
RysunekAnna Głąbicka
Najwięcej miejsca w mojej apteczce zajmuje muzyka. Duża w tym zasługa moich rodziców, którzy, odkąd tylko nauczyłam się chodzić, przy każdej nadarzającej się okazji pokazywali mi, iż można się przy niej dobrze bawić. Już wtedy zrozumiałam dwie rzeczy: iż moje miejsce jest na parkiecie i iż muzykę powinno się przeżywać kolektywnie.
Rodzice nie byli zwolennikami domowej musztry. Owszem, zależało im na tym, bym miała dobre stopnie w szkole, ale nigdy niczego mi nie narzucali. Raczej wychodzili z założenia, iż sama powinnam dojść do tego, kim chcę być, odkryć, co daje mi satysfakcję i poczucie spełnienia. Dlatego już gdy byłam bardzo młoda, zaszczepili we mnie otwartość na świat. Dzięki nim wiem, iż nie należy niczego z góry oceniać. Ten głód poznawania nowych rzeczy czuję do dziś. Towarzyszy mi on przy każdym kolejnym projekcie.

Aktualności „Pisma”
W każdy piątek polecimy Ci jeden tekst, który warto przeczytać w weekend.
Muzyka, której słucham, jest punktem wyjścia dla wielu moich prac. Cenię klasyków minimalizmu i awangardy, takich jak Julius Eastman czy Ryūichi Sakamoto. Fragment utworu tego drugiego artysty –Diabaram, z legendarnym senegalskim wokalistą Youssou N’Dourem – wykorzystałam choćby w swoim kawałkuJust Because It’s a Funeral Doesn’t Mean We Can’t Rave. Bliskie są mi również brzmienia klubowe z Afryki Zachodniej. Gdy dorastałam, szczególnie istotny był dla mnie DJ Arafat nazywany królem coupé-décalé [gatunku muzycznego, który stał się popularny w czasie pierwszej wojny domowej na Wybrzeżu Kości Słoniowej na początku lat 2000. – przyp. red]. Dla wielu ludzi, zarówno w Afryce, jak i we Francji, był on ambasadorem radości. Imponowały mi jego styl, sposób …






