Na Warszawę i jej scenę artystyczną można patrzeć na dwa sposoby. Można się porównywać do Zachodu i czuć się z tego powodu gorzej, bo u nas ciągle wszystko jest mniejsze, mniej eleganckie, no i ciągle jest zdecydowanie mniej pieniędzy. Doświadczyłam czegoś takiego rok temu, kiedy w maju pojechałam na Berlin Gallery Weekend, a później, podczas wrześniowych otwarć w Warszawie, czułam się wyłącznie źle. Można jednak zrobić inaczej i wybrać się w odwiedziny do stolic państw Europy zza niegdysiejszej żelaznej kurtyny, na przykład Pragi, Bukaresztu, Budapesztu czy Bratysławy, i na fali tamtejszych obserwacji nabrać optymizmu. Ja na przykład wybrałam się w tym roku do Rygi. Snując się pustawymi uliczkami tego miasteczka w poszukiwaniu artystycznych miejscówek, które okazywały się artist-run space’ami w drewnianych chatach (zamkniętymi), zdałam sobie sprawę, iż Warszawa jest Nowym Jorkiem naszego regionu. Od kiedy wróciłam, czuję się perwersyjnie zadowolona. Z miasta, które jest patologiczne kapitalistyczne, ale jest w nim energia i widać rozwój, oraz ze sceny artystycznej, do której można się przyczepić na tysiąc sposobów, ale na pewno nie można powiedzieć, żeby była ona słaba albo mała. Kolejna edycja Warsaw Gallery Weekend to dobra okazja, by poszukać odpowiedzi – przynajmniej częściowej – jaka dokładnie jest artystyczna Warszawa.
Kryzys dźwignią handlu. Ankieta o rynku sztuki
Warsaw Gallery Weekend od lat jest generatorem środowiskowych emocji, głównie ze względu na selekcję (kto jest in, kto out, kto w programie głównym, kto tylko w plusie, kto jeździ Suzuki lub BMW, kto jest na VIP party, a kto na WGW Ławeczka itp.) oraz pieniądze, których od czasu pandemii jest na polskim rynku zdecydowanie więcej. Co prawda galerzystki (WGW praktykuje feminizację osób artystycznych, więc to samo chyba należy robić z osobami handlującymi) narzekają ostatnio, iż globalny kryzys rynku dotarł do Polski i sprzedaż idzie gorzej, ale na zewnątrz tego nie widać. Żadna galeria jeszcze się nie zamknęła, za to powstają nowe, a tegoroczna edycja WGW zaskoczyła rekordową liczbą uczestniczek – w programie głównym i WGW + znalazło się 60 galerii i inicjatyw. Częściowo są to twory spoza Warszawy – galerie z Krakowa, Wrocławia i Poznania, a choćby czasem zza granicy – częściowo fundacje i inicjatywy kolekcjonerów, a w końcu także projekty, które wydawałoby się, iż bardziej pasują do Fringe’a niż do komercyjnego WGW (np. Galeria Zegarmistrzyni, Marszałkowska 18, Muzeum Wolnej Białorusi). Na pewno mówi to coś o dynamice Warszawy, gdzie handel jest priorytetem i handlować chce każdy, ale jest to też efekt polityki spółki WGW, w której – odepchnijmy gwałtownie tę myśl – na pewno nie chodzi o inkluzywność.
Przyglądając się aktywności części organizatorów, którzy poza WGW przygotowują inne iwenty targowe (Art Warsaw, małe targi okołoświąteczne), dość dobrze widać, iż finansowy zysk jest dla nich ważniejszy niż jakość. Michał Kaczyński i Joanna Witek-Lipka lubią organizować wydarzenia w miejscach, które dają wrażenie luksusu, a tak naprawdę są ruderami nie spełniającymi standardów BHP; za wynajem ciemnego pokoiczku na takim iwencku, często bez okien, na poddaszu albo w piwnicy, z dziurą w podłodze lub suficie, trzeba jednak niemało zapłacić. W przypadku WGW i pęczniejącej liczby galerii chodziło pewnie o to, żeby zarobić jak najwięcej na składkach. I to się spółce udało, ale w nieunikniony sposób odbiło się na jakości wydarzenia, gdzie obok galerii profesjonalnych, z wychuchanymi wystawami, zobaczyć można było propozycje straganowe, pokazy krzykliwego ekspresjonizmu zawieszonego na każdym skrawku odrapanej ściany albo naiwnych formalizmów, podkolorowanych projekcjami z rzutnika. Dziwnie się to wszystko oglądało, tym bardziej, iż WGW jest imprezą dotowaną przez państwo, co powinno wpływać na wzrost poziomu. A jednak nie.
Przyglądając się aktywności części organizatorów, którzy poza WGW przygotowują inne iwenty targowe (Art Warsaw, małe targi okołoświąteczne), dość dobrze widać, iż finansowy zysk jest dla nich ważniejszy niż jakość.
Efekty strategii spółki WGW najpełniej uwidocznił w tym roku Crash Club, który w swoich początkach był rodzajem hipsterskiego showroomu, uzupełnionego efektownymi performansami. Udział w Crash Clubie jest płatny i tu chyba też zwyciężyła idea najprościej rozumianego zarobku. Tegoroczna edycja przypominała więc jarmark – bezsensowny miszmasz jakości wszelakiej upchniętej w nieciekawej kamienicy w Śródmieściu, już wybebeszonej przez inwestora i czekającej na, jak mniemam, przerobienie na luksusowe mikroapartamenty. Sytuację pogarszał program performatywny, do którego artyści i artystki zostali zaproszeni za pięć dwunasta i pokazali tam to, co w takim trybie mogli, czyli błazeńskie tańce vougingowe, żałosne toasty na cześć organizatora albo niezrozumiałe czytanki, uzupełniane wyziewami z dymiarek. Wszystko, co widziałam w tym roku na Crash Clubie, było straszne.
Problem chytrości à la varsovienne powrócił też na gali Nagrody Fundacji Sztuki Polskiej ING. W tym roku przyznano dwie Nagrody Główne – jedną Anecie Grzeszykowskiej, a drugą Rafałowi Zajko, oraz nagrodę specjalną Kolektywowi E/A. Niemal od razu po ogłoszeniu wyników rozgorzała dyskusja o konflikcie interesów, bo Aneta Grzeszykowska jest reprezentowana przez Galerię Raster, a jeden z jej współwłaścicieli jest w radzie i spółce WGW, drugi zaś razem z prezeską Fundacji Sztuki Polskiej ING współprowadzi galerię Fotopol. Faktycznie, wypadło to bezczelnie, choć z mojego punktu widzenia ciekawszym problemem jest sama Nagroda Główna. A konkretnie jej forma, która, jak zrozumiałam z kuluarowych komentarzy, chyba już nie wydaje się artystkom satysfakcjonująca. Zakup pracy do kolekcji to w 2026 roku mało, a nawet, jak usłyszałam, NIC. Może coś w tym jest, w końcu WGW to taka impreza, na której zasadniczo realizowane są zakupy; zresztą sama fundacja ING też dokonuje zakupów poza konkursem, co sprawia, iż Nagroda Główna faktycznie już nie robi wrażenia. Nie pomogło choćby ogłoszenie, iż kolekcja ING w przyszłości trafi do Zachęty. Podsumowując: koszty bez szaleństw, ale lans duży (sesje jury w sm, gala w MSN-ie, przemowy dyrektorek itp.), czyli artbranding w najlepszym wydaniu. Elementem humorystycznym był brak wina, które miała zapewnić współorganizatorka gali, czyli spółka WGW, ale jak widać potrzeba oszczędności znów zwyciężyła. Siłą rzeczy po godzinie impreza musiała się przenieść na szkolne podwórko Turnusu.
Pomijając te organizacyjno-towarzyskie zawiłości, sam wybór jury wydał mi się w tym roku zachowawczy – w tym sensie, iż nagrodzono osoby albo o bardzo ugruntowanej pozycji (Aneta Grzeszykowska), ewentualnie już z rozwiniętymi karierami, choć nie w Polsce (Rafał Zajko), a przede wszystkim, propozycje bezpieczne formalnie i bliskie dizajnowi (bo taka jest sztuka Zajki i prace osób z kolektywu E/A). Na WGW pojawiło się jednak kilka bardziej wyrazistych prezentacji. Największym zaskoczeniem, w sensie pozytywnym, była wystawa Sławomira Beliny w galerii Lisowski, melancholijnie odsyłająca do czasów, kiedy sztuka, prasa i Warszawa były dużo bardziej nieokiełznane niż obecnie. Belina oczywiście nie mógł dostać nagrody ING, bo nie żyje, ale to nie koniec ciekawostek: świetnie wypadła wystawa Gizeli Mickiewicz w Stereo, gdzie artystka pokazała rzeźby-morfy, coś w rodzaju organicznych obiektów naznaczonych powidokiem ludzkiego ciała; dobrze wyszła także wystawa Jana Baszaka, który zamienił wnętrze galerii Whoispola w niepokojący gabinet rozkładu nienormatywnego, ale tym razem zwierzęcego ciała.
Forma Nagrody Głównej Fundacji Sztuki Polskiej ING nie wydaje się już artystkom satysfakcjonująca. Zakup pracy do kolekcji to w 2026 roku mało, a nawet, jak usłyszałam, NIC.
Na WGW tradycyjnie dominują artystki i artyści z Polski (i to chyba się nie zmieni), ale znalazło się kilka postaci zagranicznych, głównie z Ukrainy. W tej kategorii uwagę przyciągała najbardziej wystawa malarstwa Sany Shamuradovej Tanskiej w Gunia Nowik Gallery. Tanska jest ostatnio bardziej widoczna w Warszawie dzięki uczestnictwu w Kwesii kobiecej; tworzy sztukę na poważny temat (wojna i doświadczenie dorastania w Ukrainie), ale opowiada o nim poprzez oniryczną, trochę bajkową i egzaltowaną metaforę. Mniej górnolotny przekaz, za to dużo bardziej wirtuozerską formę, mają prace Rodrigo Hernándeza, które pokazała galeria Connsoni Radziszewski. W sumie trudno powiedzieć, co jest tematem tej sztuki, to trochę żartobliwe, a trochę sentymentalne scenki i sytuacje, uzupełnione typowym ostatnio dla tej galerii tekstem prasowym w formie wiersza (po co konceptualizować, skoro można poetyzować).
Z wiadomych przyczyn na WGW letnich lub słabych wystaw było sporo, więc w większości przypadków nie byłam zdziwiona, ale zdarzyły się też przykre niespodzianki. Największa to Paulina Ołowska w Fundacji Galerii Foksal, która pokazała trzy filmy, bardzo szkolne w wykonaniu i nie za bardzo wiadomo o czym, oraz typowe dla siebie malunki przedstawiające ładne kobiety – coś, co aktualnie potwornie mnie nudzi. Wrażenie żenady pogłębiał tekst prasowy, z którego nic nie wynikało; jak widać, choćby sama galeria miała problem, żeby wytłumaczyć tę sytuację. Na szczęście artystka ma potężny dwór pochlebców, którzy natychmiast pośpieszyli z porównaniami jej do Rubensa i zachwytami nad amatorskością filmów, która tu urosła do gestu sprzeciwu wobec perfekcjonizmu Zachodu. Oglądanie tego wasalskiego spektaklu było w sumie ciekawsze niż sama wystawa.
Ja osobiście lubię opór, który jest bardziej spicy, i takich wrażeń dostarczyła mi w tym roku… Galeria Foksal. Jak wiadomo, od pewnego czasu to starożytne Miejsce ma odświeżony zespół – panią kierowniczką jest Zuzanna Mielczarek, a nową kuratorką Martyna Stołpiec – i naprawdę czuć tam przypływ energii. Z okazji święta komercji dziewczyny dość perwersyjnie zdecydowały się pokazać na Foksal Antyfaszystowski projekt wizualno-choreograficzny Ani Nowak, przy którym pomagał jej Hubert Kielan. Wspólnymi siłami przekształcili galerię w łazienkę, czy też może bardziej łaźnię, która stała się sceną przepływu sprzecznych afektów – potrzeba kontroli miesza się tu z erotycznym rozprężeniem, filmiki pokazujące seks lesbijski sąsiadują z mydełkami w kształcie swastyk i ręcznikami z mottem „Polska gościnność”. Polska gwiazda z Berlina, czyli Nowak, przyjechała się z nas pośmiać, no pięknie. Artystka wykonała też performans, podczas którego ogoliła swoją (jak mniemam) partnerkę. Ciekawie się na to patrzyło: performans odbywał się w znakomitej większości w ogródku galerii i gdy tylko się rozpoczął, zaczęło lać. Wyobraźcie to sobie: osoby performerskie w białych, hotelowych szlafrokach, ściekające z twarzy włosy, z głośników płynie miks ulubionych utworów Hitlera, przerywanych reklamami Stoperanu, następnie berek kuracjuszy/pacjentów w błocie i finalna kąpiel w faszystowskiej łaźni – wszystko to przypominało seans wywoływania duchów sztuki krytycznej. Po zakończeniu performansu w galerii jeszcze długo rozbrzmiewał Wagner, który echem roznosił się nad całą, ponuro-jesienną ulicą Foksal. Pierwszy raz w życiu przeżyłam tam coś tak intensywnego.
Kariery popularnych malarzy i malarek w znakomitej większości rozgrywają się tylko na rynku. Czasem to jest rynek typu big, a czasem jest to kołowanie pomiędzy galerią w Warszawie i skolegowaną w jakimś zagranicznym ośrodku mniejszą galeryjką.
Wystawa na Foksal w kontekście WGW to jednak eksces. W poszukiwaniu odpowiedzi na to, czym jest dzisiaj rynek, powędrowałam na wystawy trzech warszawskich kolekcjonerów modnych, czyli Michała Borowika, Radka Kotarskiego i Tomasza Pasieka. Od dawna mówi się, iż rynek jest ustawiony pod kupujących, więc co ci kupujący lubią? Michał Borowik jest ewidentnym admiratorem kiczu, prezentowanego w klaustrofobicznych wnętrzach mieszkania przy Katowickiej. Radek Kotarski lubi malarstwo aktualne i ewidentnie go nie selekcjonuje, na swojej wystawie w mało stylowych wnętrzach Elektrowni Powiśle zawiesił obok siebie malarzy i malarki uznane (np. Wojciecha Bąkowskiego czy Agatę Słowak) oraz postacie trendujące ostatnio na Instagramie, jak Arman Galystan. Skład wystawy Kotarskiego jest jednak dość podobny do tego, co można było zobaczyć u Pasieka, czyli nazwiska popularne na rynku: Tomasz Kowalski, Krzysztof Grzybacz, Barbara Wesołowska, Joanna Woś, Jan Eustachy Wolski czy Konrad Żukowski. Malarstwo wszystkich tych osób jest efektowne, często wręcz zjawiskowo, i oparte przede wszystkim na sprawnej żonglerce nawiązaniami do najróżniejszych estetyk, nurtów historycznych i motywów ikonograficznych. Gorzej z treścią i stawką, których trudno się tu dopatrzyć; to jednak nie przeszkadza tym artystom w robieniu karier. Problematyczne jest jednak pytanie o to, na czym owe kariery polegają, bo trudno nie zauważyć, iż w znakomitej większości rozgrywają się tylko na rynku. Czasem to jest rynek typu big, na przykład Grzybacz ostatnio otworzył wystawę w Pace Gallery, a czasem jest to kołowanie pomiędzy galerią w Warszawie i skolegowaną w jakimś zagranicznym ośrodku mniejszą galeryjką (przypadek Joanny Woś).
Pamiętam moment, kiedy krytyka zaczęła narzekać, iż galerie przejęły rolę promotorów sztuki i zaczęły wpływać na to, co jest pokazywane w instytucjach. Teraz weszliśmy na kolejny poziom, w którym okazuje się, iż galerie w zasadzie nie potrzebują instytucji publicznych (o krytyce choćby nie wspominam, wiadomo, iż pochlebny artykulik w „ARTnews” łatwo wykupić), wystarczy im funkcjonowanie w obiegu zamkniętym, składającym się z galerii, targów i ewentualnie fundacji prywatnych. Ot, artystyczny świat alternatywny, w którym jedynym wyznacznikiem jakości jest forma, a głównym celem zysk. Nareszcie – zombie… (tu dodaj swój ulubiony nurt artystyczny) także u nas!
Podsumowując, dobrze jest. Warszawa buzuje kapitalizmem, targi i showroomy pękają w szwach, obrazy są coraz większe i piękniejsze, ich ceny rosną, w galeriach trwa intensywna produkcja kolejnych talentów. Z tej okazji co prawda raczej nie doświadczymy żadnej ekstrawaganzy (w imprezowym pakiecie jest murek i własne piwo), ale zostaje inna, równie przednia zabawa. W weryfikowanie tych wspaniałości.












