Chrzęst suchej gałęzi pod stopą choćby nie dotarł do uszu małego Janka. Świat nagle wywrócił się do g…

twojacena.pl 5 godzin temu

Chrząstnięcia suchej gałęzi pod swoją stopą Wania choćby nie usłyszał. Nagle cały świat stanął na głowie i zaczął wirować jak kolorowy kalejdoskop, a po sekundzie rozpadł się na miliony jaskrawych gwiazdek, które natychmiast skupiły się, pulsując bólem w lewej ręce nieco powyżej łokcia.

Ajjj… Wania złapał się za bolącą rękę i natychmiast zawył z bólu.

Wania! jego koleżanka Jagoda natychmiast rzuciła się do chłopca i z rozbiegu padła przy nim na kolana bardzo boli?

Nie, no jasne, super przyjemnie! wykrzywił twarz w grymasie bólu i niemocy, próbując zachować resztki godności.

Jagoda wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła ramienia Wani.

Zostaw! niespodziewanie szorstko rzucił, patrząc na nią spode łba przecież boli! Nie dotykaj mnie!

Wani było podwójnie przykro. Po pierwsze, najpewniej złamał rękę i następny miesiąc spędzi z ironicznym komentarzem kolegów na temat nietwarzowego gipsu. Po drugie, wszystko na własne życzenie sam wdrapał się na drzewo, chcąc zaimponować Jagodzie swoją zwinnością, siłą i odwagą. I choć z pierwszą przykrością mógł jakoś się pogodzić, to ta druga dosłownie wyprowadzała go z równowagi. Nie dość, iż się skompromitował przed dziewczyną, to jeszcze chciała go pocieszać! No już tego za wiele… Podnosząc się z ziemi i przytrzymując bezwładną rękę, Wania zdecydowanym krokiem ruszył w stronę pobliskiego szpitala.

Wania, będzie dobrze! Jagoda podbiegała obok, wciąż próbując jakoś rozweselić i uspokoić przyjaciela serio, Wania! Wszystko się ułoży!

Daj już spokój, warknął, zatrzymał się i popatrzył na nią z niechęcią, spluwając na chodnik co będzie dobrze? Nie widzisz, iż rękę złamałem? Ty no normalna? Idź do domu, mam cię serdecznie dosyć!

Tymczasem ruszył dalej, nie oglądając się, zostawiając Jagodę stojącą na chodniku z ogromnymi szaro-zielonymi oczami, która wciąż powtarzała półszeptem te same słowa:

Będzie dobrze, Wania… Naprawdę będzie dobrze…

***

Panie Iwanie, jeżeli nie zobaczymy przelewu w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin, będziemy bardzo rozczarowani. A, jeszcze jedno jutro zapowiadają gołoledź na drogach, więc proszę uważać za kierownicą. Wie pan, czasem auto wpada w poślizg, a wypadki chodzą po ludziach… Takie przykre rzeczy, każdemu mogą się przytrafić. Pozdrawiam serdecznie.

W słuchawce nastała cisza. Iwan rzucił telefon na biurko i zagryzając wargi, przeczesał dłonią włosy z rozpaczą połączoną z bezsilnością.

Skąd ja mam to teraz wziąć? Ten przelew miał iść dopiero w przyszłym miesiącu…

Westchnął głęboko, chwycił telefon, wybrał numer i przysunął telefon do ucha.

Pani Olu, czy dzisiaj przekażemy naszym partnerom z holdingu środki za sprzęt?

Ale… Panie Iwanie…

Da się czy nie?

Tak, ale wtedy harmonogram płatności…

A niech tam z harmonogramem! Później się będziemy martwić. Proszę natychmiast przekazać pieniądze na rachunek holdingu.

Dobrze, tylko potem mogą być kłopoty z…

Nie słuchając do końca, Iwan odłożył telefon i walnął pięścią w podłokietnik fotela.

Cholerni krwiopijcy…

Nagle coś miękko musnęło jego ramię, aż podskoczył na krześle.

Aleksandro, ile razy prosiłem, żebyś nie podchodziła do mnie, gdy pracuję?

Jego żona Aleksandra musnęła jego ucho ustami i pogładziła go po włosach.

Waniuszku, tylko się nie denerwuj, dobrze? Wszystko się ułoży.

Ile można słuchać tego wszystko się ułoży? Ile razy możesz to powtarzać?! Jak mnie jutro odstrzelą, to też będzie się układać?

Iwan zerwał się z krzesła i odepchnął Aleksandrę na odległość ramienia.

Co ty tam niby gotujesz? Jak borowikowa, to proszę bardzo gotuj dalej! Nie wkurzaj mnie, bez ciebie już mam nerwicę!

Kobieta westchnęła i ruszyła do drzwi. Już prawie wychodząc z gabinetu, odwróciła się jeszcze i szepnęła cicho trzy słowa.

***

Wiesz… Leżę tu sobie i całą naszą wspólną drogę mi się przypomina…

Staruszek lekko uchylił oczy i przetarł mętnym wzrokiem swoją postarzałą żonę. Na jej kiedyś pięknym obliczu rozgościły się pajęczyny zmarszczek, ramiona opadły, postura już nie była taka sprężysta jak kiedyś. Trzymając jego dłoń, delikatnie poprawiła wenflon i uśmiechnęła się blado.

Kiedy wpadałem w tarapaty, byłem na granicy życia i śmierci, przeżyłem najgorsze przygody… zawsze pojawiałaś się ty i powtarzałaś jedno, wiecznie to samo zdanie. choćby nie wyobrażasz sobie, jak mnie to drażniło. Miałem ochotę cię udusić za to twoje naiwne wszystko się ułoży. Staruszek próbował się uśmiechnąć, ale przeszkodził mu napad kaszlu. Gdy cichł, ciągnął dalej: Złamałem sobie ręce, nogi, grożono mi dziesiątki razy śmiercią, traciłem wszystko, byłem na dnie, z którego mało kto się wygrzebuje, a ty całą życie powtarzałaś mi to wszystko się ułoży. I wiesz co? Nigdy mnie nie okłamałaś. Jak ty to robiłaś, iż zawsze miałaś rację?

No bo ja sama siebie pocieszałam, Waniu westchnęła staruszka Myślisz, iż to tobie mówiłam? Serio? To ja sama musiałam się uspokajać. Kochałam cię bardziej niż zdrowy rozsądek. Ty byłeś moim całym światem. Kiedy ciebie coś ruszało, mnie wykręcało na drugą stronę duszy. Napłakałam się przez ciebie, ile nocy nie przespałam… i powtarzałam sobie ciągle: Choćby cegły z nieba leciały, dopóki żyje, to musi być dobrze.

Staruszek na chwilę przymknął oczy i ścisnął jej dłoń, widać było, jak trudno przychodzi mu mówienie.

Tak to było… A ja jeszcze miałem do ciebie pretensje Przepraszam cię, Jagódko. Życie przeżyłem, a o tobie tak mało myślałem. Ale głupi ze mnie stary cap, co?

Staruszka dyskretnie wytarła łzę z pomarszczonego policzka i pochyliła się nad twarzą męża.

Waniu, nie martw się

Zamarła na sekundę, wpatrując się w jego oczy, i powoli położyła głowę na jego nieruchomej piersi, wciąż gładząc powoli stygnącą dłoń.

Wszystko *BYŁO* dobrze, Waniuszku, wszystko BYŁO dobrzeW pokoju zapadła cicha, łagodna cisza. Wiatr za oknem poruszył gałęziami starego kasztana tego samego, na który Wania kiedyś próbował się wdrapać, by zaimponować dziewczynie z ogromnymi, szaro-zielonymi oczami. Na chwili pogrzebanego w poduszkach staruszka pojawił się cień uśmiechu.

Jagoda milczała, a jej ręka nie przestawała głaskać jego dłoń, jakby chciała rozgrzać chłód, który powoli wkradał się w ich świat. W końcu, patrząc przez zakurzone okno szpitala na złote światło zachodu, szepnęła jeszcze raz, tylko teraz sama do siebie, ciszej niż kiedykolwiek wcześniej:

Wszystko się ułoży.

I tym razem, choć łzy płynęły jej po policzkach, poczuła, iż może to nie tylko pocieszenie. Może to obietnica, która unosi się wyżej niż troski, strachy, złamane ręce i gorzkie słowa. Może naprawdę na końcu każdej drogi, każdej ciemności światło zawsze jakoś znajduje drogę do serca.

A potem usiadła przy nim, aż noc otuliła ich obu. I była pewna, iż tam, gdzieś daleko, na nowo rodzi się nadzieja miękka, cicha i błyszcząca niczym gwiazdy, które kiedyś wirują w głowie, a potem rozświetlają całe życie aż do samego końca.

Idź do oryginalnego materiału