Chamowo – recenzja spektaklu. Męcząca wielka płyta

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

W sobotę 21 marca na deskach warszawskiego Teatru Ateneum odbyła się premiera spektaklu Chamowo. Adaptacja dziennika Mirona Białoszewskiego w wykonaniu Mikołaja Grabowskiego to historia dziwna, zaskakująca i nietypowa w formie.

Adaptację i reżyserię Chamowa Białoszewskiego przygotował Mikołaj Grabowski. Akcja sztuki rozgrywa się w 1975 roku. Miron Białoszewski przeprowadza się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, Saską Kępę. Artysta trafia do jednego z nowych bloków „gierkowskich”. Ta dobudówka z wielkiej płyty gwałtownie zyskała miano Chamowa. Wędrujemy razem z nim po piętrach surowego budynku, urzędach publicznych i warszawskiej Pradze. Przyglądamy się także jego azylowi — mieszkaniu na Lizbońskiej, do którego zapraszał przyjaciół. Tam próbuje stworzyć swój prywatny mikrokosmos, z dala od wszechobecnej polityki.

fot. Krzysztof Bieliński / Ateneum

Spektakl o Mironie Białoszewskim jest zdecydowanie sztuką zachowującą wyjątkowy charakter dzieł pisarza. Grabowski nie próbuje na siłę tworzyć wiekopomnego dzieła, które traktuje się z powagą. Chamowo jest niekonwencjonalne i w wielu momentach nieszablonowa pomysłowość twórcy nadaje spektaklowi niepowtarzalnego charakteru. Narracja przypomina często bezpośredniość filmów Wesa Andersona jak w Truciźnie czy Szczurołapie. Bohaterowie prowadzą widzów za rękę przez czynności, które wykonują, oraz prezentują z pozorną erudycją swoje myśli. Często również uszczypliwie i z odpowiednią dawką humoru komentują otaczającą ich rzeczywistość. Dialogi i monologi postaci są nierzadko absurdalne i potęgują odczucia głównego bohatera wobec nowego miejsca zamieszkania.

Pierwowzór, dziennik Białoszewskiego, to sklejka codziennych, powtarzalnych sytuacji z życia po przeprowadzce. Reżyser miał trudne zadanie przenieść prozę na język teatru. Doceniam świadomość Grabowskiego, który skupia się na płynących morałach z każdej sceny, zamiast na jednostajnej fabule. Brak tu znacznego ciągu przyczynowo-skutkowego – twórca wydobywa z widzów fizjologiczne reakcje jak zagubienie, konsternację bądź śmiech. Stosuje ten zabieg podobnie jak Alejandro Jodorowsky w filmie Święta Góra, tylko na deskach teatru nie sprawdza się to aż tak dobrze. To teatr formy, który nie wszystkim może przypaść do gustu, a nie pełna dramaturgii opowieść.

Takie rozwiązania są w pełni uzasadnione. Wiążą się z tym, iż już sam tekst źródłowy pozbawiony jest dramaturgii. Reżyser stosuje w zamian również delikatny humor, który, sądząc po reakcjach z sali, jednak nie zawsze trafia. Założona konwencja ma więc dualny efekt. Oddaje ona wyjątkowy charakter mieszkania na Lizbońskiej, celowo przytłaczając chaosem i powtarzalnymi motywami. To drugie potrafi niekiedy jednak bardzo odpychać i skutkować trudem w odbiorze.

fot. Krzysztof Bieliński / Ateneum

Spektakl cudownie urozmaica jednak muzyka i światło. Choć elementy musicalowe bywają czasem zbędne, to w połączeniu wręcz z onirycznym klimatem potrafią przykuć uwagę. Zdecydowanie najlepszym elementem są fragmenty z dosadną muzyką klasyczną przygotowaną przez Olgę Mysłowską. Ta ciekawie kontrastuje z utworami opartymi na tekstach Mirona. Światło, którego reżyserią zajął się Michał Grabowski, tworzy natomiast wizualne arcydzieło. Kolory niesamowicie wprowadzają w klimat blokowiska, jak i wzmacniają emocje bohaterów. Szczególnie podoba mi się mocne pomarańczowe oświetlenie imitujące prawdopodobnie lampy uliczne. Ta kolorystyka również często współpracuje ze strojami i doskonałą scenografią przygotowanymi przez Zuzannę Markiewicz.

Kostiumy odzwierciedlają modę lat 70. i świetnie obrazują różnorodne i żywiołowe życie w bloku z wielkiej płyty. Co ciekawe, praktycznie przez całe Chamowo główny bohater jest jedyną postacią w klasycznym ubiorze bez kolorowej części garderoby. Pasuje to idealnie do Mirona jako człowieka introwertycznego, trochę z innego świata.

Na minus wychodzą jednak projekcje wideo, które zasłania kreatywna scenografia. Niestety pojawiające się na ekranie teksty, czy choćby czasem obrazy, bywają całkowicie niewidoczne dla widzów. To czysto techniczny błąd, ale naprawdę frustrujący.

fot. Krzysztof Bieliński / Ateneum

Cała obsada aktorska zdecydowanie podołała wyzwaniu posługiwania się „białoszewszczyzną”. Język artysty nie należy do najprostszych. Często dziwne neologizmy, zestawienia wyrazowe i rwane myśli podawane są jednak z należytą, paradoksalnie, precyzją.

Wśród niesamowicie charyzmatycznych postaci ginie Łukasz Lewandowski jako Miron Białoszewski. Gra aktora jest bez zarzutów i fenomenalnie oddaje on introwertyczny, monotonny charakter artysty. Jego bohater otoczony jest przez swoją mruczącą pod nosem matkę i ślepą Jadwigę (Dorota Nowakowska w tych rolach) czy głośnego Le. (Jakub Pruski) i innych. Wszyscy kradną show, kilka pozostawiając Lewandowskiemu. Jest to o dziwo zabieg, który fascynująco realizuje konwencje przytłaczającej nowej rzeczywistości Mirona. Mało żywiołowa gra Lewandowskiego okazuje się ogromnym atutem, który jeszcze dobitniej uświadamia widza o sytuacji i losach artysty.

Podsumowując, Chamowo to historia z założenia nietypowa. Brak tu ciągle popychanej do przodu fabuły, zamiast której Grabowski szokuje wyjętymi z kontekstu scenami. Konwencja ta nie zawsze skutkuje oczekiwanym odbiorem, co szczególnie odzwierciedla się w warstwie humorystycznej. Klimat różnorodnego życia blokowiska w spektaklu genialnie budują muzyka, scenografia, kostiumy oraz światło. Urozmaica go również mistrzowska obsada, która bezproblemowo radzi sobie z wymagającymi tekstami Białoszewskiego. W tle zostaje Łukasz Lewandowski, który paradoksalnie wykonuje najlepszą robotę aktorską, będąc fabularnym „odmieńcem”.

Chamowo to spektakl trudny w odbiorze, który znajdzie zarówno zwolenników, jak i krytyków. Bez wątpienia warto odwiedzić Teatr Ateneum i doświadczyć tej historii na własne oczy.


Przygotowanie recenzji umożliwiło zaproszenie Teatru Ateneum
fot. główna: Krzysztof Bieliński / Ateneum

Idź do oryginalnego materiału