Chrońmy dzieci

filmweb.pl 2 tygodni temu
Zdjęcie: plakat


Żyjemy w świecie, w którym kino o emigrantach/imigrantach musiało ewoluować niemal w osobny gatunek filmowy. Eksodus ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki do Europy oraz z Ameryki Środkowej i Południowej (a szerzej, z całego świata) do USA jest dziś tak poważnym problemem politycznym, społecznym i humanitarnym, iż nie tylko niezmiennie pojawia się wśród najważniejszych medialnych newsów, ale stał się również ważnym tematem sztuki, która próbuje komentować, a także zmieniać rzeczywistość.

"Ktoś całkiem obcy" Brandta Andersena jest kolejną produkcją, która stara się przybliżać zachodniemu widzowi los uchodźców. Jej misterna konstrukcja złożona z pięciu segmentów pokazuje dramatyczne i skomplikowane etapy prowadzące do ucieczki z własnego kraju do "lepszego świata". Każda z części ma innego bohatera, za pomocą którego poznajemy odmienne, ale dopełniające się elementy emigranckiej układanki. Całą opowieść spina postać Amiry (Yasmine Al Massri), syryjskiej lekarki z ogarniętego wojną domową Aleppo. Poza nią szerzej poznajemy: żołnierza służącego w rządowej syryjskiej armii, ojca przebywającego wraz z rodziną w tureckim obozie uchodźców, przemytnika ludzi oraz kapitana greckiej straży przybrzeżnej. A jednak "Ktoś całkiem obcy" w centrum uwagi stawia zupełnie inne postacie. Są to dzieci. W każdym z filmowych epizodów widzimy, jakie ponoszą koszty życia w świecie podpalonym przez dorosłych. Najbardziej wstrząsająca scena pokazuje egzekucję podrostka skazanego na śmierć za wypisywanie antyrządowych haseł. Chłopiec wyżywał na murach swoją złość na wojnę, która zabrała mu ojca, ale reżim nie pyta o motywacje, nie patrzy na wiek. Wyżyna wszystkich jak mu się podoba.

  • Philistine Films

"Ktoś całkiem obcy" brutalnie (ale bez niepotrzebnego epatowania okrucieństwem) portretuje mordercze i chaotyczne oblicze konfliktu w Syrii, a szerzej – na Bliskim Wschodzie. W tej części najwięcej jest surowego realizmu, pozbawionego filmowych chwytów służących udramatyzowaniu akcji. Im dłużej ogląda się międzynarodową produkcję, tym więcej dostrzega się emocjonalnych i narracyjnych haczyków, na które ma się złapać widz w drodze do identyfikacji z ekranową sytuacją i bohaterami. Nie mam gotowej odpowiedzi na pytanie, czy taka metoda przedstawiania niewyrażonych tragedii jest dobra. Zbyt łatwo ocenia się ze swojego ciepłego fotela opowieść nakręconą przez niezwykle zaangażowanego filmowca-aktywistę, jakim jest Andersen (twórca wielokrotnie odwiedzał obozy dla uchodźców i starał się o lepszym byt dla zamieszkałych w nich ludzi).

Niewątpliwie celem reżysera jest dotarcie do zachodniego odbiorcy i przemiana jego postawy. Być może stąd – żeby wybudzić ze słodkiego snu wszystkich Wygodnych – wzięła się decyzja twórców o przedstawieniu kolejnych etapów podróży do "naszego świata" usłanej niezliczonymi dramatycznymi i emocjonalnymi kolejami losu, wliczając w to chociażby rozdzierające serce pożegnanie małej dziewczynki ze szczeniaczkiem, którego bohaterka musi zostawić w obozie dla uchodźców. Trzy z pięciu sekwencji kończą strzały diametralnie zmieniające losy postaci. Nad pontonem z uchodźcami szaleje burza z ulewą, a silnik dmuchanej łodzi przestaje działać. Nie czuję się wystarczająco kompetentny do chwalenia lub ganienia powyższych rozwiązań narracyjnych. Recenzując film, nie tylko trzeba znać się na tym, jak kino opowiada historię i jakich chwytów (nad)używa, ale przede wszystkim należy mieć pod ręką własne serce, wsłuchać się w jego rytm i dostrzegać potencjalną wartość społeczną tego, co oglądamy.

  • Philistine Films

Czuje się jednak wystarczająco kompetentny do oceny zabiegów retorycznych w "Ktoś całkiem obcy". Na początku filmu kamera wykonuje długą jazdę po jednej z amerykańskich metropolii. Ze szczególną pieczołowitością pokazuje powiewające flagi Stanów Zjednoczonych, a także zatrzymuje się na biurowcu opatrzonym nazwiskiem "Trump". Produkcja debiutowała na festiwalu w Berlinie w 2024 roku. To ujęcie można więc odczytać jako rodzaj subtelnego ostrzeżenia przed drugą kadencją Trumpa, który od czasu swojej pierwszej walki o prezydenturę sprzeciwia się imigracji. Biorąc pod uwagę aktualną sytuację w USA, początek filmu Andersena należy uznać za proroczy. Dużo gorzej wypada pointa produkcji. Reżyser korzysta w niej z łopatologicznej retoryki rodem ze spotów nakręconych dla kampanii społecznych. Naiwność tej sceny spłyca realny problem asymilacji przybyszów w nowym świecie, pokazując uproszczone przeciwieństwo amerykańskiego snu.

  • Philistine Films

W szerszej perspektywie "Ktoś całkiem obcy" jest jednak przede wszystkim wołaniem niczym z tekstu piosenki Wojciecha Młynarskiego śpiewanej przez Michała Bajora: "Ludzie to jest ważna rzecz od stuleci, siebie gryźć możemy, ale chrońmy dzieci. Kim byś nie był – prawdzie tej wyjdź naprzeciw, siebie możesz kochać mniej, kochaj dzieci". Dorośli krzywdzą dzieci, zabierają im beztroskę, niszczą marzenia, mamią obietnicami nie do spełnienia (kilkukrotnie mali bohaterowie pytają o przyszłość i są zapewniani, iż wszystko będzie dobrze, a choćby jeszcze lepiej, bo za jutrem czai się kraina wiecznej szczęśliwości). Dzieci nigdy nie są winne pożogi dookoła nich, a jednak przychodzi im w niej żyć i dorastać. Dlatego tak ważne jest, żeby z dala od rodzinnego domu, w bezpiecznym kraju, znalazły swój spokojny azyl. "Ktoś całkiem obcy" stawia pytanie, czy mamy w sobie dość empatii, żeby wicie tego azylu ułatwić.
Idź do oryginalnego materiału