewnie zgadliście – kasę). Różnica polegała jednak na tym, iż Guinness wcielił się w kilka ról, grając zarówno ofiary (członków rodziny), jak i amanta-łowcę. W ten sposób brytyjska komedia wyróżniała się nie tylko specyficznym humorem, ale i przewrotnym castingiem.
Patton przenosi wyspiarskie realia na amerykański grunt. Zamiast przypudrowanych dandysów dostajemy biznesmenów w garniturach oraz ich millenialskich potomków, których nie interesuje własne dziedzictwo, tylko własne ego. W filmowego "fajnoamerykanina" – Becketa – wciela się zaś właśnie prawdziwy "fajnoamerykanin" Powell. Aktor, wiadomo, jest postacią z krwi i kości, ale na dobrą sprawę wciela się poniekąd w siebie. Wystarczy pooglądać jego wywiady: wygląda to tak, jakby Powell zakładał taką samą maskę zarówno przed kamerą, jak i w sytuacjach publicznych.
Wszystko w tym filmie jest chillowe – zabijanie ma bawić, dialogi brzmieć jak w komediowym spektaklu, a cała linia fabularna – choć ma wiele dziur – po prostu odprężać i być gwarantem przyjemnej rozrywki. Dwa lata temu – w artykule opublikowanym zresztą na Filmwebie – pisałem, iż Glen Powell to nowy Cary Grant. Dalej się z tym zgadzam – obaj epatują luzem i charyzmą. Różnica polega jednak na tym, iż Grant grał w znacznie lepszych filmach. Dziś oglądanie Powella na wielkim ekranie to jeden wielki dylemat. Bo z jednej strony wszyscy już podskórnie czujemy, iż nowy film z jego udziałem będzie raczej nieudany. No ale oglądamy – właśnie dla Powella.
Tyle iż "Przepis na morderstwo" to wcale nie jest aż taka zła rzecz; to po prostu stosunkowo nierówny film, gatunkowe pomieszanie z poplątaniem, które wymaga jakiegoś zawieszenia niewiary. A jako iż jest to jednak duchowy spadkobierca wspomnianego "Szlachectwa", to głupotą byłoby oczekiwać filmu/intrygi/konwencji w pełni na serio. Dostajemy za to traktat filozoficzny napisany gdzieś na kolanie w pobliskim barze po kilku drinkach o tym, iż czasem nie jesteśmy w stanie się zmienić.
Na przestrzeni filmu Becket ma szansę stać się lepszym człowiekiem – przestać zabijać, cieszyć się z tego, co sobie załatwił i cierpliwie poczekać, jak reszta dinozaurów z jego familii po prostu wymrze. Becket pozostaje jednak nienasycony i zdaje sobie sprawę, iż nie ma co uciekać od przeznaczenia i tropiącej nas femme fatale. A przecież z nią też może być fajnie! A już szczególnie, jeżeli to Qualley, współczesna ikona sensualności i stylu.
I taki to jest film – o wszystkim i o niczym. O biedzie i bogactwie, o życiu i śmierci, z żartami i zarazem czerstwym humorem. "Przepis na morderstwo" nie zmieni waszego życia, ale jest jak dobra impreza, którą co jakiś czas wspominamy z uśmiechem pod nosem, zamawiając matchę w pobliskiej kawiarni. Jaki kraj, taki "fajnopolak".















